30.10.2024, 01:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.10.2024, 03:17 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Zaufanie było śliską sprawą. Stosunkowo szybko w życiu przekonał się, że najbliżsi kompani potrafili w kilka chwil zmienić się w kąsające węże a nieprzyjaciele stawali się przyjaciółmi w najbardziej osobliwy sposób w nieprzewidzianych warunkach. Nic nie było całkowicie pewne.
Rzecz jasna w dalszym ciągu ufał swoim najbliższym. To grono było adekwatnie wąskie, ale dzięki temu sprawdzone. Mimo to nigdy nie wiedział, co może zmienić podejście nawet najbardziej sprzyjających mu osób. Bywały sytuację, w których należało dokonać wyboru między dwoma złymi opcjami.
W takich chwilach nie byłby zaskoczony, gdyby ktoś z tych czarodziejów postawił na nim krzyżyk, wybierając swoją żonę, męża, dzieci. Szczególnie, że pod skórą miał świadomość, że on również podjąłby decyzję niezgodną z lojalnością wobec jednych, by być lojalnym jedynej stabilności w jego życiu - Geraldine.
Nieważne, jak bardzo go teraz zawiodła. Wstrząsnęła nim. Miał do niej wyrzuty. Ział złością i nie miarkował się w ostrych słowach, ale w dalszym ciągu uważał ją za jedyną osobę, w której intencje może ślepo wierzyć. Tak samo jak bez wahania powiedziałby, że ona miała to samo oparcie w nim.
Nawet w takich momentach, kiedy wszystko zdawało się walić, Roise zamierzał spróbować naprawić to całe gówno. Nie teraz. Nie był w stanie, ale próbowali rozmawiać. Nie zacisnął ust ani nie odwrócił wzroku. Starał się. Nawet, jeżeli większość jego słów do niej nie docierała a druga połowa traciła wydźwięk, bo nie potrafił ubrać myśli w słowa.
- Nie - odrzekł twardo, nie pozostawiał w tym zbyt wiele miejsca na jakiekolwiek ale, bo zaraz podjął temat oczekiwań, których nie mógł spełnić. - Nie będę się z tobą napierdalać na zaklęcia a teoria bez praktyki jest o kant dupy potłuc. Musisz znaleźć kogoś innego - oczywiście, tak tak: nic nie musiała, lecz na tej samej zasadzie on również nic nie musiał i nie zamierzał zbyt głęboko wchodzić w temat, dlaczego żądania Riny były w tym wypadku nie do spełnienia.
Nie wyobrażał sobie, że może ją uczyć czegoś w taki sposób, aby skutecznie umiała się bronić, ale jednocześnie nie ryzykować, że ją przypadkiem skrzywdzi. Nie mogła go prosić o coś takiego. Szczególnie teraz po wszystkich wydarzeniach i po walce, którą wygrał (choć chyba skoro dał tamtym ludziom uciec to nie dokończył sprawy?) ale nie wiedziała, jakim kosztem. Obronił ją - to było jasne, klarowne, jednakże nie sądził, aby zdawała sobie sprawę choć z połowy tego, do czego się posunął, żeby szala zwycięstwa przeważyła się na ich stronie.
Geraldine nie miała zielonego pojęcia, o co go prosi. To mówiło samo przez się. Kierowała ku niemu oczekiwania w taki sposób, jakby oczekiwała, że on ochoczo im przyklaśnie i zacznie zagłębiać się w temat. Najlepiej tu i teraz. Gdyby zdawała sobie sprawę z tego, z czego instynktownie skorzystał poprzedniej nocy, żeby pozbyć się niebezpieczeństwa, nie wyciągałaby tego w szpitalnej sali.
Pokręcił głową wbijając w nią bardzo poważne spojrzenie zielonych oczu. Teraz bardziej piwnych przez słabe światło poranka wdzierające się do sali i rzucające cienie na ich sylwetki. Jej własne tęczówki też były ciemniejsze, bardziej przypominały wzburzone morze w Yorkshire, ale błyszczały wewnętrznym blaskiem i zdecydowaniem. Uporem, któremu Ambroise się przeciwstawiał.
