29.10.2024, 22:24 ✶
Pomyśl, że to sen.
Kiedy tego ranka słowa te wybrzmiały w jej umyśle, głosem znajomym, choć nienależącym do niej, była niemal pewna, że wciąż nie doszła do siebie po ostatniej nocy. Niezależnie jednak od stanu upojenia, w jakim się znajdowała, musiała przyznać, że pragnęła, by wszystko to okazało się wyłącznie ponurym koszmarem; wytworem umysłu przeciążonego nadmiarem wrażeń.
Niebywale nieswojo się czuła, zwlekając się z obcego łóżka ze stękiem, czując na sobie dotyk cudzego ubrania, nie rozpoznając swoistego, minimalistycznego otoczenia swojej sypialni. Głowę miała ciężką jak ołów, ale nie mogła się rozeznać w tym, czy tępy ból spowodowany był nieposkromionym kacem, czy raczej faktem, że mózg jej spuchł od prób przyswojenia wydarzeń tego tygodnia, które swoją piekielną kulminację miały wczorajszego wieczoru. Niestety to nie mógł być żaden pieprzony sen, bo wtedy Bertie wyłaniający się z piany morskiej jak pokraczna wersja Wenus przeobraziłby się w hydrę i wciągnął ją w odmęty wody, wpychając prosto w mokre, acz słodkie objęcia śmierci poprzez utopienie.
Może kiedyś przestanie gloryfikować swoje myśli samobójcze, ale poranki takie jak ten nie pomagały w zmianie nawyków.
Powłóczyła nogami w dół schodów, bo te również średnio chciały współpracować. Doprowadziła się do względnego porządku, ale idąc we wczorajszych ubraniach czuła się, jakby odbywała spacer wstydu wzdłuż korytarzy Warowni. Prawie jakby Longbottomowie paradowali ją po swoim domu ku własnej uciesze i na pośmiewisko. I najgorsze w tym wszystkim było to, że intencje Brenny były zgoła inne, więc zgryźliwość Eden nie była nawet usprawiedliwiona.
Usłyszawszy powitanie spojrzała jedynie przeciągle na Longbottom, jakby walczyła z tyloma niefortunnymi opcjami dialogowymi, że już lepiej było nie mówić nic. Westchnęła tylko boleśnie, może nieco na pokaz, unosząc i opuszczając przy tym barki ostentacyjnie. Nie wiedziała, co powiedzieć, ale musiała wszystkim obecnym dać znać, jak nieopisanie cierpi.
- Ja, wyspana? - Powtórzyła pytanie po Brennie zachrypniętym głosem osoby, która ewidentnie za dużo wypiła. Zabrzmiała tak, jakby nie wierzyła w to, co słyszy. Czy nie widziała, jak sponiewierana była? - Nie zadawaj takich głupich pytań, bo cię śmiechem zabiję - oznajmiła, kręcąc głową. Postąpiła jeszcze parę kroków, tym razem robiąc wszystko, żeby reprezentować sobą jakiś ludzki poziom, po czym zwaliła się całym ciężarem swojego ciała na najbliższy fotel.
Spojrzała spod leniwie przymrużonych powiek na Brennę, a potem na proponowany przez nią asortyment i doszła do wniosku, że skoro nawet w normalny, trzeźwy dzień, nie jest w stanie przełknąć śniadania, to dzisiaj taka próba skończyłaby się zwymiotowaniem gospodyni na kapcie.
- Zalej mi kilka tabletek przeciwbólowych czarną kawą i pójdę w swoją stronę - zarządziła, a potem wsparła kark o oparcie fotela, odgięła głowę i przysłoniła ręką oczy. Światło dziennie sprawiało jej ból, większy nawet od słowotoku Brenny.
Kiedy tego ranka słowa te wybrzmiały w jej umyśle, głosem znajomym, choć nienależącym do niej, była niemal pewna, że wciąż nie doszła do siebie po ostatniej nocy. Niezależnie jednak od stanu upojenia, w jakim się znajdowała, musiała przyznać, że pragnęła, by wszystko to okazało się wyłącznie ponurym koszmarem; wytworem umysłu przeciążonego nadmiarem wrażeń.
Niebywale nieswojo się czuła, zwlekając się z obcego łóżka ze stękiem, czując na sobie dotyk cudzego ubrania, nie rozpoznając swoistego, minimalistycznego otoczenia swojej sypialni. Głowę miała ciężką jak ołów, ale nie mogła się rozeznać w tym, czy tępy ból spowodowany był nieposkromionym kacem, czy raczej faktem, że mózg jej spuchł od prób przyswojenia wydarzeń tego tygodnia, które swoją piekielną kulminację miały wczorajszego wieczoru. Niestety to nie mógł być żaden pieprzony sen, bo wtedy Bertie wyłaniający się z piany morskiej jak pokraczna wersja Wenus przeobraziłby się w hydrę i wciągnął ją w odmęty wody, wpychając prosto w mokre, acz słodkie objęcia śmierci poprzez utopienie.
Może kiedyś przestanie gloryfikować swoje myśli samobójcze, ale poranki takie jak ten nie pomagały w zmianie nawyków.
Powłóczyła nogami w dół schodów, bo te również średnio chciały współpracować. Doprowadziła się do względnego porządku, ale idąc we wczorajszych ubraniach czuła się, jakby odbywała spacer wstydu wzdłuż korytarzy Warowni. Prawie jakby Longbottomowie paradowali ją po swoim domu ku własnej uciesze i na pośmiewisko. I najgorsze w tym wszystkim było to, że intencje Brenny były zgoła inne, więc zgryźliwość Eden nie była nawet usprawiedliwiona.
Usłyszawszy powitanie spojrzała jedynie przeciągle na Longbottom, jakby walczyła z tyloma niefortunnymi opcjami dialogowymi, że już lepiej było nie mówić nic. Westchnęła tylko boleśnie, może nieco na pokaz, unosząc i opuszczając przy tym barki ostentacyjnie. Nie wiedziała, co powiedzieć, ale musiała wszystkim obecnym dać znać, jak nieopisanie cierpi.
- Ja, wyspana? - Powtórzyła pytanie po Brennie zachrypniętym głosem osoby, która ewidentnie za dużo wypiła. Zabrzmiała tak, jakby nie wierzyła w to, co słyszy. Czy nie widziała, jak sponiewierana była? - Nie zadawaj takich głupich pytań, bo cię śmiechem zabiję - oznajmiła, kręcąc głową. Postąpiła jeszcze parę kroków, tym razem robiąc wszystko, żeby reprezentować sobą jakiś ludzki poziom, po czym zwaliła się całym ciężarem swojego ciała na najbliższy fotel.
Spojrzała spod leniwie przymrużonych powiek na Brennę, a potem na proponowany przez nią asortyment i doszła do wniosku, że skoro nawet w normalny, trzeźwy dzień, nie jest w stanie przełknąć śniadania, to dzisiaj taka próba skończyłaby się zwymiotowaniem gospodyni na kapcie.
- Zalej mi kilka tabletek przeciwbólowych czarną kawą i pójdę w swoją stronę - zarządziła, a potem wsparła kark o oparcie fotela, odgięła głowę i przysłoniła ręką oczy. Światło dziennie sprawiało jej ból, większy nawet od słowotoku Brenny.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~