31.10.2024, 00:46 ✶
- Wiem, że nie mamy - odpowiedział ostrzej niż planował, interpretując słowa Geraldine jako przytyk w swoją stronę.
Czuł się fatalnie z tym, że nie jest w stanie wymyślić planu ot tak na poczekaniu. Zazwyczaj nie miał z tym trudności. W tej chwili w jego głowie gościła przytłaczająca pustka. Miał tam wiele myśli, bardzo dużo refleksyjnego smoczego łajna, wiele wyrzutów do ich obojga, ale zero możliwych rozwiązań trudnej sytuacji.
Co prawda nigdy nie obiecywał Geraldine czegoś podobnego, co ona obecnie złamała i przekreśliła tym pochopnym zaangażowaniem w sprawę mugolaków. Całkowicie celowo nie doprowadził do tego etapu rozmowy, w którym mogłaby zażądać wzajemności. Przysiągł wracać do niej do domu i zamierzał dotrzymać słowa. Przede wszystkim zadbać o to, żeby do niej wrócić, ale...
...chyba mógł sobie wyobrazić, co było tu jedyną opcją, która nie oznaczała bycia nauczycielem w zakresie czarnej magii. Ci ludzie mieli wrócić prędzej czy później. Wściekli, napędzani furią i żądzą zemsty. Mogli na nich czekać w domu, który wtedy momentalnie przestanie być ich bezpieczną ostoją. Albo spodziewać się ataku z zaskoczenia, wciągnięcia w pułapkę, podstępnych zagrywek.
Jedyną możliwością było uprzedzenie posunięć popleczników Voldemorta. Już raz wziął ich z zaskoczenia. Powinien to zrobić ponownie. W tej chwili nie widział żadnego innego wyjścia jak to najprostsze, ale jednocześnie najbardziej ryzykowne. Szczególnie, że towarzyszyła mu przy tym jeszcze jedna myśl: kiedy rozmawiali z Geraldine o zagrożeniu, oboje mimowolnie posługiwali się liczbą mnogą. Mówili o sobie jak o ludziach, którymi byli od wielu lat. Jednością, wspólnym frontem, zespołem...
...ale to musiała być jego samodzielna sprawa. To on ich puścił. Dał im uciec w las zamiast zakończyć sprawę. Teraz musiał to ostatecznie domknąć. Sam. Tym bardziej, jeśli nie chciał jej angażować w coś, co stanowiło dla niego jedyną opcję skutecznej walki z przeciwnikami - rewanż, odpłacenie się tym samym, odbijanie klątw klątwami.
Miała takie samo prawo do odwetu jak on. Nie odbierał jej go. Jedynie przymknął usta i zamilkł wpatrzony w punkt ponad ramieniem Yaxleyówny. Niby spoglądał na nią, ale w tej chwili intensywnie myślał. Przynajmniej próbował ułożyć w głowie ten plan, który z trudem nabierał kształtów. To były toporne myśli. Tak jak sam powiedział: potrzebował czasu, ale poczuł, że go nie mają.
Z lat zostały im miesiące. Z miesięcy dni. Z dni godziny. Minuty przemieniły się w sekundy. Upływ czasu był nieubłagany. Coś, co budowali latami mogło rozpaść się w przeciągu kilku chwil, jeśli nie zapanują nad drżeniem gruntu w posadach ich wspólnego domu. Obawiał się mrugnąć okiem, żeby tego nie stracić.
Poprzedni wczesny wieczór stał się mglistym wspomnieniem. Ambroise odnosił wrażenie, jakby minęło wiele dni odkąd stali w kuchni i rozmawiali ze sobą w bardzo lekki, łatwy sposób. Gdyby tylko wiedział, że to ostatnie momenty przed zawieruchą. Nie rozpoznał ciszy przed burzą. Teraz było za późno, żeby to zmienić.
- Nie sądzę - zakwestionował te słowa, bo zarówno on, jak i ona powinni zdawać sobie sprawę z tego, że gdyby rzeczywiście były zrozumiałe to nigdy nie doszłoby do takiego czegoś.
Na tej samej zasadzie, gdyby faktycznie rozumiała i dopuszczała do siebie jego przekaz to nie wyrażałaby zwątpienia we wszystko, co mieli i w jego szczere intencje. Miał poczucie, że powinni głębiej poruszyć ten temat. Odkopali część pogrzebanego trupa. Teraz należało go ekshumować a potem ponownie pochować. Tym razem należycie.
