30.10.2024, 10:54 ✶
Nie byłby to pierwszy raz, gdy o tematach zawodowych przyszło jej rozmawiać w… nieco innym środowisku. To nie było żadną nowością, gdy młodzi, może nieco zbyt ambitni chłopcy, gdzieś tam jeszcze na początku swojej kariery próbowali wkupić się w łaski dużo bardziej doświadczonych pracowników. Dla wpływów. Dla uznania. Dla awansu, którego nie byliby w stanie osiągnąć inną drogą niż tylko podlizywanie się? Ciężko stwierdzić.
Zapraszali w różne miejsca, licząc po cichu na wsparcie czy dobre słowo do przełożonego, a ona lubiła być w owe miejsca zapraszana, nie szczędząc w kluczowej chwili pochwał i rekomendacji. Takie to już było to życie - bardzo niesprawiedliwe. Ale tak długo jak nikt nie przegrywał, Lorien nie poczuwała się w obowiązku do grania z nimi fair.
Zwykle już od progu była w stanie ich zaszufladkować.
Pierwszy typ był uroczy (może odrobinkę żałosny), gdy uciekał spojrzeniem i niepewnie dukał, to blednąc to czerwieniąc się na przemian i panicznie zerkając co chwilę czy nie uraził ptasiej sędzi. Mały, ministrialny piesek, dobry tylko do podawania kawy i przedkładania papierów.
Drugi typ był dokładnie przeciwieństwem pierwszego. Dumny, niepokorny i butny, przychodził do niej i miał czelność od progu żądać. Przysłaniał swoją niekompetencję arogancją, licząc, że drobną kobietę zadusi. Tacy mieli większą szansę przetrwać w urzędniczym piekle - ale byli wierni tylko i wyłącznie sobie, co czyniło ich w ostatecznym rozrachunku równie bezużytecznymi trybikami.
Trzeci typ był najbardziej… interesujący. Odpowiednio wyważona mieszanka swoich poprzedników. Wiedział po co tu jest i co może osiągnąć jeśli pociągnie za odpowiednie sznurki. Niewielu się takich trafiało, ale gdy wreszcie przetrwali katorżniczą pracę na pierwszych szczeblach i zdołali przełknąć dumę jak gorycz w gardle - szybko stawali przed okazją do stania się kimś wielkim.
I może tylko to, że Lestrange miał dużą szansę okazać się tym trzecim typem sprawiło, że czarownica zgodziła się na współpracę. Na kolację w Zorzy. Z czysto profesjonalną intencją zajęcia się problemem, który ciążył Wizengamotowi od pewnego czasu.
Były sprawy, o których rozmawiało się tylko za szczelnie zamkniętymi drzwiami gabinetów sędziowskich na drugim piętrze. Pod osłoną zaklęć wyciszających, z dala od ciekawskich oczu i uszu sekretarek. Sprawy okrutne, jednoznacznie złe i niemoralne. Ta… była nieco inna w swojej naturze. Dużo bardziej złożona, bo choć wyrok z punktu widzenia czystej teorii i suchych faktów wydawał się oczywisty, to jednak wszyscy sędziowie stali przed tym samym moralnym dylematem. Czy nie zrobiłbym tego samego, gdybym miał okazję?
O samym Louvainie wiedziała niewiele. Nie interesowała ją żadna szalona kariera w jakiejś tam jednej czy drugiej lidze Quidditcha. Coś słyszała o kontuzji i wypadku, pewnie byłaby w stanie rzucić parę współczujących słów, ale nic więcej. Jak dla niej rolę upadłej gwiazdy sportu powinien schować bardzo głęboko do kieszeni i skupić się na prawdziwej pracy. Jak ta w Biurze.
A jednak odpowiedź na zaproszenie nie padła oficjalnie z jej ust od razu, choć niewątpliwie spojrzenie zdradziło jej aprobatę szybciej niż by tego chciała sama czarownica. Przyszła za to parę godzin później - w formie podbitych pieczęcią zaświadczeń, stosu akt i papierologii sądowej dostarczonej koło południa na biurko Lestrange’a i samej Lorien Mulciber, która o umówionej popołudniowej godzinie pojawiła się pod Zorzą.
Pozwalała przepuścić się w drzwiach, zabrać swoje rzeczy, odsunąć krzesło, ucałować w grzbiet dłoni na przywitanie, zamówić dla siebie - na całą tą staroświecką kurtuazję, z którą tak zaciekle walczyło młode pokolenie niezależnych feministek. Głupia, niepotrzebna nikomu walka jeśli ją zapytać.
