29.10.2024, 23:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.10.2024, 23:55 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Tak właściwie to - ostentacyjnie zmierzył ją wzrokiem od góry do dołu, przekrzywiając głowę raz w jedną raz w drugą stronę i marszcząc połowę twarzy.
Wymownie, paniczu Greengrass. Wyśmienicie wymownie, mogła to sobie odebrać tak jak chciała w zależności od własnych kompleksów i poczucia beznadziejności typowej dla warchlaków w jej wieku. Nie była dla niego w żaden sposób towarzyska, więc raczej odpłacał się pięknym za nadobne. Tyle, że bez gróźb. Za to ze starannie opakowanymi obelgami.
- Niech zgadnę - wypuścił chmurę dymu już nie przez otwarte okno a w stronę dziewczyny. - Nie jesteś szczególnie światła z zielarstwa ani z eliksirów, co? - Uniósł brew.
Różnica była bardzo wyraźna. Dostrzegalna na jeden ruch nozdrzy. Mało kto by tego nie wyczuł. Chyba tylko całkowita ignorantka w dwóch ściśle powiązanych dziedzinach. Zielarstwo prowadziło do tworzenia składników. Składniki do warzenia eliksirów. Eliksiry czasami były wykorzystywane do podkręcania mocy fajek przez moczenie w nich bletek, co było częstą praktyką Greengrassa i ekipy, bo co jak co - do wszystkich wymienionych wyżej dziedzin miał naturalny, niewymuszony dryg.
Ku szczęściu profesorów prowadzących wszystkie zaklęcia i ich ogólnemu niezadowoleniu oraz brakowi aprobaty, gdy zakomunikował im, że nie ma najmniejszego zamiaru robić botanicznej bądź alchemicznej kariery, bo to Quidditch jest tym, co chce robić w życiu.
Mimo upływu czasu nadal nie dopuszczał do siebie myśli, że może wrócić z podkulonymi ogonem. To go wkurwiało, bo rzecz jasna tylko kwestią czasu było ponowne opanowanie miotły. Zaparł się. Nawet tego konkretnego dnia, przez którego słaby przebieg był teraz zły i potrzebował ciszy. Nie pierdolenia nad uchem.
- Idziesz już się poskarżyć? No, leć. Jeszcze stracisz okazję - znów machnął ręką w kierunku drzwi, ale nie wyszła.
Nie przestała trajkotać. Wręcz przeciwnie. Usiłowała mu w dalszym ciągu działać na nerwy. Ewidentnie nie rozumiała żadnego przekazu.
- Właśnie o to chodzi - zasugerował pokazując górny rząd zębów w najbardziej niepokojącym uśmiechu na jaki go było stać; odbicie w oknie dostrzeżone kątem oka całkiem go usatysfakcjonowało, ale też nie od dziś był pozerem.
W jak najlepszym znaczeniu tego słowa - rzecz jasna. Lubił bawić się w sprawianie wrażenia. Dzięki temu bywało znacznie łatwiej. Inni ludzie mieli o nim swoje zdanie, on nie potrzebował tego weryfikować ani niespecjalnie zabiegał o ich aprobatę, bo wnioskowali o nim na podstawie starannie stworzonej persony. Nieskromnie mówiąc: roku na rok robił się w tym coraz lepszy (a skromnością świata nie zbawiał).
Coraz bardziej bawiła go ta nieoczekiwana rozmowa, nawet jeśli dziewczyńsko w dalszym ciągu bzyczało mu koło ucha jak natrętna mucha skupiająca się na poszukiwaniu swojego urojonego smoczego gówna. Nie dostając reakcji, której z dużym prawdopodobieństwem chciała, żeby móc się wyładować za swój zły dzień (raczej mało kto miałby dobry dzień wyglądając tak jak ona, gdy wpadła do łazienki) usiłowała go wciągnąć w coś, co z dużym prawdopodobieństwem śmierdziało szlabanem. Zdecydowanie wolał zapach własnych cudzych papierosów.
Z tą myślą zgasił jeden niedopałek w śniegu na okiennej zewnętrznej framudze - między szybą a parapetem, po czym po chwili namysłu wyciągnął i odpalił drugiego. Jeszcze bardziej odruchowo wyciągając otwartą paczkę w kierunku blondyneczki.