Nie będzie jej nauczycielem. Nieważne, że miał w tym z gruntu więcej doświadczenia, obracał się w takim a nie innym środowisku od wielu lat, mógł znaleźć wiele wytłumaczeń na swój szeroki ogląd na sytuację i nie zamierzał ukrywać przed ukochaną, że zna się na metodach walki z czarną magią na poziomie wyższym od jakiegokolwiek nauczanego w Hogwarcie.
Zapewnił jej dowody na poparcie tej tezy. Pokazał to w praktyce, ale nie - nie mógł pomóc Geraldine w sposób, którego oczekiwała, bo nie podchodził do tematu w sposób, którego się spodziewała. To wydawało mu się całkiem jasne. Trochę szczypało we wnętrzu piersi jak poryte paznokciami przedramiona, bo miała go za zdecydowanie lepszego człowieka. Nie chciał zawieść jej oczekiwań.
- Rozumiem twoje podejście i oczekuję, że ty też zrozumiesz moje - starał się mówić spokojniej, średnio mu to wychodziło, ale już nie z uwagi na złość na Geraldine; no, nie tylko na to, bo na siebie też był coraz bardziej wpieniony. - Mam cię chronić. Będę cię chronić, ale nie w taki sposób - podkreślił mając nadzieję zdusić temat w zarodku.
Wszystkie akcje miały swoje konsekwencje. Już teraz czuł się inaczej. Było mu trudniej, bo wbrew pozorom miał gdzieś tam cień świadomości, że nie targają nim żadne wyrzuty sumienia. No, prócz tych, że nie dał rady dokończyć sprawy. Nie mógł wciągnąć w to jeszcze Geraldine. Szczególnie nie po tym, co od niej usłyszał w następnych chwilach.
- Pozbyłem się problemu. Zrobiłem to zeszłej nocy, choć nie tak jak mógłbym chcieć - stwierdził stanowczo, zaciskając zęby między kolejnymi oddechami i cedzeniem słów. - Uciekli przez las - zasługiwała na to wyjaśnienie, szczególnie że nie miał nic do ukrycia, bo nie zabił tych ludzi - był blisko, ale ich nie zabił, bo chciał jak najszybciej wrócić do niej.
Z jakiegoś powodu w dalszym ciągu po tylu latach byli w stanie wrócić do kwestionowania swoich naleciałości i tego, czy są w stanie być dla siebie bardziej oparciem niż ciężarem. Tak właściwie to Yaxleyówna to teraz robiła. On w nawet najgorszych i najbardziej pochopnych słowach nie użyłby wobec niej połowy tych sugestii. W żadnym wypadku nie nazwałby jej swoim problemem. Nie zasugerowałby czegoś tak absurdalnego, bo to przechodziło ludzkie pojęcie.
- To jest ostatni raz, kiedy słyszę od ciebie coś takiego - zaakcentował kładąc nacisk na każde słowo w tym przekazie.
Nie oczekiwał cudów. W dalszym ciągu okazywał swoją frustrację i zmęczenie tematem. Ona też nie była od niego wiele lepsza w napiętej postawie, ale nie miał zamiaru się z nią cackać, kiedy próbowała mu wjechać na mózg swoimi durnymi przeświadczeniami. Lata świetlne temu przedstawił swoje zdanie odnośnie wszelkich przejawów braku wiary we własną wartość, jakie miała wobec siebie. Tego trupa nie musiała wykopywać. Tu mieli pełną jasność. Przynajmniej do chwili obecnej.
- Więc pracuj nad tym a nie nad tworzeniem w głowie debilnych scenariuszy. Nie pozbędziesz się mnie przez wiele dekad - mógł być na nią wściekły i pienić się na wszystkie zasłyszane słowa, ale tu mogła mieć pewność.
