Westchnęła. Mogłaby dużo mówić o tym, co sądzi o Ministerstwie i podejmowanych działaniach. O decyzji Eugenii Jenkins i wszystkich tego konsekwencjach. O tym, że powolutku rodziła się w niej myśl, że Ministerstwo z takim zarządzaniem skazane jest na porażkę, gdy nie bierze się pod uwagę działań Voldemorta na głos mówić nie chciała. Tak samo jak o tym, że czuje się porzucona i opuszczona po tym, jak podczas wykonywania swoich obowiązków służbowych, doznała sporego uszczerbku na zdrowiu. Takiego, który, wedle opinii, jaką niedawno usłyszała, może ją w niedługim czasie zabić. Wyrok śmierci odroczono na nie wiadomo kiedy, a prawdopodobną datą miał być 31 października.
Coraz częściej w jej głowę drapała myśl, że skoro Departament Tajemnic nie chce się dzielić tym, co ustalił, to może powinna wziąć sobie tę wiedzę siłą w najbardziej bezczelny sposób, jaki istniał na świecie: gdy wypraszają cię drzwiami, wejść oknem.
– Wiem. To prawo, które zamiast chronić społeczeństwo, tylko je upośledza, bo nie dotyczy tych, którzy nie boją się procesu i więzienia – mówiła tu rzecz jasna o zakazie, jaki nałożono na nekromancję, przez ci dziedzina w oficjalnych kanałach była w Anglii mało znana, nie można się było skutecznie bronić przed niektórymi wpływami czarnej magii, a na domiar wszystkiego ludzie wyjęci spod prawa… mieli ten zakaz w poważaniu, będąc dwa kroki przed Ministerstwem, które musiało działać oficjalnie. Victoria i tak niespecjalnie się tego zakazu słuchała, znała nekromancję w podstawowym zakresie, który pozwalał jej wykonywać pracę w miarę skutecznie, ale i tak korzystała z niej tylko, jak wiedziała, że nic jej z tego tytułu nie grozi. – I doskonale wiem, że żeby zbadać to, co się nam przydarzyło, potrzeba wiedzy nekromantycznej, którą urzędnicy Ministerstwa nie mogą się głośno chwalić – uśmiechnęła się krótko, sztucznie. Nawet jeśli badano tam nekromancję… czego nie wiedziała, ale czym innym badać śmierć? Więc nawet jeśli ją tam badano, to nie mogli tego przyznać na głos i było to frustrujące.
Spojrzała na Rodolphusa tępo, jakby mówił do niej co najmniej po chińsku, a nie angielsku i jakby przy tym skakał jak małpka w zoo – a przecież jedyne co zrobił, to opisał o jakie kamienie mu chodzi. Dopiero po chwili zmarszczyła brwi i lekko zmrużyła powieki, myśląc intensywnie, bo… Nie kojarzyła żadnych kamieni, nic w raportach o tym nie widziała, nie kojarzyła, żeby ktoś o tym mówił.
– Nie kojarzę nic o żadnych kamieniach – zaczęła powoli, przenosząc spojrzenie na roślinkę, grzecznie pyszniącą się pod oknem. Victoria myślała teraz intensywnie, bardzo intensywnie, przeszukując pamięć w poszukiwaniu… czegokolwiek. – Nikt mi o nich nie mówił, a siłą rzeczy nie byłam w stanie zobaczyć pobojowiska. Nie chcieli mnie wypuścić z tego szpitala polowego, i w sumie to im się nie dziwie, też bym siebie z niego nie wypuściła – mogła wyjść do domu dopiero, kiedy ktoś ją odebrał i… cóż, był to Sauriel. Przyszedł wtedy po nią i ją zabrał do domu, ledwo trzymającą się na nogach. Nie kojarzyła kamieni, za to doskonale pamiętała inną rzecz, której też było pięć: światła, które wydobywały się jakby z ziemi. Zdążyła o tym zapomnieć na przestrzeni tych miesięcy, ale teraz, przy wzmożonym myśleniu, gdy cofnęła się pamięcią do tamtego dnia… W sumie nikt jej nigdy nie wyjaśnił, o co chodziło z tymi światłami. Nikt o nich nie mówił, jakby były nieistniejącym, nieistotnym elementem. – Pamiętam… Światła – powiedziała powoli, nadal nie patrząc na Rodolphusa, przeniesiona pamięcią w inne miejsce i czas. – Pięć dziwnych świateł, które paliły się jakby… z ziemi? – dodała po chwili. – Jedno z nich było pod innym kątem, nie prostopadle do podłoża, wycelowane w niebo, tylko pod kątem, zraniło jakąś czarownicę… Pamiętam, że biegliśmy do niego, żeby je zneutralizować. Rozproszyłam jego magię aż zgasło. I potem to samo zrobiłam z jeszcze jednym. Pozostałe trzy… Wydaje mi się, że też zgasły, że inni się nimi zajęli – w końcu przeniosła wzrok na kuzyna, który się do niej nachylał. [b]– Myślisz, że… że to te kamienie emanowały to światło? Liczba się zgadza. I fakt, że nikt o nich nie mówi również.