Nie był aż takim sknerą - to po pierwsze. Przywykł do podobnych gestów obracając się w starszym środowisku - po drugie. Stosunkowo wcześnie zaczął dawać ujście nałogowi, więc bezwiednie założył, że mogła się na nim wyżywać z głodu nikotynowego - trzecie. Pewnie było jeszcze czwarte, piąte i szóste. Tysiąc powodów, dla których wzruszyłby ramionami, gdyby przyjęła milczącą ofertę i to samo zrobiłby, gdyby się obruszyła.
No, skoro już zdecydował się tu zostać jeszcze przez kilka minut to równie dobrze mógł zapewnić sobie alibi, wciągając ją we wszystkie nielegalne czynności, bo wtedy nie wezwie na niego psiarni kociarni McGonagall. Jak zwał tak zwał. Na siebie by nie doniosła, nie? Choć kto wie jak bardzo jest pieprznięta. Miała niepokojąco niebieskie oczy. Szczególnie wtedy, kiedy ciskały gromy. Bardzo adekwatnie do tematu letnich burz.
- No przecież mówię - uniósł wzrok w kierunku sufitu, westchnął z politowaniem i zaciągnął się kolejnym papierosem, chowając paczkę do kieszeni. - Słuchasz mnie czy nie? - - Jak dla niego to mogła sobie iść na skargę albo ogólnie w cztery dupy, natomiast skoro mieli chwilę czasu to mógł wziąć na niej odwet, swoim pierdoleniem bzdur wyławiając Martę z kibla i fundując Gryfoneczce rant życia.
- A więc - odchrząknął znacząco zachęcony grobowym milczeniem - znów: jakże klimatycznym. - To był jeden z tych burzowych letnich wieczorów. Wierzchołki drzew w Zakazanym Lesie kołysały się targane gwałtownymi porywami złowróżbnego wiatru, który od rana zawodził w tej tu właśnie toalecie przez niedomknięte okna. Zapowiadał nadejście strasznych, strasznych wydarzeń - przeciągał czekając na Martę.
Gdzie ona była, do jasnej cholery?
Wymownie, paniczu Greengrass. Wyśmienicie wymownie, mogła to sobie odebrać tak jak chciała w zależności od własnych kompleksów i poczucia beznadziejności typowej dla warchlaków w jej wieku. Nie była dla niego w żaden sposób towarzyska, więc raczej odpłacał się pięknym za nadobne. Tyle, że bez gróźb. Za to ze starannie opakowanymi obelgami.
- Niech zgadnę - wypuścił chmurę dymu już nie przez otwarte okno a w stronę dziewczyny. - Nie jesteś szczególnie światła z zielarstwa ani z eliksirów, co? - Uniósł brew.
Różnica była bardzo wyraźna. Dostrzegalna na jeden ruch nozdrzy. Mało kto by tego nie wyczuł. Chyba tylko całkowita ignorantka w dwóch ściśle powiązanych dziedzinach. Zielarstwo prowadziło do tworzenia składników. Składniki do warzenia eliksirów. Eliksiry czasami były wykorzystywane do podkręcania mocy fajek przez moczenie w nich bletek, co było częstą praktyką Greengrassa i ekipy, bo co jak co - do wszystkich wymienionych wyżej dziedzin miał naturalny, niewymuszony dryg.
Ku szczęściu profesorów prowadzących wszystkie zaklęcia i ich ogólnemu niezadowoleniu oraz brakowi aprobaty, gdy zakomunikował im, że nie ma najmniejszego zamiaru robić botanicznej bądź alchemicznej kariery, bo to Quidditch jest tym, co chce robić w życiu.
Mimo upływu czasu nadal nie dopuszczał do siebie myśli, że może wrócić z podkulonymi ogonem. To go wkurwiało, bo rzecz jasna tylko kwestią czasu było ponowne opanowanie miotły. Zaparł się. Nawet tego konkretnego dnia, przez którego słaby przebieg był teraz zły i potrzebował ciszy. Nie pierdolenia nad uchem.
