31.10.2024, 14:11 ✶
Przez lata nie kwestionował tego, co oboje wiedzieli. Zarówno w teorii jak i w praktyce wielokrotnie przekonał się, że najlepsze rozwiązania przychodziły im wspólnie. Mimo długo i starannie pielęgnowanych obiekcji, nie mógł zapierać się przed oczywistością, jeśli miał ją tuż przed twarzą. Nie patrzył na czubek swojego nosa. Od dawna tego nie robił.
Szczególnie, że zazwyczaj sytuacja stawała się znacznie łatwiejsza dzięki temu, że dźwigali ten ciężar wspólnie, nie musząc pilnować każdego aspektu, nie mając potrzeby oglądania się przez ramię, mogąc skupić się na najlepszym wyniku podejmowanych działań bez obaw, że ktoś wbije im nóż w plecy.
Ufał jej. Może nie obecnie jej osądom, ale we wszystkich innych aspektach w dalszym ciągu miał do niej pełne zaufanie. Z tym, że tu nie chodziło o to czy wierzy Geraldine. Nie miał zbyt wielu wątpliwości, że sytuacja szybko zrobi się paskudna. Chciał, żeby to było na jego zasadach. Jednocześnie z tym, aby po wszystkim mogli na siebie nawzajem patrzeć bez poczucia, że odebrano im także tę cząstkę świętości.
A nie wierzył, że będzie w stanie zachować się lepiej niż poprzednio. Wręcz przeciwnie - prawdopodobnie miało być gorzej, bo teraz już zdawał sobie sprawę z tego, że w tym całym szaleństwie jest metoda. Ta, z której skorzystał raz i której miał użyć kolejny. Hamulce puściły. Nigdy nie były silne, zawsze był porywczy, ale w tym momencie przekroczył jakąś niepisaną granicę, nie czuł się z tym źle, ale go to zmieniało. Nawet w tej chwili czuł się zupełnie inaczej z myślą, że jest w stanie bronić ich lepiej niż Ministerstwo, Brygada Uderzeniowa, Aurorzy.
Z tym, że nie chciał przenosić tego w uświęconą sferę domu a Rina dla niego w niej była. Nie miał problemu z angażowaniem jej w wiele tematów. Na przestrzeni lat trochę rozmyli niektóre granice. Rozmiękczyli strefę prywatności zleceń, ale nie siebie. Dzięki współpracy byli wręcz bardziej skuteczni. Trwalsi i twardsi.
Nie wyobrażał sobie, że mogłoby być inaczej. To była ta nowa rzeczywistość. Mieli swoją rutynę, przyzwyczajenia, nawyki. Tworzyli dom, dwuosobową rodzinę. Dbał o to bardziej niż o cokolwiek innego i wiedział, że ona również (tak, nawet teraz, gdy warczał, że traktuje go mniej poważnie od mugolaków), co było najlepszym możliwym układem sił.
Wpływali na siebie nawzajem, nie było wątpliwości, że to układ na całe życie. Trwalszy od wielu znanych mu aranżowanych małżeństw i formalnych związków. Nawet nie dostrzegł, kiedy przeszedł z tym do porządku dziennego typowego właśnie dla tych oficjalnych par. Nigdy nie przykładał zbyt dużego znaczenia do papierków i publicznych deklaracji. Stawiał na czyny i te prywatne gesty oraz rzadziej słowa.
Wpadł w pułapkę przyzwyczajenia? Dłuższy czas nie myślał o tym, że to możliwe. Raz na samym początku poruszyli ten temat. Określili się, żadne z nich nie naciskało na konwencjonalną drogę. Nie marzyły im się wielkie fety. Od tego czasu niewiele uległo zmianie, prócz tego, że ustabilizowali swój związek. Instynktownie przyjmował, że skoro to działa to nie muszą kłopotać się dla rozrywki obcych osób.
A potem przeszło mu przez myśl, że może jednak powinni? Nie dla obcych a dla siebie, bo to mogło być całkiem satysfakcjonujące. Następne posunięcia były jasne. Nie zajęły mu zbyt długo, skoro już zaczął być tego świadomy. To miała być kwestia czasu.
