31.10.2024, 11:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.10.2024, 11:33 przez Lorien Mulciber.)
O jakże łatwo przychodziło porównywać dwie spętane łańcuchem losu kobiety. Postawić znak równości między biednymi, obarczonymi przez Bogów pannami z dobrych, szanowanych domów bez większych nadziei na szczęśliwą przyszłość. Łączyło je przecież tak wiele! Jak na ironię zdawały się wieść ten sam naznaczony cierpieniem żywot.
O jak łatwo szło zapomnieć, że dzieliła je prawdziwa przepaść, choć tak wiele zmiennych zdawało się być identyczne.
Edith Lestrange była z pewnością wyjątkową kobietą. Piękną, inteligentną, tak obrzydliwie słabą wobec swojej złożonej natury, której nigdy nie zdołała zapewne zrozumieć. Niczym porcelanowa figurka stanowiąca klejnot kolekcji znudzonego konwenansami filantropa- tyle i aż tyle.
Lorien Crouch nie planowała stawać w szranki ze wspomnieniem dziewczęcia, które przegrało samo z sobą. Pozwoliło się zabić i nazwać to litością. Z szacunku do zamordowanej ptasiej duszy. Do samej siebie. Do klątwy, której nie uważała za wstydliwy sekret i wilgowrona, którego uczyniła swoją tarczą i perłą w herbie małej, uschniętej gałęzi rodu Crouch. A może Mulciber? Prewett? Ptak o złotych ślepiach i kobaltowych skrzydłach nie był jej obcy, nie budził nienawiści - bo czarownica nie nawykła do nienawidzenia jakiejkolwiek części samej siebie. Nawet tej nieco bardziej upierzonej.
Czy gdyby Anthony zdradziłby tajemnicę swojej pierwszej żony, Lorien czułaby wobec kobiety coś więcej poza żalem i lekką pogardą? Czy zdobyłaby się choć na cień współczucia wobec kogoś kto wolał umrzeć niż pogodzić się z własną tożsamością?
Może. Choć pewnie nie uroniłaby nad nią ani jednej łzy.
A gdyby jednak poznała całą prawdę, to czy zaoferowałaby i Anthony’emu cokolwiek więcej niż złość i urazę? Czy spomiędzy jej spękanych ust padłoby coś innego jak ciche “pieprzony hipokryta”?
Bo jak inaczej mogłaby określić człowieka, który od miesięcy karał ją za to, że podjęła tą samą decyzję co on niemal trzy dekady wcześniej? Decyzję, którą określał mianem planu doskonałego. Małżeństwo bez emocjonalnego przywiązania do tego drugiego. Małżeństwo będące zwieńczeniem prawniczego rzemiosła.
W czym Anthony Shafiq różnił się od Roberta Mulcibera w swojej pasywności wobec oziębłej emocjonalnie żony? Skąd brał się ten tupet, który podpowiadał mu, że on sam na Lorien zasługiwał, nie mogąc jej ofiarować nic więcej ponad to co dostawała od swojego męża?
A jednak - Lorien nie wiedziała.
Dlatego pozwoliła się objąć, choć każdy, nawet najmniejszy dotyk sprawiał ból. Pokryta drobnymi rankami i nacięciami skóra piekła ją jak od irytującego poparzenia słonecznego; nadal obolałe ciało buntowało się przeciw byciu dociskanym i dotykanym. Nie oponowała. Każde jedno szarpnięcie, impuls nerwowy przez który musiała zaciskać zęby, ciche westchnienie, które wyrwało się z jej piersi, było znakiem, że to nie jest sen. Była tu. Istniała - nawet jeśli czasu pozostało tak niewiele, nim skłoni się przed demonami i na zawsze zanurzy się w otchłani, by to one mogły zaznać ciepła prawdziwego słońca.
Fantomowy ból rozlewający się po ciele czarownicy, gdy roztrzaskała się o skały minął. Dusza wilgowrona zasnęła w kościstych ramionach, ululana do snu szumem morza. Bezpieczna pod osłoną niekończącej się nocy. Tak rozpaczliwie samotna za towarzysza mając tylko puchatego kota i swoje własne demony.
Ale dusza człowieka przestała śnić. Dlatego właśnie, pomimo całego fizycznego osłabienia, Lorien z trudem uniosła drżące palce. Wczepiła je jak szpony, którymi jeszcze moment wcześniej były, w materiał zdobionego peniuaru, na tyle mocno by mógł poczuć nacisk ostrych paznokci na swoich plecach. Było w tym coś rozpaczliwego, jakby bała się, że zaraz zniknie i znów zostanie sama.
