30.10.2024, 00:04 ✶
Zachowanie powagi w sytuacji, gdy wystawiała przyjaciela pod ostre światło lampy w wyimaginowanym pokoju przesłuchań, a sama przyjmowała jednocześnie postawę złego i dobrego aurora, nie było łatwe. Naprawdę chciała pochwycić Anthony’ego za rękę i poklepać go po niej pokrzepiająco, aby na sam koniec dodać, że teraz to będzie tylko gorzej.
Kupidyn nie miał litości do czarodziejów. Za każdym pochwyceniem łuku prawdopodobnie celował z zamkniętymi oczami i mierzył dopiero po wykonaniu pięciu obrotów dookoła własnej, boskiej osi. Albo może wybierał specjalny rodzaj strzał? Może zawsze przy przelatywaniu nad Londynem wybierał takie, których próba wyciągnięcia równała się tylko i wyłącznie z poharataniem serca ostrymi zębami miłosnego grotu.
— Ach, rozumiem — zaczęła po jego całym wywodzie, zwieńczonym chłopięcym rumieńcem, wdzięcznie zdobiącym czubki uszu i małą połać karku. Spojrzała na niego spod rzęs.
Nie dokończyła też na razie myśli, kazała na siebie czekać, gdy przełknęła ostatni kęs ostatniego naleśnika i tylko otarła usta z cukru pudru. Zaraz potem nie przyszła pora na oświecenie zbolałego Shafiqa, o nie. Przyszła pora na papierosa.
Rozpoczęła się cała ceremonia odpalenia cynamonowej, ręcznie skręconej w domu, cygaretki. Była to jedna z dwóch samotnych w całej, wielkiej papierośnicy. Tą drugą podała mężczyźnie, wsunęła mu ją po prostu pomiędzy palce, a nawet jeśli nie zamierzał jej teraz odpalić, to mógł ją sobie zostawić na później. Tessa za to pozwoliła sobie na odrobinę ostentacyjne trzaśnięcie wieczkiem zapalniczki i momentalnie odchylenie się trochę do tyłu, by cała jej postawa przyjęła jeszcze luźniejszy wydźwięk.
— Rozumiem — kontynuowała nareszcie — i dziękuję. Nie wiem czy chciałabym usłyszeć jeszcze kiedykolwiek wyraz typu randka, padający z twoich słów, miły.
Uśmiechnęła się delikatnie, wydmuchując słodki dym na bok. Strzepnęła popiół do kryształowej popielniczki. Mówiła dalej.
— Och, no już! Daj spokój, nie zachowuj się jak Krukon na czwartym roku, kiedy ktoś przysłał ci czekoladki z Miodowego Królestwa i nabazgrany na kolanie liścik miłosny. Jesteśmy dorośli. Nie myśl, że nie wiedziałam, więc nie chcę, żebyś traktował mnie jak idiotkę. Bo nią nie jestem.
Nie, to chyba nie tak.
— Przepraszam, to znaczy — urwała na moment, stukając się paznokciem po linii szczęki, jakby szukała odpowiednich, mniej szorstkich słów. Musiała je znaleźć. Zaraz potem zagestykulowała żywo i pstryknęła w jego kierunku palcami. — spodziewałam się. Tyle wyjazdów z Erikiem, tyle subtelnych uśmiechów i błysków w twoim oku, kiedy ktoś o nim wspominał. Nie zmienia to jednak faktu, że oboje zachowujecie się, jak nastolatkowie. Powinniście już dawno zadeklarować się i przejść do czegoś poważniejszego. Stałego.
Anthony miał to do siebie, że kochał na zabój. Jakoś dziko, wręcz niezdrowo, ale na ten swój wycofany, subtelny sposób. Tessa zawsze uważała, że można go było opisać w kilku słowach — estyma idei miłości. Mógłby oddać komuś serce na tacy, uprzednio samemu wyrwawszy je sobie z piersi, ale przy okazji skrywał stygmaty, zdobiące jego dłonie. Chował ranę w boku, kiwał głową na komentarze, które starały się upewnić w zeznaniach, że Shafiq kochał tylko siebie albo nie był w stanie kochać wcale.
Kolejny obłok dymu. Kolejny łyk kawy. Kolejne przemyślenie.
— Chociaż… nie, teraz zachowuję się jak idiotka. Popatrz, najpierw mówię Ci jedno, a później utwierdzam w faktach, że masz prawo mnie tak nazywać. — Parsknęła śmiechem, który smakował dla niej ulgą, dla niego pachniał szczęściem. — Rozmawialiście już o tym? O oficjalnym ucałowaniu się w usta przy publiczności, aby dać każdemu do zrozumienia, że, owszem, Anthony Shafiq usidlił Erika Longbottoma. Choć, może tutaj jest na odwrót?
