31.10.2024, 14:02 ✶
Zaczyna się od snu.
Chodzisz po brzegu jeziora, otoczonego przez drzewa, rosnące tak gęsto, że ciężko byłoby się między nimi przedrzeć. Brzegi porastają rośliny, których nie rozpoznajesz, ale nie masz wątpliwości – przynajmniej niektóre z nich są magiczne, wilgotne od niedawnego deszczu.
Księżyc odbija się w powietrzu jeziora.
Odbija się w nim też twoja twarz.
Tylko to już nie jest twoja twarz.
Z wody spogląda na ciebie Cassandra Blackwood.
*
To był tylko sen.
Wracał czasem, ilekroć Ginewra sypiała w obozie w pobliżu wykopalisk, i przypominała sobie o nim w niespodziewanych momentach – kiedy krążyła po wrzosowiskach, kiedy poddawali oględzinom przedmioty, znalezione w jednym z domów, gdy znaleźli ścianę, na której uwieczniono kiedyś drzewo genealogiczne Blackwoodów, tak zniszczone, że wymagało prac, aby w ogóle coś z niego odczytać. Utkwił w pamięci niby drzazga pod paznokciem. Kolejne szkice wyłaniały się pod ołówka, każdy kolejny coraz bardziej udany, przedstawiając miejsce – które przecież nie istniało, prawda? Nic dziwnego, że sprawa Cassandry poruszała wyobraźnię.
Aż Thomas Figg, ściągnięty, by sprawdzić jeden z przedmiotów, znalezionych na wykopaliskach, pod kątem klątw, zauważył któryś ze szkiców i stwierdził, że znał to miejsce. Jezioro znajdowało się w lesie, w którym kiedyś zdejmował jakąś klątwę – w pobliżu znajdowała się wioska, obecnie mugolska, ale w pobliżu której żyło także paru czarodziejów.
*
– Chcecie podpytać najpierw w wiosce i rozejrzeć się w pobliżu, czy od razu wchodzimy do lasu? – spytał Cathal Shafiq, gdy Thomas teleportował ich na zalesione wzgórze, górujące nad wioską, gdzie nikt nie powinien zauważyć nagłego pojawienia się o świcie trzech postaci. Niemal natychmiast wyciągnął papierosa i odpalił go różdżką. Zaciągnął się dymem i spojrzał w dół, ku rozsianym po okolicy zabudowaniom – trochę domów, trochę budynków, które wyglądały na opuszczone i niszczejące, w oddali nieduży cmentarz, pewnie stary, sądząc po stanie ogrodzenia. Pogrążył się w zamyśleniu, przez moment skupiony tylko na tym widoku, zapisującym się w pamięci i na porównywaniu go z setkami innych, brytyjskich wsi.
Cathal niezbyt wierzył w symbole, omeny i wróżbiarstwo. Jednocześnie jednak nie miał zamiaru przegapić niczego, co mogło odnosić się do Blackwoodów. Wolał to sprawdzić niż potem pluć sobie w brodę.
Chodzisz po brzegu jeziora, otoczonego przez drzewa, rosnące tak gęsto, że ciężko byłoby się między nimi przedrzeć. Brzegi porastają rośliny, których nie rozpoznajesz, ale nie masz wątpliwości – przynajmniej niektóre z nich są magiczne, wilgotne od niedawnego deszczu.
Księżyc odbija się w powietrzu jeziora.
Odbija się w nim też twoja twarz.
Tylko to już nie jest twoja twarz.
Z wody spogląda na ciebie Cassandra Blackwood.
*
To był tylko sen.
Wracał czasem, ilekroć Ginewra sypiała w obozie w pobliżu wykopalisk, i przypominała sobie o nim w niespodziewanych momentach – kiedy krążyła po wrzosowiskach, kiedy poddawali oględzinom przedmioty, znalezione w jednym z domów, gdy znaleźli ścianę, na której uwieczniono kiedyś drzewo genealogiczne Blackwoodów, tak zniszczone, że wymagało prac, aby w ogóle coś z niego odczytać. Utkwił w pamięci niby drzazga pod paznokciem. Kolejne szkice wyłaniały się pod ołówka, każdy kolejny coraz bardziej udany, przedstawiając miejsce – które przecież nie istniało, prawda? Nic dziwnego, że sprawa Cassandry poruszała wyobraźnię.
Aż Thomas Figg, ściągnięty, by sprawdzić jeden z przedmiotów, znalezionych na wykopaliskach, pod kątem klątw, zauważył któryś ze szkiców i stwierdził, że znał to miejsce. Jezioro znajdowało się w lesie, w którym kiedyś zdejmował jakąś klątwę – w pobliżu znajdowała się wioska, obecnie mugolska, ale w pobliżu której żyło także paru czarodziejów.
*
– Chcecie podpytać najpierw w wiosce i rozejrzeć się w pobliżu, czy od razu wchodzimy do lasu? – spytał Cathal Shafiq, gdy Thomas teleportował ich na zalesione wzgórze, górujące nad wioską, gdzie nikt nie powinien zauważyć nagłego pojawienia się o świcie trzech postaci. Niemal natychmiast wyciągnął papierosa i odpalił go różdżką. Zaciągnął się dymem i spojrzał w dół, ku rozsianym po okolicy zabudowaniom – trochę domów, trochę budynków, które wyglądały na opuszczone i niszczejące, w oddali nieduży cmentarz, pewnie stary, sądząc po stanie ogrodzenia. Pogrążył się w zamyśleniu, przez moment skupiony tylko na tym widoku, zapisującym się w pamięci i na porównywaniu go z setkami innych, brytyjskich wsi.
Cathal niezbyt wierzył w symbole, omeny i wróżbiarstwo. Jednocześnie jednak nie miał zamiaru przegapić niczego, co mogło odnosić się do Blackwoodów. Wolał to sprawdzić niż potem pluć sobie w brodę.