To nie tak, że zupełnie nie widział w tym podstaw do tego, żeby czuć się połowicznie winny. Nie uważał, że dawał jej jakieś podstawy do powątpiewania w to czy chciał z nią być już do końca życia. Z drugiej strony musiał przyznać, że wojna go zaskoczyła. Taki obrót spraw wybił go z rytmu i pokrzyżował mu plany. Możliwe, że znacznie bardziej, bo może o to chodziło?
Przecież nie był głuchy ani głupi. Słyszał plotki i głosy obcych. Z tym, że nie sądził, żeby to było takie istotne. Nie powinni przejmować się cudzymi opiniami. Szczególnie nie w tym temacie, bo nikt nie towarzyszył im podczas wspólnej wędrówki. Tylko oni mogli wyrokować o tym, co grało a co wymaga jeszcze poprawy.
Nie wątpił, że niezbyt dobrze przyjąłby jakieś jawne poruszenie tematu, ale nie przeszkadzałyby mu dyskretne sugestie, jeśli chciała od niego tej ostatecznej formalności, żeby poczuć się bezpieczniej. Ten krok należał do niego. Nie chciał dopuszczać do sytuacji, w której musiałaby go upominać, bo zawaliłby sprawę.
Tak właściwie to, jeśli dłużej by się nad tym zastanowił, nie zrozumiałby swoich własnych przesłanek, które sprawiły, że zaniechał planów. Nie myślał o tym w tych kategoriach a może powinien? No, nie pomyślał przedtem, bo teraz w plątaninie skrajnych wniosków gdzieś przemknęła refleksja, że może rozciągał wszystko w czasie. Tak właściwie nie wiedzieć czemu.
Niespełna dwa miesiące wcześniej był zdecydowany. Bezwiednie to odsunął od siebie, kiedy zawisło nad nimi widmo wojny. A przecież to nie zmieniało nic ponad to, że tym bardziej powinien coś zrobić, żeby w razie konieczności żadne z nich nie musiało odwoływać się do ludzkiej wyrozumiałości tylko mogło po prostu podejmować decyzje, otrzymywać informacje, dysponować pełnym wachlarzem praw.
Gdyby nie jego znajomości, kontakty i praca w szpitalu to nie mógłby przerwać milczenia przekazaniem zamiaru wypytania o dalsze etapy leczenia albo wypisu. Mógłby spróbować przyciągnąć tu odpowiedniego uzdrowiciela, ale to by było na tyle. Reszta zależałaby od dobrej woli i podejścia dyżurujących magimedyków do tajemnicy lekarskiej. To była niepokojąca myśl, choć podobny niepokój nigdy nie miał ich dotyczyć. Tu w szpitalu, rzecz jasna.
Ale w Ministerstwie albo gdzieś indziej?
To zdecydowanie nie był moment na takie rozważenia.
- Nawet nie próbuj - odchrząknął przytakując, bo choć nie był ekspertem w urazach pozaklęciowych oraz poklątwowych to przedwczesne wychodzenie z łóżka było gigantycznym nieporozumieniem na wszystkich oddziałach.
Szczególnie do czasu, kiedy przyjdzie tu ktoś (najpewniej przyciągnięty informacją o przytomności pacjentki) kto da im zielone światło do powrotu do domu. Albo ich tu dłużej zatrzyma. Wszystko było niemalże tak samo prawdopodobne, jeśli ta druga opcja nie była niestety trochę bardziej do przewidzenia.
- To znaczy, że mogę wyjść? - Zreflektował się, mrugając ociężałymi powiekami piekących oczu. Teraz trochę za suchych tak dla odmiany. - Nie potrzebujesz niczego z zewnątrz. Jasne - powoli kiwnął głową, po czym przelotnie spojrzał na drzwi i wrócić wzrokiem do dziewczyny. - A stąd? - Nie był ślepy tylko zacietrzewiony w gniewnie, przecież widział, że to wszystko narobiło więcej szkody niż pożytku.
Ta ich ostra rozmowa. Milczenie. Narastający dystans. Powinien wyciągnąć rękę. Poniekąd to robił, choć w międzyczasie zdążył się podnieść i zrobić krok w kierunku drzwi. Mógł wrócić i nie wychodzić. Tylko czy tak będzie lepiej?