Kupidyn nie miał litości do czarodziejów. Za każdym pochwyceniem łuku prawdopodobnie celował z zamkniętymi oczami i mierzył dopiero po wykonaniu pięciu obrotów dookoła własnej, boskiej osi. Albo może wybierał specjalny rodzaj strzał? Może zawsze przy przelatywaniu nad Londynem wybierał takie, których próba wyciągnięcia równała się tylko i wyłącznie z poharataniem serca ostrymi zębami miłosnego grotu.
— Ach, rozumiem — zaczęła po jego całym wywodzie, zwieńczonym chłopięcym rumieńcem, wdzięcznie zdobiącym czubki uszu i małą połać karku. Spojrzała na niego spod rzęs.
Nie dokończyła też na razie myśli, kazała na siebie czekać, gdy przełknęła ostatni kęs ostatniego naleśnika i tylko otarła usta z cukru pudru. Zaraz potem nie przyszła pora na oświecenie zbolałego Shafiqa, o nie. Przyszła pora na papierosa.
Rozpoczęła się cała ceremonia odpalenia cynamonowej, ręcznie skręconej w domu, cygaretki. Była to jedna z dwóch samotnych w całej, wielkiej papierośnicy. Tą drugą podała mężczyźnie, wsunęła mu ją po prostu pomiędzy palce, a nawet jeśli nie zamierzał jej teraz odpalić, to mógł ją sobie zostawić na później. Tessa za to pozwoliła sobie na odrobinę ostentacyjne trzaśnięcie wieczkiem zapalniczki i momentalnie odchylenie się trochę do tyłu, by cała jej postawa przyjęła jeszcze luźniejszy wydźwięk.
— Rozumiem — kontynuowała nareszcie — i dziękuję. Nie wiem czy chciałabym usłyszeć jeszcze kiedykolwiek wyraz typu randka, padający z twoich słów, miły.
Uśmiechnęła się delikatnie, wydmuchując słodki dym na bok. Strzepnęła popiół do kryształowej popielniczki. Mówiła dalej.
— Och, no już! Daj spokój, nie zachowuj się jak Krukon na czwartym roku, kiedy ktoś przysłał ci czekoladki z Miodowego Królestwa i nabazgrany na kolanie liścik miłosny. Jesteśmy dorośli. Nie myśl, że nie wiedziałam, więc nie chcę, żebyś traktował mnie jak idiotkę. Bo nią nie jestem.
Nie, to chyba nie tak.
— Przepraszam, to znaczy — urwała na moment, stukając się paznokciem po linii szczęki, jakby szukała odpowiednich, mniej szorstkich słów. Musiała je znaleźć. Zaraz potem zagestykulowała żywo i pstryknęła w jego kierunku palcami. — spodziewałam się. Tyle wyjazdów z Erikiem, tyle subtelnych uśmiechów i błysków w twoim oku, kiedy ktoś o nim wspominał. Nie zmienia to jednak faktu, że oboje zachowujecie się, jak nastolatkowie. Powinniście już dawno zadeklarować się i przejść do czegoś poważniejszego. Stałego.
Anthony miał to do siebie, że kochał na zabój. Jakoś dziko, wręcz niezdrowo, ale na ten swój wycofany, subtelny sposób. Tessa zawsze uważała, że można go było opisać w kilku słowach — estyma idei miłości. Mógłby oddać komuś serce na tacy, uprzednio samemu wyrwawszy je sobie z piersi, ale przy okazji skrywał stygmaty, zdobiące jego dłonie. Chował ranę w boku, kiwał głową na komentarze, które starały się upewnić w zeznaniach, że Shafiq kochał tylko siebie albo nie był w stanie kochać wcale.
Kolejny obłok dymu. Kolejny łyk kawy. Kolejne przemyślenie.
— Chociaż… nie, teraz zachowuję się jak idiotka. Popatrz, najpierw mówię Ci jedno, a później utwierdzam w faktach, że masz prawo mnie tak nazywać. — Parsknęła śmiechem, który smakował dla niej ulgą, dla niego pachniał szczęściem. — Rozmawialiście już o tym? O oficjalnym ucałowaniu się w usta przy publiczności, aby dać każdemu do zrozumienia, że, owszem, Anthony Shafiq usidlił Erika Longbottoma. Choć, może tutaj jest na odwrót?
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you