30.10.2024, 16:07 ✶
- Tak - odpowiedział krótko zdecydowanie nie mając w planach wyjaśniać, co nim dyktuje.
Gdyby to była inna sytuacja to najpewniej nie miałby aż takich oporów przed włączeniem się w sposób, którego Geraldine po nim oczekiwała. Mógłby spróbować przełamać wewnętrzne opory przed treningową wymianą ognia. Z dużym prawdopodobieństwem byłby w stanie to potraktować jak konieczność.
Zależało mu na tym, żeby sytuacja się nie powtórzyła. Konieczność nauczenia się metod walki zaczęła być jasna. Próbowali nie mieszać się w konflikt, ale konflikt w dalszym ciągu wyciągnął po nich swoje łapska. Trudno było powiedzieć, co miało być dalej. Szczególnie, że pokłosie poprzedniej nocy mieli zbierać nie tylko dziś. Zbyt wiele się wydarzyło. Zmiany były nieuniknione, potrzebowali spróbować się w tym odnaleźć, bo ich świat zatrząsł się w posadach.
Mimo to Roise nie wyobrażał sobie tego momentu, w którym powoli otwiera usta, kiwa głową i stwierdza, że wobec tego rzeczywiście należy nauczyć ją wszystkich metod, z których korzystał w niemalże zwycięskiej walce. A potem zaczyna zagłębiać się w opisy czarnomagicznych zaklęć, powoli przechodząc od teorii do pokazowej praktyki. Nie. Nie chciał, żeby to tak wyglądało, nawet przy pełnej świadomości, że ci ludzie wrócą.
Potrzebował wymyślić coś innego. Z tym, że w tej chwili nie miał do tego głowy. Jakoś nie umiał wyciągnąć królika z kapelusza. Jego głowa była przepełniona, ale jednocześnie bardzo pusta.
- Muszę się zastanowić - odrzekł niechętnie, bo to nie było takie proste.
Szczególnie, jeżeli sam nie planował wcielać w życie jakiegoś innego planu, skoro znał i umiał wykorzystywać element zaskoczenia oraz bardzo skuteczne metody. Doszedł do tego wniosku. Wręcz potrzebował zagłębić się w to jeszcze bardziej - tę świadomość także miał. Geraldine nie powinna. Dla niej musieli wymyślić coś szczególnego.
- Najpewniej tak. Trzeba się na to przygotować - nie musiała mu dawać do zrozumienia, że powinien w inny sposób załatwić całą sprawę i teraz mieli w związku z tym problem.
Miał wrażenie, że słyszy wyrzut w głosie Yaxleyówny. To sprawiło, że niemal zazgrzytał zębami, poruszając szczęką w prawo i w lewo, żeby rozluźnić ścisk. Na próżno. Zgadza się: wiedział, że powinien doprowadzić walkę do końca, ale tamtego wieczoru podjął wiele własnych trudnych decyzji.
Mając do wyboru ściganie popleczników Voldemorta lub powrót do ukochanej osoby, która go potrzebowała, wybrał tę opcję, w której nie porzucał jej na pastwę losu i nie musiał słuchać wyrzutów za to, że nie chciał wrócić za późno, bo odciągnęła go wola zemsty. Nie darowałby sobie, gdyby dał się jeszcze bardziej ponieść nienawiści a potem poniósłby ostateczny koszt tego.
Przede wszystkim był jej mężczyzną, uzdrowicielem, partnerem, wspólnikiem, w tym wypadku również obrońcą i wieloma innymi rzeczami. Miał pełną świadomość tego, że dając tym ludziom uciec wyłącznie odwlekł konieczność ponownej konfrontacji. Był wściekły, że nie dał rady zakończyć tego wtedy, ale nie mógł cofnąć czasu. Zresztą nie podjąłby innego wyboru.
Przynajmniej nie łudził się, że nie wrócą. Szczególnie, że ich widzieli. Jeżeli któraś z tamtych osób skojarzyła jego albo Geraldine (a nie należeli do najmniej charakterystycznych czarodziejów - on w medycznym stroju, ona również raczej mało anonimowa) to odwet miał być kwestią czasu. Szczególnie po tym, co zrobił, żeby wyjść cało ze starcia. To raczej nie mogło odbić się bez echa.
Z tym, że nawet nie zastanawiał się nad innymi scenariuszami niż ten najbardziej bezpośredniej próby zemsty. Ambroise domyślał się, że mogą ich wkrótce zaatakować korzystając z najmniej spodziewanego momentu. Ludzie takiego pokroju mieli nosa do wyczuwania słabości. Potrafili zaatakować dokładnie wtedy, kiedy zadane ciosy mogły być najbardziej tragiczne w skutkach.