A jednak poza tym jednym gestem nie dostał od niej żadnej większej reakcji - pozwalała całować swoje splątane loki, z pewnością słyszała kołatanie antosiowego serca, ale pozostała w bezruchu. Walczyła z ciążącymi powiekami.
- Pomóż mi wstać.- Poprosiła wreszcie.
O jak łatwo szło zapomnieć, że dzieliła je prawdziwa przepaść, choć tak wiele zmiennych zdawało się być identyczne.
Edith Lestrange była z pewnością wyjątkową kobietą. Piękną, inteligentną, tak obrzydliwie słabą wobec swojej złożonej natury, której nigdy nie zdołała zapewne zrozumieć. Niczym porcelanowa figurka stanowiąca klejnot kolekcji znudzonego konwenansami filantropa- tyle i aż tyle.
Lorien Crouch nie planowała stawać w szranki ze wspomnieniem dziewczęcia, które przegrało samo z sobą. Pozwoliło się zabić i nazwać to litością. Z szacunku do zamordowanej ptasiej duszy. Do samej siebie. Do klątwy, której nie uważała za wstydliwy sekret i wilgowrona, którego uczyniła swoją tarczą i perłą w herbie małej, uschniętej gałęzi rodu Crouch. A może Mulciber? Prewett? Ptak o złotych ślepiach i kobaltowych skrzydłach nie był jej obcy, nie budził nienawiści - bo czarownica nie nawykła do nienawidzenia jakiejkolwiek części samej siebie. Nawet tej nieco bardziej upierzonej.
Czy gdyby Anthony zdradziłby tajemnicę swojej pierwszej żony, Lorien czułaby wobec kobiety coś więcej poza żalem i lekką pogardą? Czy zdobyłaby się choć na cień współczucia wobec kogoś kto wolał umrzeć niż pogodzić się z własną tożsamością?
Może. Choć pewnie nie uroniłaby nad nią ani jednej łzy.
A gdyby jednak poznała całą prawdę, to czy zaoferowałaby i Anthony’emu cokolwiek więcej niż złość i urazę? Czy spomiędzy jej spękanych ust padłoby coś innego jak ciche “pieprzony hipokryta”?
Bo jak inaczej mogłaby określić człowieka, który od miesięcy karał ją za to, że podjęła tą samą decyzję co on niemal trzy dekady wcześniej? Decyzję, którą określał mianem planu doskonałego. Małżeństwo bez emocjonalnego przywiązania do tego drugiego. Małżeństwo będące zwieńczeniem prawniczego rzemiosła.
W czym Anthony Shafiq różnił się od Roberta Mulcibera w swojej pasywności wobec oziębłej emocjonalnie żony? Skąd brał się ten tupet, który podpowiadał mu, że on sam na Lorien zasługiwał, nie mogąc jej ofiarować nic więcej ponad to co dostawała od swojego męża?
A jednak - Lorien nie wiedziała.
Dlatego pozwoliła się objąć, choć każdy, nawet najmniejszy dotyk sprawiał ból. Pokryta drobnymi rankami i nacięciami skóra piekła ją jak od irytującego poparzenia słonecznego; nadal obolałe ciało buntowało się przeciw byciu dociskanym i dotykanym. Nie oponowała. Każde jedno szarpnięcie, impuls nerwowy przez który musiała zaciskać zęby, ciche westchnienie, które wyrwało się z jej piersi, było znakiem, że to nie jest sen. Była tu. Istniała - nawet jeśli czasu pozostało tak niewiele, nim skłoni się przed demonami i na zawsze zanurzy się w otchłani, by to one mogły zaznać ciepła prawdziwego słońca.
Fantomowy ból rozlewający się po ciele czarownicy, gdy roztrzaskała się o skały minął. Dusza wilgowrona zasnęła w kościstych ramionach, ululana do snu szumem morza. Bezpieczna pod osłoną niekończącej się nocy. Tak rozpaczliwie samotna za towarzysza mając tylko puchatego kota i swoje własne demony.
Ale dusza człowieka przestała śnić. Dlatego właśnie, pomimo całego fizycznego osłabienia, Lorien z trudem uniosła drżące palce. Wczepiła je jak szpony, którymi jeszcze moment wcześniej były, w materiał zdobionego peniuaru, na tyle mocno by mógł poczuć nacisk ostrych paznokci na swoich plecach. Było w tym coś rozpaczliwego, jakby bała się, że zaraz zniknie i znów zostanie sama.
A jednak poza tym jednym gestem nie dostał od niej żadnej większej reakcji - pozwalała całować swoje splątane loki, z pewnością słyszała kołatanie antosiowego serca, ale pozostała w bezruchu. Walczyła z ciążącymi powiekami.
- Pomóż mi wstać.- Poprosiła wreszcie.