29.10.2024, 23:03 ✶
Skąd mieli wiedzieć komu mogą zaufać, jeśli świat wywrócił się do góry nogami? Ambroise nie wierzył w dobro ani w zło. To były abstrakcyjne pojęcia na długo przed wybuchem wojny. Powinni myśleć o tym w kategoriach przegranych i zwycięzców, bo to oni później pisali historię według swojej narracji. Źli mogli być dobrzy, dobrzy mogli być źli. Liczyło się nie to kto ma rację a to, kto przetrwa, by tę rację głosić.
Sądził, że mają tu jasność. Wycofali się na dalszy plan. Podejmowali ryzyko. Prawdopodobnie znacznie więcej niż wielu im znanych ludzi opowiadających się po którejś ze stron, ale to nie było nic nowego. Radzili sobie ze znanymi trudnościami. Mieli swoje nawyki, które pozostały z nimi mimo upływu lat i te, które na nowo stworzyli albo wypracowali już razem.
Ich życie było pełne specyficznych rytuałów. Małych, codziennych i dużych, rzadszych, ale nie bardziej wyjątkowych. Przywykł do tego stanu rzeczy. Uważał, że to do nich pasuje, skoro przychodzi im naturalnie i niewymuszenie. Co jakiś czas weryfikowali coś starego, dodawali coś nowego.
Miesiące temu prawie w innym życiu czynił plany, żeby dorzucić do tego coś, co zostanie z nimi przez resztę czasu i będą to wspominać nawet na stare lata. Nie sądził, że pokrzyżuje mu to cudza walka i jak nigdy zacznie zastanawiać się nad tym, co będzie za tydzień, miesiąc, dwa miesiące. Łapał się na tym, że instynktownie nie wybiega w przyszły rok ani półrocze. Kwartał był najdalszym, co dostrzegał.
Wydarzenia z Doliny Godryka odebrały mu także to. Teraz przez szaleńczo długie godziny bał się o następny dzień. Nie chciał, żeby kiedykolwiek doszło do czegoś takiego. Nie mógł cofnąć czasu ani podjętych decyzji. Nie czuł się jeszcze na siłach, aby mówić o tych swoich. Szczególnie, że byli w szpitalu, gdzie ściany mają uszy.
Mung nie był całkowicie bezpieczny. Ira otworzył oczy Ambroisa na chwilę przed tym, gdy zamknął swoje. Ironia? Nie zarzucał ukochanej, że nie wiedziała o poglądach człowieka, który był ledwo jej okazjonalnym sąsiadem z jednego z lokum, gdzie nawet ostatnio nie bywali.
On współpracował z tym człowiekiem w ramach międzyoddziałowych przypadków. W dodatku uczył go o ziołach i eliksirach podczas stażu. Wydał mu dobrą opinię, mimo że miał go za słabe ogniwo, które ma wiedzę teoretyczną i predyspozycje do używania właściwych medykamentów, ale pewnie wymięknie w przeciągu kilku miesięcy. A teraz Ira nie żył i Greengrassowi nie było go szkoda. Zasłużył na to a nawet na gorsze tortury. To była szybka śmierć.
Ambroise na chwilę zawahał się. Zamilkł pogrążony w myślach, niemalże nie zareagował na słowo, które padło z ust dziewczyny. Nie chciał jej tego wytykać, ale przepraszam tu nic nie zmieniało. Nie, jeżeli nie było wyrazem chęci poprawy w przyszłości a on obawiał się, że wie jak to będzie wyglądać - znowu podejmie ryzyko. W którymś momencie oboje znów to zrobią. Mógł oczekiwać, że będzie inaczej, ale na próżno.
- Nie próbuj mydlić mi oczu - uprzedził, mimo że nie powinien dawać jej takiego ostrzeżenia, bo to, że zachowywała się jak dzieciak nie oznaczało, że przez cały czas była nieświadoma i absurdalnie pozbawiona oglądu na sytuację; żyli ze sobą od tylu lat, że oboje wiedzieli jak nie działają u nich próby oszustwa. - N pewno masz jakieś oczekiwania. To jest ten moment, kiedy je formułujesz - stwierdził stanowczo.
Chciał czegoś co rozjaśniłoby tę sytuację. Pierwszego prawdziwego wyrazu szczerości po steku bzdur i po tym kłamstwie, które doprowadziło do tego, że niemal ją utracił. Gdyby mu wtedy powiedziała, że nie jest w stanie nic mu obiecać, Ambroise byłby w dalszym ciągu zły. Sarknąłby na nią sfrustrowany. Mieliby ciche godziny, lecz nie dni - już dawno przestali uciekać się do takich zagrywek.