Rina miała rację. Powinni przygotować się na tę okoliczność. Miał świadomość, że skoro obronił się raz to prawdopodobnie mógł się obronić także kolejny. Już raz przekroczył niewidzialną granicę. Każdy następny zazwyczaj przychodził łatwiej. Natomiast wiedział, że to oczekiwanie, że wobec tego pokaże jej jak sobie z nimi radzić nie było bezpodstawne. Miało sens. Stanowczo zbyt dużo sensu.
Tym bardziej nie wiedział jak powinien to ugryźć. Memłał to w ustach jak truciznę, której nie chciał przełknąć ani nie mógł wypluć, bo zbyt dużo jadu wypłynęło z jego ust jak na te okoliczności. Powinien nad sobą panować, być wyrozumiały, ciepły i troskliwy. Potrzebowała tego od niego. Tymczasem zaserwował jej dawkę dodatkowych nieprzyjemności, nad którymi nie panował.
Wyciągnęła z tego stanowczo nie te wnioski, które miał na celu. W żadnym momencie tego dnia nie przeszło mu przez myśl traktowanie Geraldine jak ciężar. Był wpieniony, bo zachowywała się jak nieodpowiedzialne dziecko. Miał do niej bardzo dużo wyrzutów. Czuł się oszukiwany, traktowany przez nią gorzej od obcych mugolskich czarodziejów. Szczerze to myślał, gdy jej zarzucał ignorowanie konsekwencji nieprzemyślanych poczynań. Natomiast w żadnej chwili nie pomyślał, że mógłby się przez to odsunąć.
- Moje życzenia nie mają żadnego znaczenia, jeśli tylko udasz, że to robisz - podkreślił, bo w głębi duszy przestał być przekonany, czy Geraldine kiedykolwiek przestała myśleć w takich kategoriach.
Przez lata wydawało mu się, że daje jej dostatecznie dużo dowodów na to, że jego słowa nie są czczo pocieszające. Nie próbowałby mówić jej czegoś, co nie miałoby odzwierciedlenia w jego rzeczywistym podejściu do niej i do tematu, którego ponowne poruszenie rozdrażniło go bardziej niż powinno.
Tym bardziej, że przez głowę przeleciała mu myśl o tym, że tego także nie jest w stanie zrozumieć. Zupełnie, jakby nagle zaczęli nadawać na zupełnie innych falach i przez to całkowicie się rozmijali. A minęły nawet niecałe dwadzieścia cztery godziny odkąd żartowali w kuchni w Piaskownicy.
Zamilkli. Każde w swojej pozycji i we własnym świecie. To wydawało się najlepszą możliwością, ale cisza, która między nimi zapadła nie przynosiła ulgi. Była dusząca, bardzo ciężka. Atmosfera nie rozluźniła się. Niczego nie wymyślili. Do niczego nie doszli. Po prostu przestali rozmawiać.
- Pójdę dowiedzieć się jak to wygląda - odezwał się po bardzo długim milczeniu wypełnionym tylko szpitalnymi dźwiękami docierającymi do nich przez szparę pod drzwiami na korytarz.
Rzecz jasna miał na myśli dalsze decyzje o pozostawieniu Geraldine na jednodniowej obserwacji albo puszczeniu jej do domu. Na pewno było już dawno po zmianie dyżuru a w takim razie powinni dostać jasne informacje o ewentualnym wypisie. Wydawało mu się, że raczej nie powinni ich tu przetrzymać, ale z drugiej strony to była dla niego całkowicie nowa sytuacja. Nie znał się na postępowaniu po takich wypadkach - przynajmniej nie od strony formalnej.
W głębi duszy chciał wrócić do domu, ale jeżeli lepiej byłoby, żeby zostali tu jeszcze przez dwadzieścia cztery godziny to nie miał zamiaru protestować. Tym bardziej, że nie chodziło o niego. Bardzo poważnie traktował całą sprawę. Tak właściwie im bardziej o tym myślał, tym bardziej wydawało mu się logiczne a nawet wskazane, żeby dokładnie wszystko zbadać, przeprowadzić rozmowy i tak dalej. Chyba powinni uzbroić się w cierpliwości.
- Potrzebujesz czegoś? Przynieść ci coś? - Spytał z większym spokojem, ale również z nieskrywaną posępnością, przy czym pierwszy raz od dłuższego czasu podniósł głowę i przeniósł spojrzenie na twarz Geraldine.
Był świadomy tego, że ma czerwone oczy, ale zdążył uspokoić oddech, przełknąć gulę w gardle i opanować się na tyle, żeby udawać kogoś kim nie jest - bardzo spokojnego człowieka. Może tylko trochę zmęczonego.