Nie planował się stąd ruszać. Nie miał przy tym na myśli tego krzesła w Mungu. Gdyby nie ich obecne żarliwe dyskusje to pewnie złamałby część przepisów i wcisnąłby się na materac obok niej, ignorując świadomość, że to mogło być niemile widziane. Sam wielokrotnie przymykał na to oko. Szczególnie, gdy chodziło o bliskich uzdrowicieli ze szpitala. Wtedy zazwyczaj naginali dla siebie nawzajem zasady. W przeciągu ostatnich godzin dostał wiele aktów wzajemności i wyrozumiałości, za które musiał się odpłacić, ale chwilowo ignorował tę myśl.
Chodziło mu ogólnie o zatracanie wszystkiego, co udało im się zbudować. Nie sądził, że mógłby być w stanie to zrobić wiele lat temu, gdy dopiero zaczynali wspólne życie. Po tylu latach nie dostrzegał dla siebie innego miejsca niż te u boku Geraldine. Nieważne jak bardzo był go rozjuszała i że na początku tej rozmowy sam zarzucił jej próbę pozbycia się go z życia.
Zamiast tego, choć ział złością, pozwolił jednej konkretnej myśli przelecieć przez przepełniony i przebodźcowany mózg.
Powinien? Ta wojna rzeczywiście mogła trwać latami. W takim wypadku niewiele mogło ulec zmianie, prócz tego, że każdy dzień mógł być tym ostatnim. Nigdy by tego nie dopuścił do głosu, ale poniekąd rozumiał tych wszystkich ludzi, na których niektórzy patrzyli z góry. Niektóre decyzje były całkiem logiczne, gdy brało się pod uwagę pokłosie rozwoju wojny i niepewną przyszłość. Trzeba było czerpać z tego garściami.
Jednakże jednocześnie nie wiedział czy ma na to siłę. W tym momencie wszystko, co usiłował trzymać w dłoni przelewało mu się przez palce. To było ciężkie do udźwignięcia. Nawet przez kogoś takiego jak on, kto uważał się za emocjonalną skałę nie do zdarcia. Potrzebował złapać dech w piersiach. Nie mówić. Nie rozmawiać.
- Nie chcę o tym rozmawiać - wypowiedział to na głos niemalże niedosłyszalnie, potrząsnął pochyloną głową, jeszcze bardziej zaciskając powieki.
Miała co do niego tak wiele oczekiwań, których nie mógł spełnić.
Rzecz jasna w dalszym ciągu ufał swoim najbliższym. To grono było adekwatnie wąskie, ale dzięki temu sprawdzone. Mimo to nigdy nie wiedział, co może zmienić podejście nawet najbardziej sprzyjających mu osób. Bywały sytuację, w których należało dokonać wyboru między dwoma złymi opcjami.
W takich chwilach nie byłby zaskoczony, gdyby ktoś z tych czarodziejów postawił na nim krzyżyk, wybierając swoją żonę, męża, dzieci. Szczególnie, że pod skórą miał świadomość, że on również podjąłby decyzję niezgodną z lojalnością wobec jednych, by być lojalnym jedynej stabilności w jego życiu - Geraldine.
Nieważne, jak bardzo go teraz zawiodła. Wstrząsnęła nim. Miał do niej wyrzuty. Ział złością i nie miarkował się w ostrych słowach, ale w dalszym ciągu uważał ją za jedyną osobę, w której intencje może ślepo wierzyć. Tak samo jak bez wahania powiedziałby, że ona miała to samo oparcie w nim.
Nawet w takich momentach, kiedy wszystko zdawało się walić, Roise zamierzał spróbować naprawić to całe gówno. Nie teraz. Nie był w stanie, ale próbowali rozmawiać. Nie zacisnął ust ani nie odwrócił wzroku. Starał się. Nawet, jeżeli większość jego słów do niej nie docierała a druga połowa traciła wydźwięk, bo nie potrafił ubrać myśli w słowa.
- Nie - odrzekł twardo, nie pozostawiał w tym zbyt wiele miejsca na jakiekolwiek ale, bo zaraz podjął temat oczekiwań, których nie mógł spełnić. - Nie będę się z tobą napierdalać na zaklęcia a teoria bez praktyki jest o kant dupy potłuc. Musisz znaleźć kogoś innego - oczywiście, tak tak: nic nie musiała, lecz na tej samej zasadzie on również nic nie musiał i nie zamierzał zbyt głęboko wchodzić w temat, dlaczego żądania Riny były w tym wypadku nie do spełnienia.