Połypaliby na siebie z przeciwnych kątów aż któreś postanowiłoby z tym coś zrobić. Znowu by się starli a może nie i od razu przeszliby do etapu godzenia się na kuchennym blacie czy sofie w salonie. W zależności od tego, gdzie tego dnia byłaby ich osobista strefa wojny. Doszliby do porozumienia. Zawsze je osiągali. Żmudniej, trudniej, łatwiej.
To, że wtedy swoją postawą Roise zmusił Geraldine do złożenia deklaracji było faktem, ale jednocześnie oczekiwał, że pójdzie za tym szczerość i dziewczyna rzeczywiście dotrzyma słowa. Wolał brutalną prawdę aniżeli krzywoprzysięstwo. Okłamała go w żywe oczy. To piekło, szczególnie w obliczu wspomnień z zeszłego wieczoru i długiej nocy pełnej dramatów.
Nie był w stanie przejść z tym do porządku dziennego. Prawdę mówiąc chyba nie był w stanie tego zrobić bez ponownej autopsji na sprawie, którą pochowali miesiące temu. Mógłby odetchnąć z ulgą, że to był najgorszy trup, z którym przyszło im się mierzyć, ale nie miał na to nastroju. Nie bawił go humor sytuacyjny. Wręcz przeciwnie.
Zgadza się. Było go stać na więcej, ale ta sytuacja odbiegała od normy. To wykroczyło poza wszelkie ramy, w których umiał przyjąć odpowiednią postawę w zależności od tego, co było odpowiednie. Poruszali się po całkowicie nowym gruncie. Był grząski, niebezpieczny i ciemny. Nowa rzeczywistość była zwodnicza.
Dlatego tym bardziej powinni stać u boku siebie nawzajem, tworzyć wspólny front jak to było od lat zamiast dryfować coraz dalej. Nie chciał puszczać jej ręki. Mieli być swoją bezpieczną przystanią, ale to stało się znacznie trudniejsze do wykonania niż do zadeklarowania. Nie chciał tego przyznać, ale bezwiednie ogarnęło ich także widmo kryzysu. Nie tylko cudzej wojny na horyzoncie, która niepostrzeżenie ogarnęła świat dookoła nich a jeszcze przed chwilą była jak ognista łuna majacząca gdzieś bardzo daleko.
- I? Co w związku z tym? - Do czegoś zmierzała, ale zamiast przejść do rzeczy znowu krążyła wokół tematu.
Chciał, żeby wysławiała się jaśniej, choć on sam wcale nie był lepszy we wszystkim czym w nią ciskał. Jeszcze przed chwilą nie ważył wypowiadanych słów. Teraz oparł łokcie tak, że zapadły się w piankowy materac. Złożył opuszczoną głowę w ramionach. Próbował słuchać Geraldine, ale przede wszystkim nie dać jej do zrozumienia ile go to kosztuje.
Brzydził się własną słabością, jednakże nie mógł uspokoić oddechu ani powstrzymać wilgoci gromadzącej się pod zaciśniętymi powiekami. To go łamało. Nie mógł dać się złamać. Aż za dobrze zdawał sobie sprawę, że to ani nie miejsce, ani nie pora. Tym bardziej, że nie mógł stąd wyjść i przeczekać tego napadu słabości w samotności jak to miał w zwyczaju robić lata temu, gdy było naprawdę źle.
Teraz to był koszmar. Pod powiekami mógł dostrzec wszystkie obrazy wyryte w oczach. Wspomnienia piekły go wewnątrz piersi. Słowa (zarówno wypowiedziane jak i przemilczane, które wisiały między nimi jak całun) przyprawiały go o ciężki oddech. Były imadłem zaciskamy wokół gardła Greengrassa.
...boję się, że znowu to zrobię - on też. Tym bardziej, że nie wiedział w co wierzyć. Zawsze to było proste: po prostu wierzył w nią. Teraz okazała się narglem Lovegoodów. Albo czymś, co nie istniało a w co wierzyli głupi. Albo czymś, co było dla niego przez większość wspólnego życia, ale teraz bał się, że bezpowrotnie wyginęło.