Aż do tamtego dnia i wszystkich kolejnych po orędziu. Odsunął to w czasie z uwagi na potrzebę podejmowania decyzji o istotniejszych, bo bliższych posunięciach. Chyba postąpił krótkowzrocznie, ale to nie był czas na weryfikowanie tego ani próby odkręcania. Ponownie mieli znacznie poważniejsze sprawy na głowie. Zagrożenie było jawne i bardzo rzeczywiste.
Sami je na siebie sprowadzili. Teraz żrąc się zamiast przyjąć wspólny front. Znowu bardzo słaba zagrywka. Zreflektował się po czasie. Miał do tego nieuświadomione tendencje.
- Mhm - mruknął, kwitując to kiwnięciem głową.
To chyba było coś, czego powinna od niego oczekiwać. Wbrew pozorom nie sprawiało mu satysfakcji odbijanie wszystkich próśb i uwag, które miała wobec niego. Już dawno przestał czuć potrzebę podkreślania swojej niezależności. Niezależnie od sytuacji miał spróbować zachować się zgodnie z oczekiwaniami, przynajmniej na tyle na ile mógł. Nie zawsze to było możliwe, ale częściej niż rzadziej robił to, o co go prosiła lub mu sugerowała.
Był uparty, ale nie do przesady. Nie w przypadku ich relacji. Miała u niego wyjątkowe względy. Był tego świadomy, dawno temu pogodził się z tym i przestał walczyć o wygraną, która tak naprawdę nie byłaby zwycięstwem tylko głupotą krzywdzącą ich oboje.
Pochylił się, żeby rozsznurować buty, bo mimo wszystko nie chciał przeginać. Z doświadczenia wiedział, że można było przymknąć oko na naprawdę wiele. W tym na władowanie się na pościel. Szczególnie w takich sytuacjach, w których to mogło być całkiem usprawiedliwione.
Przynajmniej on byłby w stanie to usprawiedliwić I tym razem wcale nie z uwagi na to, że go to dotyczyło bezpośrednio. Machał ręką na podobne przypadki, dopóki miał pewność, że to niczego nie pogorszy. Pod tym kątem był bardzo tolerancyjny, raczej niekonfliktowy, o ile ktoś nie przesadzał z korzystaniem z przymykania oka.
On nie miał takiego zamiaru. Dostatecznie nadużył swoich wpływów, choć w żadnym momencie nie miał przez to wyrzutów sumienia. Każdy postąpiłby dokładnie tak samo, gdyby miał podobne możliwości a ci, którzy najgłośniej krzyczeli, że by tego nie zrobili zazwyczaj byli pierwszymi do nadmiernego używania władzy.
Wolniej niż to było wskazane, bo chyba kupował sobie tym trochę czasu na uspokojenie rytmu serca, zsunął wysokie buty i ściągnął wierzchnią koszulę. Strzepał ją jednym ruchem, zawiesił na oparciu krzesła, które zajmował przez tyle czasu, że niemal do niego przyrósł.
Po czym bez słowa przysiadł na brzegu łóżka, podciągając się dalej z nogami na pościeli. Instynktownie rozciągnął się przy samym brzegu wąskiego materaca, z którego mógłby spaść, gdyby nie wsunął ramienia pod poduszkę pod plecami dziewczyny, obejmując ją zgodnie z prośbą.
Zajęło mu kilka chwil, żeby się odezwać. Nie zrobił tego od razu. Wpierw przegarnął jej jasne, trochę splątane kosmyki spod pleców na ramię, żeby nie pociągnąć za nie przypadkiem, bo było niewiele miejsca.
- Przepraszam - mruknął we włosy Geraldine, opierając policzek o jej policzek i oddychając powoli, znacznie bardziej miarowo.
Chyba rzeczywiście potrzebował usłyszeć to pytanie, wyjątkowo nie biorąc go za opcję do wyboru (iść czy zostać, objąć ją czy pokręcić głową) tylko za upomnienie, ale właściwe, bardzo na miejscu.