Nie wyobrażał sobie, że może ją uczyć czegoś w taki sposób, aby skutecznie umiała się bronić, ale jednocześnie nie ryzykować, że ją przypadkiem skrzywdzi. Nie mogła go prosić o coś takiego. Szczególnie teraz po wszystkich wydarzeniach i po walce, którą wygrał (choć chyba skoro dał tamtym ludziom uciec to nie dokończył sprawy?) ale nie wiedziała, jakim kosztem. Obronił ją - to było jasne, klarowne, jednakże nie sądził, aby zdawała sobie sprawę choć z połowy tego, do czego się posunął, żeby szala zwycięstwa przeważyła się na ich stronie.
Geraldine nie miała zielonego pojęcia, o co go prosi. To mówiło samo przez się. Kierowała ku niemu oczekiwania w taki sposób, jakby oczekiwała, że on ochoczo im przyklaśnie i zacznie zagłębiać się w temat. Najlepiej tu i teraz. Gdyby zdawała sobie sprawę z tego, z czego instynktownie skorzystał poprzedniej nocy, żeby pozbyć się niebezpieczeństwa, nie wyciągałaby tego w szpitalnej sali.
Pokręcił głową wbijając w nią bardzo poważne spojrzenie zielonych oczu. Teraz bardziej piwnych przez słabe światło poranka wdzierające się do sali i rzucające cienie na ich sylwetki. Jej własne tęczówki też były ciemniejsze, bardziej przypominały wzburzone morze w Yorkshire, ale błyszczały wewnętrznym blaskiem i zdecydowaniem. Uporem, któremu Ambroise się przeciwstawiał.
Nie będzie jej nauczycielem. Nieważne, że miał w tym z gruntu więcej doświadczenia, obracał się w takim a nie innym środowisku od wielu lat, mógł znaleźć wiele wytłumaczeń na swój szeroki ogląd na sytuację i nie zamierzał ukrywać przed ukochaną, że zna się na metodach walki z czarną magią na poziomie wyższym od jakiegokolwiek nauczanego w Hogwarcie.
Zapewnił jej dowody na poparcie tej tezy. Pokazał to w praktyce, ale nie - nie mógł pomóc Geraldine w sposób, którego oczekiwała, bo nie podchodził do tematu w sposób, którego się spodziewała. To wydawało mu się całkiem jasne. Trochę szczypało we wnętrzu piersi jak poryte paznokciami przedramiona, bo miała go za zdecydowanie lepszego człowieka. Nie chciał zawieść jej oczekiwań.
- Rozumiem twoje podejście i oczekuję, że ty też zrozumiesz moje - starał się mówić spokojniej, średnio mu to wychodziło, ale już nie z uwagi na złość na Geraldine; no, nie tylko na to, bo na siebie też był coraz bardziej wpieniony. - Mam cię chronić. Będę cię chronić, ale nie w taki sposób - podkreślił mając nadzieję zdusić temat w zarodku.
Wszystkie akcje miały swoje konsekwencje. Już teraz czuł się inaczej. Było mu trudniej, bo wbrew pozorom miał gdzieś tam cień świadomości, że nie targają nim żadne wyrzuty sumienia. No, prócz tych, że nie dał rady dokończyć sprawy. Nie mógł wciągnąć w to jeszcze Geraldine. Szczególnie nie po tym, co od niej usłyszał w następnych chwilach.
- Pozbyłem się problemu. Zrobiłem to zeszłej nocy, choć nie tak jak mógłbym chcieć - stwierdził stanowczo, zaciskając zęby między kolejnymi oddechami i cedzeniem słów. - Uciekli przez las - zasługiwała na to wyjaśnienie, szczególnie że nie miał nic do ukrycia, bo nie zabił tych ludzi - był blisko, ale ich nie zabił, bo chciał jak najszybciej wrócić do niej.