Gdyby to była inna sytuacja to najpewniej nie miałby aż takich oporów przed włączeniem się w sposób, którego Geraldine po nim oczekiwała. Mógłby spróbować przełamać wewnętrzne opory przed treningową wymianą ognia. Z dużym prawdopodobieństwem byłby w stanie to potraktować jak konieczność.
Zależało mu na tym, żeby sytuacja się nie powtórzyła. Konieczność nauczenia się metod walki zaczęła być jasna. Próbowali nie mieszać się w konflikt, ale konflikt w dalszym ciągu wyciągnął po nich swoje łapska. Trudno było powiedzieć, co miało być dalej. Szczególnie, że pokłosie poprzedniej nocy mieli zbierać nie tylko dziś. Zbyt wiele się wydarzyło. Zmiany były nieuniknione, potrzebowali spróbować się w tym odnaleźć, bo ich świat zatrząsł się w posadach.
Mimo to Roise nie wyobrażał sobie tego momentu, w którym powoli otwiera usta, kiwa głową i stwierdza, że wobec tego rzeczywiście należy nauczyć ją wszystkich metod, z których korzystał w niemalże zwycięskiej walce. A potem zaczyna zagłębiać się w opisy czarnomagicznych zaklęć, powoli przechodząc od teorii do pokazowej praktyki. Nie. Nie chciał, żeby to tak wyglądało, nawet przy pełnej świadomości, że ci ludzie wrócą.
Potrzebował wymyślić coś innego. Z tym, że w tej chwili nie miał do tego głowy. Jakoś nie umiał wyciągnąć królika z kapelusza. Jego głowa była przepełniona, ale jednocześnie bardzo pusta.
- Muszę się zastanowić - odrzekł niechętnie, bo to nie było takie proste.
Szczególnie, jeżeli sam nie planował wcielać w życie jakiegoś innego planu, skoro znał i umiał wykorzystywać element zaskoczenia oraz bardzo skuteczne metody. Doszedł do tego wniosku. Wręcz potrzebował zagłębić się w to jeszcze bardziej - tę świadomość także miał. Geraldine nie powinna. Dla niej musieli wymyślić coś szczególnego.
- Najpewniej tak. Trzeba się na to przygotować - nie musiała mu dawać do zrozumienia, że powinien w inny sposób załatwić całą sprawę i teraz mieli w związku z tym problem.
Miał wrażenie, że słyszy wyrzut w głosie Yaxleyówny. To sprawiło, że niemal zazgrzytał zębami, poruszając szczęką w prawo i w lewo, żeby rozluźnić ścisk. Na próżno. Zgadza się: wiedział, że powinien doprowadzić walkę do końca, ale tamtego wieczoru podjął wiele własnych trudnych decyzji.
Mając do wyboru ściganie popleczników Voldemorta lub powrót do ukochanej osoby, która go potrzebowała, wybrał tę opcję, w której nie porzucał jej na pastwę losu i nie musiał słuchać wyrzutów za to, że nie chciał wrócić za późno, bo odciągnęła go wola zemsty. Nie darowałby sobie, gdyby dał się jeszcze bardziej ponieść nienawiści a potem poniósłby ostateczny koszt tego.
Przede wszystkim był jej mężczyzną, uzdrowicielem, partnerem, wspólnikiem, w tym wypadku również obrońcą i wieloma innymi rzeczami. Miał pełną świadomość tego, że dając tym ludziom uciec wyłącznie odwlekł konieczność ponownej konfrontacji. Był wściekły, że nie dał rady zakończyć tego wtedy, ale nie mógł cofnąć czasu. Zresztą nie podjąłby innego wyboru.
Przynajmniej nie łudził się, że nie wrócą. Szczególnie, że ich widzieli. Jeżeli któraś z tamtych osób skojarzyła jego albo Geraldine (a nie należeli do najmniej charakterystycznych czarodziejów - on w medycznym stroju, ona również raczej mało anonimowa) to odwet miał być kwestią czasu. Szczególnie po tym, co zrobił, żeby wyjść cało ze starcia. To raczej nie mogło odbić się bez echa.
Z tym, że nawet nie zastanawiał się nad innymi scenariuszami niż ten najbardziej bezpośredniej próby zemsty. Ambroise domyślał się, że mogą ich wkrótce zaatakować korzystając z najmniej spodziewanego momentu. Ludzie takiego pokroju mieli nosa do wyczuwania słabości. Potrafili zaatakować dokładnie wtedy, kiedy zadane ciosy mogły być najbardziej tragiczne w skutkach.