To nie zmieniało jego uczuć do niej jako osoby, z którą chciał spędzić resztę życia. Za to przyprawiało go o lęk, że to życie może okazać się zbyt krótkie i urwane poza jego kontrolą. Za to nie można było przeprosić. Zbył jej słowa. Nie odpowiedział na przyznanie mu racji. Zbyt mocno go to poruszyło.
Sądził, że mają tu jasność. Wycofali się na dalszy plan. Podejmowali ryzyko. Prawdopodobnie znacznie więcej niż wielu im znanych ludzi opowiadających się po którejś ze stron, ale to nie było nic nowego. Radzili sobie ze znanymi trudnościami. Mieli swoje nawyki, które pozostały z nimi mimo upływu lat i te, które na nowo stworzyli albo wypracowali już razem.
Ich życie było pełne specyficznych rytuałów. Małych, codziennych i dużych, rzadszych, ale nie bardziej wyjątkowych. Przywykł do tego stanu rzeczy. Uważał, że to do nich pasuje, skoro przychodzi im naturalnie i niewymuszenie. Co jakiś czas weryfikowali coś starego, dodawali coś nowego.
Miesiące temu prawie w innym życiu czynił plany, żeby dorzucić do tego coś, co zostanie z nimi przez resztę czasu i będą to wspominać nawet na stare lata. Nie sądził, że pokrzyżuje mu to cudza walka i jak nigdy zacznie zastanawiać się nad tym, co będzie za tydzień, miesiąc, dwa miesiące. Łapał się na tym, że instynktownie nie wybiega w przyszły rok ani półrocze. Kwartał był najdalszym, co dostrzegał.
Wydarzenia z Doliny Godryka odebrały mu także to. Teraz przez szaleńczo długie godziny bał się o następny dzień. Nie chciał, żeby kiedykolwiek doszło do czegoś takiego. Nie mógł cofnąć czasu ani podjętych decyzji. Nie czuł się jeszcze na siłach, aby mówić o tych swoich. Szczególnie, że byli w szpitalu, gdzie ściany mają uszy.
Mung nie był całkowicie bezpieczny. Ira otworzył oczy Ambroisa na chwilę przed tym, gdy zamknął swoje. Ironia? Nie zarzucał ukochanej, że nie wiedziała o poglądach człowieka, który był ledwo jej okazjonalnym sąsiadem z jednego z lokum, gdzie nawet ostatnio nie bywali.
On współpracował z tym człowiekiem w ramach międzyoddziałowych przypadków. W dodatku uczył go o ziołach i eliksirach podczas stażu. Wydał mu dobrą opinię, mimo że miał go za słabe ogniwo, które ma wiedzę teoretyczną i predyspozycje do używania właściwych medykamentów, ale pewnie wymięknie w przeciągu kilku miesięcy. A teraz Ira nie żył i Greengrassowi nie było go szkoda. Zasłużył na to a nawet na gorsze tortury. To była szybka śmierć.
Ambroise na chwilę zawahał się. Zamilkł pogrążony w myślach, niemalże nie zareagował na słowo, które padło z ust dziewczyny. Nie chciał jej tego wytykać, ale przepraszam tu nic nie zmieniało. Nie, jeżeli nie było wyrazem chęci poprawy w przyszłości a on obawiał się, że wie jak to będzie wyglądać - znowu podejmie ryzyko. W którymś momencie oboje znów to zrobią. Mógł oczekiwać, że będzie inaczej, ale na próżno.
- Nie próbuj mydlić mi oczu - uprzedził, mimo że nie powinien dawać jej takiego ostrzeżenia, bo to, że zachowywała się jak dzieciak nie oznaczało, że przez cały czas była nieświadoma i absurdalnie pozbawiona oglądu na sytuację; żyli ze sobą od tylu lat, że oboje wiedzieli jak nie działają u nich próby oszustwa. - N pewno masz jakieś oczekiwania. To jest ten moment, kiedy je formułujesz - stwierdził stanowczo.
Chciał czegoś co rozjaśniłoby tę sytuację. Pierwszego prawdziwego wyrazu szczerości po steku bzdur i po tym kłamstwie, które doprowadziło do tego, że niemal ją utracił. Gdyby mu wtedy powiedziała, że nie jest w stanie nic mu obiecać, Ambroise byłby w dalszym ciągu zły. Sarknąłby na nią sfrustrowany. Mieliby ciche godziny, lecz nie dni - już dawno przestali uciekać się do takich zagrywek.