Rozmawiali o tym, o czym rozmawiać mieli - o sprawie, o nielegalnym przemycie mugolskich imigrantów i produkcji świstoklików. O wartościach i kwestiach dużo bardziej delikatnych niż surowe paragrafy. Skinęła delikatnie głową, gdy Louvain poruszył kwestię zagrożenia porządku publicznego. Chciała wtrącić, że właśnie o takie niefrasobliwe wykorzystywanie ich technologii chodzi, gdy usłyszała pewne wyjątkowo brzydkie słowo.
Szlamom?
Nie przesłyszała się to pewne, a jedno spojrzenie na ten cwany uśmieszek upewniło ją, że tak - właśnie to Lestrange chciał powiedzieć. W tak publicznym miejscu jak Zorza!
Uniosła minimalnie brwi, niemal w dobrodusznym akcie cichej dezaprobaty.
Równie dobrze mogłaby z typowo matczynym tonem stwierdzić, że “oj, ale to nie ładnie tak obrażać niemagicznie urodzonych kolegów. Może im być przykro, Louvainie.” a następnie dodać z rozbrajającym uśmiechem “ach chłopcy zawsze będą chłopcami, prawda?”
- Nie można zaprzeczyć, że zatrważająco duża część naszego społeczeństwa posiada pewne… predyspozycje… do tego typu aktów.- Powiedziała powoli. Ostrożnie. Smakowała każde słowo jakby te miały zostać użyte przeciwko niej. Przesunęła opuszką palca po cienkiej nóżce od wina, nie mogąc powstrzymać się przed myślą, że ich mała ojczyzna nie różni się od niej zbyt mocno - równie krucha, podatna na ataki, a pochwycona zbyt mocno przez nieodpowiednią rękę mogła z łatwością się rozsypać.- Niestety.- Ciche, niemal rozżalone westchnięcie uciekło z jej płuc.- Ci… ludzie… pokładają zbyt głębokie zaufanie w środowisku, w którym zostali wychowani. Środowisku, które posiadając znacznie większe ograniczenia, jest, i zapewniam mówię to z pełnym żalem i współczuciem, wręcz ubogie i barbarzyńskie. Stąd zachłyśnięci oferowanymi możliwościami starają się je “naprawić”. Kosztem naszego bezpieczeństwa. - Na jej twarzy pojawił się nieco zbolały, wręcz zawiedziony uśmiech.- Tak nie powinno być, prawda? A jednak mamy ich sądzić za głęboką chęć pomocy swoim braciom.
Zapraszali w różne miejsca, licząc po cichu na wsparcie czy dobre słowo do przełożonego, a ona lubiła być w owe miejsca zapraszana, nie szczędząc w kluczowej chwili pochwał i rekomendacji. Takie to już było to życie - bardzo niesprawiedliwe. Ale tak długo jak nikt nie przegrywał, Lorien nie poczuwała się w obowiązku do grania z nimi fair.
Zwykle już od progu była w stanie ich zaszufladkować.
Pierwszy typ był uroczy (może odrobinkę żałosny), gdy uciekał spojrzeniem i niepewnie dukał, to blednąc to czerwieniąc się na przemian i panicznie zerkając co chwilę czy nie uraził ptasiej sędzi. Mały, ministrialny piesek, dobry tylko do podawania kawy i przedkładania papierów.
Drugi typ był dokładnie przeciwieństwem pierwszego. Dumny, niepokorny i butny, przychodził do niej i miał czelność od progu żądać. Przysłaniał swoją niekompetencję arogancją, licząc, że drobną kobietę zadusi. Tacy mieli większą szansę przetrwać w urzędniczym piekle - ale byli wierni tylko i wyłącznie sobie, co czyniło ich w ostatecznym rozrachunku równie bezużytecznymi trybikami.
Trzeci typ był najbardziej… interesujący. Odpowiednio wyważona mieszanka swoich poprzedników. Wiedział po co tu jest i co może osiągnąć jeśli pociągnie za odpowiednie sznurki. Niewielu się takich trafiało, ale gdy wreszcie przetrwali katorżniczą pracę na pierwszych szczeblach i zdołali przełknąć dumę jak gorycz w gardle - szybko stawali przed okazją do stania się kimś wielkim.
I może tylko to, że Lestrange miał dużą szansę okazać się tym trzecim typem sprawiło, że czarownica zgodziła się na współpracę. Na kolację w Zorzy. Z czysto profesjonalną intencją zajęcia się problemem, który ciążył Wizengamotowi od pewnego czasu.