Po tym wszystkim nie miał już żadnej pewności.
Czuł się fatalnie z tym, że nie jest w stanie wymyślić planu ot tak na poczekaniu. Zazwyczaj nie miał z tym trudności. W tej chwili w jego głowie gościła przytłaczająca pustka. Miał tam wiele myśli, bardzo dużo refleksyjnego smoczego łajna, wiele wyrzutów do ich obojga, ale zero możliwych rozwiązań trudnej sytuacji.
Co prawda nigdy nie obiecywał Geraldine czegoś podobnego, co ona obecnie złamała i przekreśliła tym pochopnym zaangażowaniem w sprawę mugolaków. Całkowicie celowo nie doprowadził do tego etapu rozmowy, w którym mogłaby zażądać wzajemności. Przysiągł wracać do niej do domu i zamierzał dotrzymać słowa. Przede wszystkim zadbać o to, żeby do niej wrócić, ale...
...chyba mógł sobie wyobrazić, co było tu jedyną opcją, która nie oznaczała bycia nauczycielem w zakresie czarnej magii. Ci ludzie mieli wrócić prędzej czy później. Wściekli, napędzani furią i żądzą zemsty. Mogli na nich czekać w domu, który wtedy momentalnie przestanie być ich bezpieczną ostoją. Albo spodziewać się ataku z zaskoczenia, wciągnięcia w pułapkę, podstępnych zagrywek.
Jedyną możliwością było uprzedzenie posunięć popleczników Voldemorta. Już raz wziął ich z zaskoczenia. Powinien to zrobić ponownie. W tej chwili nie widział żadnego innego wyjścia jak to najprostsze, ale jednocześnie najbardziej ryzykowne. Szczególnie, że towarzyszyła mu przy tym jeszcze jedna myśl: kiedy rozmawiali z Geraldine o zagrożeniu, oboje mimowolnie posługiwali się liczbą mnogą. Mówili o sobie jak o ludziach, którymi byli od wielu lat. Jednością, wspólnym frontem, zespołem...
...ale to musiała być jego samodzielna sprawa. To on ich puścił. Dał im uciec w las zamiast zakończyć sprawę. Teraz musiał to ostatecznie domknąć. Sam. Tym bardziej, jeśli nie chciał jej angażować w coś, co stanowiło dla niego jedyną opcję skutecznej walki z przeciwnikami - rewanż, odpłacenie się tym samym, odbijanie klątw klątwami.
Miała takie samo prawo do odwetu jak on. Nie odbierał jej go. Jedynie przymknął usta i zamilkł wpatrzony w punkt ponad ramieniem Yaxleyówny. Niby spoglądał na nią, ale w tej chwili intensywnie myślał. Przynajmniej próbował ułożyć w głowie ten plan, który z trudem nabierał kształtów. To były toporne myśli. Tak jak sam powiedział: potrzebował czasu, ale poczuł, że go nie mają.
Z lat zostały im miesiące. Z miesięcy dni. Z dni godziny. Minuty przemieniły się w sekundy. Upływ czasu był nieubłagany. Coś, co budowali latami mogło rozpaść się w przeciągu kilku chwil, jeśli nie zapanują nad drżeniem gruntu w posadach ich wspólnego domu. Obawiał się mrugnąć okiem, żeby tego nie stracić.
Poprzedni wczesny wieczór stał się mglistym wspomnieniem. Ambroise odnosił wrażenie, jakby minęło wiele dni odkąd stali w kuchni i rozmawiali ze sobą w bardzo lekki, łatwy sposób. Gdyby tylko wiedział, że to ostatnie momenty przed zawieruchą. Nie rozpoznał ciszy przed burzą. Teraz było za późno, żeby to zmienić.
- Nie sądzę - zakwestionował te słowa, bo zarówno on, jak i ona powinni zdawać sobie sprawę z tego, że gdyby rzeczywiście były zrozumiałe to nigdy nie doszłoby do takiego czegoś.
Na tej samej zasadzie, gdyby faktycznie rozumiała i dopuszczała do siebie jego przekaz to nie wyrażałaby zwątpienia we wszystko, co mieli i w jego szczere intencje. Miał poczucie, że powinni głębiej poruszyć ten temat. Odkopali część pogrzebanego trupa. Teraz należało go ekshumować a potem ponownie pochować. Tym razem należycie.