Rina miała rację. Powinni przygotować się na tę okoliczność. Miał świadomość, że skoro obronił się raz to prawdopodobnie mógł się obronić także kolejny. Już raz przekroczył niewidzialną granicę. Każdy następny zazwyczaj przychodził łatwiej. Natomiast wiedział, że to oczekiwanie, że wobec tego pokaże jej jak sobie z nimi radzić nie było bezpodstawne. Miało sens. Stanowczo zbyt dużo sensu.
Tym bardziej nie wiedział jak powinien to ugryźć. Memłał to w ustach jak truciznę, której nie chciał przełknąć ani nie mógł wypluć, bo zbyt dużo jadu wypłynęło z jego ust jak na te okoliczności. Powinien nad sobą panować, być wyrozumiały, ciepły i troskliwy. Potrzebowała tego od niego. Tymczasem zaserwował jej dawkę dodatkowych nieprzyjemności, nad którymi nie panował.
Wyciągnęła z tego stanowczo nie te wnioski, które miał na celu. W żadnym momencie tego dnia nie przeszło mu przez myśl traktowanie Geraldine jak ciężar. Był wpieniony, bo zachowywała się jak nieodpowiedzialne dziecko. Miał do niej bardzo dużo wyrzutów. Czuł się oszukiwany, traktowany przez nią gorzej od obcych mugolskich czarodziejów. Szczerze to myślał, gdy jej zarzucał ignorowanie konsekwencji nieprzemyślanych poczynań. Natomiast w żadnej chwili nie pomyślał, że mógłby się przez to odsunąć.
- Moje życzenia nie mają żadnego znaczenia, jeśli tylko udasz, że to robisz - podkreślił, bo w głębi duszy przestał być przekonany, czy Geraldine kiedykolwiek przestała myśleć w takich kategoriach.
Przez lata wydawało mu się, że daje jej dostatecznie dużo dowodów na to, że jego słowa nie są czczo pocieszające. Nie próbowałby mówić jej czegoś, co nie miałoby odzwierciedlenia w jego rzeczywistym podejściu do niej i do tematu, którego ponowne poruszenie rozdrażniło go bardziej niż powinno.
Tym bardziej, że przez głowę przeleciała mu myśl o tym, że tego także nie jest w stanie zrozumieć. Zupełnie, jakby nagle zaczęli nadawać na zupełnie innych falach i przez to całkowicie się rozmijali. A minęły nawet niecałe dwadzieścia cztery godziny odkąd żartowali w kuchni w Piaskownicy.
Zamilkli. Każde w swojej pozycji i we własnym świecie. To wydawało się najlepszą możliwością, ale cisza, która między nimi zapadła nie przynosiła ulgi. Była dusząca, bardzo ciężka. Atmosfera nie rozluźniła się. Niczego nie wymyślili. Do niczego nie doszli. Po prostu przestali rozmawiać.
- Pójdę dowiedzieć się jak to wygląda - odezwał się po bardzo długim milczeniu wypełnionym tylko szpitalnymi dźwiękami docierającymi do nich przez szparę pod drzwiami na korytarz.
Rzecz jasna miał na myśli dalsze decyzje o pozostawieniu Geraldine na jednodniowej obserwacji albo puszczeniu jej do domu. Na pewno było już dawno po zmianie dyżuru a w takim razie powinni dostać jasne informacje o ewentualnym wypisie. Wydawało mu się, że raczej nie powinni ich tu przetrzymać, ale z drugiej strony to była dla niego całkowicie nowa sytuacja. Nie znał się na postępowaniu po takich wypadkach - przynajmniej nie od strony formalnej.
W głębi duszy chciał wrócić do domu, ale jeżeli lepiej byłoby, żeby zostali tu jeszcze przez dwadzieścia cztery godziny to nie miał zamiaru protestować. Tym bardziej, że nie chodziło o niego. Bardzo poważnie traktował całą sprawę. Tak właściwie im bardziej o tym myślał, tym bardziej wydawało mu się logiczne a nawet wskazane, żeby dokładnie wszystko zbadać, przeprowadzić rozmowy i tak dalej. Chyba powinni uzbroić się w cierpliwości.
- Potrzebujesz czegoś? Przynieść ci coś? - Spytał z większym spokojem, ale również z nieskrywaną posępnością, przy czym pierwszy raz od dłuższego czasu podniósł głowę i przeniósł spojrzenie na twarz Geraldine.
Był świadomy tego, że ma czerwone oczy, ale zdążył uspokoić oddech, przełknąć gulę w gardle i opanować się na tyle, żeby udawać kogoś kim nie jest - bardzo spokojnego człowieka. Może tylko trochę zmęczonego.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down