Były sprawy, o których rozmawiało się tylko za szczelnie zamkniętymi drzwiami gabinetów sędziowskich na drugim piętrze. Pod osłoną zaklęć wyciszających, z dala od ciekawskich oczu i uszu sekretarek. Sprawy okrutne, jednoznacznie złe i niemoralne. Ta… była nieco inna w swojej naturze. Dużo bardziej złożona, bo choć wyrok z punktu widzenia czystej teorii i suchych faktów wydawał się oczywisty, to jednak wszyscy sędziowie stali przed tym samym moralnym dylematem. Czy nie zrobiłbym tego samego, gdybym miał okazję?
O samym Louvainie wiedziała niewiele. Nie interesowała ją żadna szalona kariera w jakiejś tam jednej czy drugiej lidze Quidditcha. Coś słyszała o kontuzji i wypadku, pewnie byłaby w stanie rzucić parę współczujących słów, ale nic więcej. Jak dla niej rolę upadłej gwiazdy sportu powinien schować bardzo głęboko do kieszeni i skupić się na prawdziwej pracy. Jak ta w Biurze.
A jednak odpowiedź na zaproszenie nie padła oficjalnie z jej ust od razu, choć niewątpliwie spojrzenie zdradziło jej aprobatę szybciej niż by tego chciała sama czarownica. Przyszła za to parę godzin później - w formie podbitych pieczęcią zaświadczeń, stosu akt i papierologii sądowej dostarczonej koło południa na biurko Lestrange’a i samej Lorien Mulciber, która o umówionej popołudniowej godzinie pojawiła się pod Zorzą.
Pozwalała przepuścić się w drzwiach, zabrać swoje rzeczy, odsunąć krzesło, ucałować w grzbiet dłoni na przywitanie, zamówić dla siebie - na całą tą staroświecką kurtuazję, z którą tak zaciekle walczyło młode pokolenie niezależnych feministek. Głupia, niepotrzebna nikomu walka jeśli ją zapytać.
Rozmawiali o tym, o czym rozmawiać mieli - o sprawie, o nielegalnym przemycie mugolskich imigrantów i produkcji świstoklików. O wartościach i kwestiach dużo bardziej delikatnych niż surowe paragrafy. Skinęła delikatnie głową, gdy Louvain poruszył kwestię zagrożenia porządku publicznego. Chciała wtrącić, że właśnie o takie niefrasobliwe wykorzystywanie ich technologii chodzi, gdy usłyszała pewne wyjątkowo brzydkie słowo.
Szlamom?
Nie przesłyszała się to pewne, a jedno spojrzenie na ten cwany uśmieszek upewniło ją, że tak - właśnie to Lestrange chciał powiedzieć. W tak publicznym miejscu jak Zorza!
Uniosła minimalnie brwi, niemal w dobrodusznym akcie cichej dezaprobaty.
Równie dobrze mogłaby z typowo matczynym tonem stwierdzić, że “oj, ale to nie ładnie tak obrażać niemagicznie urodzonych kolegów. Może im być przykro, Louvainie.” a następnie dodać z rozbrajającym uśmiechem “ach chłopcy zawsze będą chłopcami, prawda?”
- Nie można zaprzeczyć, że zatrważająco duża część naszego społeczeństwa posiada pewne… predyspozycje… do tego typu aktów.- Powiedziała powoli. Ostrożnie. Smakowała każde słowo jakby te miały zostać użyte przeciwko niej. Przesunęła opuszką palca po cienkiej nóżce od wina, nie mogąc powstrzymać się przed myślą, że ich mała ojczyzna nie różni się od niej zbyt mocno - równie krucha, podatna na ataki, a pochwycona zbyt mocno przez nieodpowiednią rękę mogła z łatwością się rozsypać.- Niestety.- Ciche, niemal rozżalone westchnięcie uciekło z jej płuc.- Ci… ludzie… pokładają zbyt głębokie zaufanie w środowisku, w którym zostali wychowani. Środowisku, które posiadając znacznie większe ograniczenia, jest, i zapewniam mówię to z pełnym żalem i współczuciem, wręcz ubogie i barbarzyńskie. Stąd zachłyśnięci oferowanymi możliwościami starają się je “naprawić”. Kosztem naszego bezpieczeństwa. - Na jej twarzy pojawił się nieco zbolały, wręcz zawiedziony uśmiech.- Tak nie powinno być, prawda? A jednak mamy ich sądzić za głęboką chęć pomocy swoim braciom.