To nie tak, że zupełnie nie widział w tym podstaw do tego, żeby czuć się połowicznie winny. Nie uważał, że dawał jej jakieś podstawy do powątpiewania w to czy chciał z nią być już do końca życia. Z drugiej strony musiał przyznać, że wojna go zaskoczyła. Taki obrót spraw wybił go z rytmu i pokrzyżował mu plany. Możliwe, że znacznie bardziej, bo może o to chodziło?
Przecież nie był głuchy ani głupi. Słyszał plotki i głosy obcych. Z tym, że nie sądził, żeby to było takie istotne. Nie powinni przejmować się cudzymi opiniami. Szczególnie nie w tym temacie, bo nikt nie towarzyszył im podczas wspólnej wędrówki. Tylko oni mogli wyrokować o tym, co grało a co wymaga jeszcze poprawy.
Nie wątpił, że niezbyt dobrze przyjąłby jakieś jawne poruszenie tematu, ale nie przeszkadzałyby mu dyskretne sugestie, jeśli chciała od niego tej ostatecznej formalności, żeby poczuć się bezpieczniej. Ten krok należał do niego. Nie chciał dopuszczać do sytuacji, w której musiałaby go upominać, bo zawaliłby sprawę.
Tak właściwie to, jeśli dłużej by się nad tym zastanowił, nie zrozumiałby swoich własnych przesłanek, które sprawiły, że zaniechał planów. Nie myślał o tym w tych kategoriach a może powinien? No, nie pomyślał przedtem, bo teraz w plątaninie skrajnych wniosków gdzieś przemknęła refleksja, że może rozciągał wszystko w czasie. Tak właściwie nie wiedzieć czemu.
Niespełna dwa miesiące wcześniej był zdecydowany. Bezwiednie to odsunął od siebie, kiedy zawisło nad nimi widmo wojny. A przecież to nie zmieniało nic ponad to, że tym bardziej powinien coś zrobić, żeby w razie konieczności żadne z nich nie musiało odwoływać się do ludzkiej wyrozumiałości tylko mogło po prostu podejmować decyzje, otrzymywać informacje, dysponować pełnym wachlarzem praw.
Gdyby nie jego znajomości, kontakty i praca w szpitalu to nie mógłby przerwać milczenia przekazaniem zamiaru wypytania o dalsze etapy leczenia albo wypisu. Mógłby spróbować przyciągnąć tu odpowiedniego uzdrowiciela, ale to by było na tyle. Reszta zależałaby od dobrej woli i podejścia dyżurujących magimedyków do tajemnicy lekarskiej. To była niepokojąca myśl, choć podobny niepokój nigdy nie miał ich dotyczyć. Tu w szpitalu, rzecz jasna.
Ale w Ministerstwie albo gdzieś indziej?
To zdecydowanie nie był moment na takie rozważenia.
- Nawet nie próbuj - odchrząknął przytakując, bo choć nie był ekspertem w urazach pozaklęciowych oraz poklątwowych to przedwczesne wychodzenie z łóżka było gigantycznym nieporozumieniem na wszystkich oddziałach.
Szczególnie do czasu, kiedy przyjdzie tu ktoś (najpewniej przyciągnięty informacją o przytomności pacjentki) kto da im zielone światło do powrotu do domu. Albo ich tu dłużej zatrzyma. Wszystko było niemalże tak samo prawdopodobne, jeśli ta druga opcja nie była niestety trochę bardziej do przewidzenia.
- To znaczy, że mogę wyjść? - Zreflektował się, mrugając ociężałymi powiekami piekących oczu. Teraz trochę za suchych tak dla odmiany. - Nie potrzebujesz niczego z zewnątrz. Jasne - powoli kiwnął głową, po czym przelotnie spojrzał na drzwi i wrócić wzrokiem do dziewczyny. - A stąd? - Nie był ślepy tylko zacietrzewiony w gniewnie, przecież widział, że to wszystko narobiło więcej szkody niż pożytku.
Ta ich ostra rozmowa. Milczenie. Narastający dystans. Powinien wyciągnąć rękę. Poniekąd to robił, choć w międzyczasie zdążył się podnieść i zrobić krok w kierunku drzwi. Mógł wrócić i nie wychodzić. Tylko czy tak będzie lepiej?
Po tym wszystkim nie miał już żadnej pewności.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down