Z jakiegoś powodu w dalszym ciągu po tylu latach byli w stanie wrócić do kwestionowania swoich naleciałości i tego, czy są w stanie być dla siebie bardziej oparciem niż ciężarem. Tak właściwie to Yaxleyówna to teraz robiła. On w nawet najgorszych i najbardziej pochopnych słowach nie użyłby wobec niej połowy tych sugestii. W żadnym wypadku nie nazwałby jej swoim problemem. Nie zasugerowałby czegoś tak absurdalnego, bo to przechodziło ludzkie pojęcie.
- To jest ostatni raz, kiedy słyszę od ciebie coś takiego - zaakcentował kładąc nacisk na każde słowo w tym przekazie.
Nie oczekiwał cudów. W dalszym ciągu okazywał swoją frustrację i zmęczenie tematem. Ona też nie była od niego wiele lepsza w napiętej postawie, ale nie miał zamiaru się z nią cackać, kiedy próbowała mu wjechać na mózg swoimi durnymi przeświadczeniami. Lata świetlne temu przedstawił swoje zdanie odnośnie wszelkich przejawów braku wiary we własną wartość, jakie miała wobec siebie. Tego trupa nie musiała wykopywać. Tu mieli pełną jasność. Przynajmniej do chwili obecnej.
- Więc pracuj nad tym a nie nad tworzeniem w głowie debilnych scenariuszy. Nie pozbędziesz się mnie przez wiele dekad - mógł być na nią wściekły i pienić się na wszystkie zasłyszane słowa, ale tu mogła mieć pewność.
Nie planował się stąd ruszać. Nie miał przy tym na myśli tego krzesła w Mungu. Gdyby nie ich obecne żarliwe dyskusje to pewnie złamałby część przepisów i wcisnąłby się na materac obok niej, ignorując świadomość, że to mogło być niemile widziane. Sam wielokrotnie przymykał na to oko. Szczególnie, gdy chodziło o bliskich uzdrowicieli ze szpitala. Wtedy zazwyczaj naginali dla siebie nawzajem zasady. W przeciągu ostatnich godzin dostał wiele aktów wzajemności i wyrozumiałości, za które musiał się odpłacić, ale chwilowo ignorował tę myśl.
Chodziło mu ogólnie o zatracanie wszystkiego, co udało im się zbudować. Nie sądził, że mógłby być w stanie to zrobić wiele lat temu, gdy dopiero zaczynali wspólne życie. Po tylu latach nie dostrzegał dla siebie innego miejsca niż te u boku Geraldine. Nieważne jak bardzo był go rozjuszała i że na początku tej rozmowy sam zarzucił jej próbę pozbycia się go z życia.
Zamiast tego, choć ział złością, pozwolił jednej konkretnej myśli przelecieć przez przepełniony i przebodźcowany mózg.
Powinien? Ta wojna rzeczywiście mogła trwać latami. W takim wypadku niewiele mogło ulec zmianie, prócz tego, że każdy dzień mógł być tym ostatnim. Nigdy by tego nie dopuścił do głosu, ale poniekąd rozumiał tych wszystkich ludzi, na których niektórzy patrzyli z góry. Niektóre decyzje były całkiem logiczne, gdy brało się pod uwagę pokłosie rozwoju wojny i niepewną przyszłość. Trzeba było czerpać z tego garściami.
Jednakże jednocześnie nie wiedział czy ma na to siłę. W tym momencie wszystko, co usiłował trzymać w dłoni przelewało mu się przez palce. To było ciężkie do udźwignięcia. Nawet przez kogoś takiego jak on, kto uważał się za emocjonalną skałę nie do zdarcia. Potrzebował złapać dech w piersiach. Nie mówić. Nie rozmawiać.
- Nie chcę o tym rozmawiać - wypowiedział to na głos niemalże niedosłyszalnie, potrząsnął pochyloną głową, jeszcze bardziej zaciskając powieki.
Miała co do niego tak wiele oczekiwań, których nie mógł spełnić.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down