- Idziesz już się poskarżyć? No, leć. Jeszcze stracisz okazję - znów machnął ręką w kierunku drzwi, ale nie wyszła.
Nie przestała trajkotać. Wręcz przeciwnie. Usiłowała mu w dalszym ciągu działać na nerwy. Ewidentnie nie rozumiała żadnego przekazu.
- Właśnie o to chodzi - zasugerował pokazując górny rząd zębów w najbardziej niepokojącym uśmiechu na jaki go było stać; odbicie w oknie dostrzeżone kątem oka całkiem go usatysfakcjonowało, ale też nie od dziś był pozerem.
W jak najlepszym znaczeniu tego słowa - rzecz jasna. Lubił bawić się w sprawianie wrażenia. Dzięki temu bywało znacznie łatwiej. Inni ludzie mieli o nim swoje zdanie, on nie potrzebował tego weryfikować ani niespecjalnie zabiegał o ich aprobatę, bo wnioskowali o nim na podstawie starannie stworzonej persony. Nieskromnie mówiąc: roku na rok robił się w tym coraz lepszy (a skromnością świata nie zbawiał).
Coraz bardziej bawiła go ta nieoczekiwana rozmowa, nawet jeśli dziewczyńsko w dalszym ciągu bzyczało mu koło ucha jak natrętna mucha skupiająca się na poszukiwaniu swojego urojonego smoczego gówna. Nie dostając reakcji, której z dużym prawdopodobieństwem chciała, żeby móc się wyładować za swój zły dzień (raczej mało kto miałby dobry dzień wyglądając tak jak ona, gdy wpadła do łazienki) usiłowała go wciągnąć w coś, co z dużym prawdopodobieństwem śmierdziało szlabanem. Zdecydowanie wolał zapach własnych cudzych papierosów.
Z tą myślą zgasił jeden niedopałek w śniegu na okiennej zewnętrznej framudze - między szybą a parapetem, po czym po chwili namysłu wyciągnął i odpalił drugiego. Jeszcze bardziej odruchowo wyciągając otwartą paczkę w kierunku blondyneczki.
Nie był aż takim sknerą - to po pierwsze. Przywykł do podobnych gestów obracając się w starszym środowisku - po drugie. Stosunkowo wcześnie zaczął dawać ujście nałogowi, więc bezwiednie założył, że mogła się na nim wyżywać z głodu nikotynowego - trzecie. Pewnie było jeszcze czwarte, piąte i szóste. Tysiąc powodów, dla których wzruszyłby ramionami, gdyby przyjęła milczącą ofertę i to samo zrobiłby, gdyby się obruszyła.
No, skoro już zdecydował się tu zostać jeszcze przez kilka minut to równie dobrze mógł zapewnić sobie alibi, wciągając ją we wszystkie nielegalne czynności, bo wtedy nie wezwie na niego psiarni kociarni McGonagall. Jak zwał tak zwał. Na siebie by nie doniosła, nie? Choć kto wie jak bardzo jest pieprznięta. Miała niepokojąco niebieskie oczy. Szczególnie wtedy, kiedy ciskały gromy. Bardzo adekwatnie do tematu letnich burz.
- No przecież mówię - uniósł wzrok w kierunku sufitu, westchnął z politowaniem i zaciągnął się kolejnym papierosem, chowając paczkę do kieszeni. - Słuchasz mnie czy nie? - - Jak dla niego to mogła sobie iść na skargę albo ogólnie w cztery dupy, natomiast skoro mieli chwilę czasu to mógł wziąć na niej odwet, swoim pierdoleniem bzdur wyławiając Martę z kibla i fundując Gryfoneczce rant życia.
- A więc - odchrząknął znacząco zachęcony grobowym milczeniem - znów: jakże klimatycznym. - To był jeden z tych burzowych letnich wieczorów. Wierzchołki drzew w Zakazanym Lesie kołysały się targane gwałtownymi porywami złowróżbnego wiatru, który od rana zawodził w tej tu właśnie toalecie przez niedomknięte okna. Zapowiadał nadejście strasznych, strasznych wydarzeń - przeciągał czekając na Martę.
Gdzie ona była, do jasnej cholery?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down