Połypaliby na siebie z przeciwnych kątów aż któreś postanowiłoby z tym coś zrobić. Znowu by się starli a może nie i od razu przeszliby do etapu godzenia się na kuchennym blacie czy sofie w salonie. W zależności od tego, gdzie tego dnia byłaby ich osobista strefa wojny. Doszliby do porozumienia. Zawsze je osiągali. Żmudniej, trudniej, łatwiej.
To, że wtedy swoją postawą Roise zmusił Geraldine do złożenia deklaracji było faktem, ale jednocześnie oczekiwał, że pójdzie za tym szczerość i dziewczyna rzeczywiście dotrzyma słowa. Wolał brutalną prawdę aniżeli krzywoprzysięstwo. Okłamała go w żywe oczy. To piekło, szczególnie w obliczu wspomnień z zeszłego wieczoru i długiej nocy pełnej dramatów.
Nie był w stanie przejść z tym do porządku dziennego. Prawdę mówiąc chyba nie był w stanie tego zrobić bez ponownej autopsji na sprawie, którą pochowali miesiące temu. Mógłby odetchnąć z ulgą, że to był najgorszy trup, z którym przyszło im się mierzyć, ale nie miał na to nastroju. Nie bawił go humor sytuacyjny. Wręcz przeciwnie.
Zgadza się. Było go stać na więcej, ale ta sytuacja odbiegała od normy. To wykroczyło poza wszelkie ramy, w których umiał przyjąć odpowiednią postawę w zależności od tego, co było odpowiednie. Poruszali się po całkowicie nowym gruncie. Był grząski, niebezpieczny i ciemny. Nowa rzeczywistość była zwodnicza.
Dlatego tym bardziej powinni stać u boku siebie nawzajem, tworzyć wspólny front jak to było od lat zamiast dryfować coraz dalej. Nie chciał puszczać jej ręki. Mieli być swoją bezpieczną przystanią, ale to stało się znacznie trudniejsze do wykonania niż do zadeklarowania. Nie chciał tego przyznać, ale bezwiednie ogarnęło ich także widmo kryzysu. Nie tylko cudzej wojny na horyzoncie, która niepostrzeżenie ogarnęła świat dookoła nich a jeszcze przed chwilą była jak ognista łuna majacząca gdzieś bardzo daleko.
- I? Co w związku z tym? - Do czegoś zmierzała, ale zamiast przejść do rzeczy znowu krążyła wokół tematu.
Chciał, żeby wysławiała się jaśniej, choć on sam wcale nie był lepszy we wszystkim czym w nią ciskał. Jeszcze przed chwilą nie ważył wypowiadanych słów. Teraz oparł łokcie tak, że zapadły się w piankowy materac. Złożył opuszczoną głowę w ramionach. Próbował słuchać Geraldine, ale przede wszystkim nie dać jej do zrozumienia ile go to kosztuje.
Brzydził się własną słabością, jednakże nie mógł uspokoić oddechu ani powstrzymać wilgoci gromadzącej się pod zaciśniętymi powiekami. To go łamało. Nie mógł dać się złamać. Aż za dobrze zdawał sobie sprawę, że to ani nie miejsce, ani nie pora. Tym bardziej, że nie mógł stąd wyjść i przeczekać tego napadu słabości w samotności jak to miał w zwyczaju robić lata temu, gdy było naprawdę źle.
Teraz to był koszmar. Pod powiekami mógł dostrzec wszystkie obrazy wyryte w oczach. Wspomnienia piekły go wewnątrz piersi. Słowa (zarówno wypowiedziane jak i przemilczane, które wisiały między nimi jak całun) przyprawiały go o ciężki oddech. Były imadłem zaciskamy wokół gardła Greengrassa.
...boję się, że znowu to zrobię - on też. Tym bardziej, że nie wiedział w co wierzyć. Zawsze to było proste: po prostu wierzył w nią. Teraz okazała się narglem Lovegoodów. Albo czymś, co nie istniało a w co wierzyli głupi. Albo czymś, co było dla niego przez większość wspólnego życia, ale teraz bał się, że bezpowrotnie wyginęło.
To nie zmieniało jego uczuć do niej jako osoby, z którą chciał spędzić resztę życia. Za to przyprawiało go o lęk, że to życie może okazać się zbyt krótkie i urwane poza jego kontrolą. Za to nie można było przeprosić. Zbył jej słowa. Nie odpowiedział na przyznanie mu racji. Zbyt mocno go to poruszyło.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down