W dalszym ciągu potrafiła go sprowadzić na ziemię. Mimo, że nie szanował jej nieracjonalnych decyzji to wywoływała w nim jego własną odpowiedzialność. Przecież wcale nie chciał zachowywać się, jakby świat już się skończył i wszystko było stracone. Nie było. Tym razem udało im się uniknąć najgorszego. To nie oznaczało, że jest dobrze. Po prostu nie tak źle, żeby nie móc się z tego otrząsnąć.
Niezależnie od tego, co się stało, potrafił odpuścić w chwilach, w których kiedyś całkowicie niepotrzebnie upierałby się przy postępowaniu w zgodzie z jakąś zacietrzewioną, pokazowo chłodną postawą. Nawet taką, której nie wyrażał w głębi duszy.
Nie musiał do końca dnia emanować złością. Szczególnie, że to nazbyt długie milczenie sprawiło, że był bardziej rozbity i rozstrojony, ale nie kierował już tego w stronę Riny. Temat nie umarł śmiercią naturalną. Po prostu został odsunięty na czas nieokreślony. Przynajmniej do momentu, kiedy będą musieli ponownie porozmawiać, bo problem był zbyt poważny, żeby go przemilczać.
Zresztą umówili się, że nie będą tego robić. To powinno szczególnie dotyczyć takich kwestii jak ta. Prawdopodobnie nie istniało nic w znacznie większym stopniu wymagającego rozmowy. Tym razem przeprowadzonej we właściwy sposób. Przynajmniej łudził się, że tak będzie.
- Poniosło mnie - miał wrażenie, że powinien to powiedzieć, nie wyjaśniając, którą sytuację ma na myśli, bo tak właściwie chodziło o obie.
Całe dwanaście godzin. Może nawet więcej, bo nie mógł stwierdzić, która jest godzina. Teoretycznie wystarczyło spojrzeć na zegarek, ale nie chciał odrywać się od ukochanej, którą ciasno obejmował, bezwiednie gładząc ją po ramieniu.
Nie wątpił, że zostanie odebrany prawdopodobnie w najbardziej przenikliwy sposób jaki istnieje. Tym bardziej nie próbował ubrać tej myśli w słowa, których nie miał.
- Tylko w ostateczności - westchnął ciężko. - To nie jest kategoryczne nie, ale tylko w ostateczności - jeśli nie będzie żadnych innych możliwości, nie chciał kiedykolwiek przeprowadzać takiej rozmowy, bo to znaczyłoby, że nie ma zbyt wiele nadziei na lepsze jutro.
Szczególnie, że zazwyczaj sytuacja stawała się znacznie łatwiejsza dzięki temu, że dźwigali ten ciężar wspólnie, nie musząc pilnować każdego aspektu, nie mając potrzeby oglądania się przez ramię, mogąc skupić się na najlepszym wyniku podejmowanych działań bez obaw, że ktoś wbije im nóż w plecy.
Ufał jej. Może nie obecnie jej osądom, ale we wszystkich innych aspektach w dalszym ciągu miał do niej pełne zaufanie. Z tym, że tu nie chodziło o to czy wierzy Geraldine. Nie miał zbyt wielu wątpliwości, że sytuacja szybko zrobi się paskudna. Chciał, żeby to było na jego zasadach. Jednocześnie z tym, aby po wszystkim mogli na siebie nawzajem patrzeć bez poczucia, że odebrano im także tę cząstkę świętości.
A nie wierzył, że będzie w stanie zachować się lepiej niż poprzednio. Wręcz przeciwnie - prawdopodobnie miało być gorzej, bo teraz już zdawał sobie sprawę z tego, że w tym całym szaleństwie jest metoda. Ta, z której skorzystał raz i której miał użyć kolejny. Hamulce puściły. Nigdy nie były silne, zawsze był porywczy, ale w tym momencie przekroczył jakąś niepisaną granicę, nie czuł się z tym źle, ale go to zmieniało. Nawet w tej chwili czuł się zupełnie inaczej z myślą, że jest w stanie bronić ich lepiej niż Ministerstwo, Brygada Uderzeniowa, Aurorzy.
Z tym, że nie chciał przenosić tego w uświęconą sferę domu a Rina dla niego w niej była. Nie miał problemu z angażowaniem jej w wiele tematów. Na przestrzeni lat trochę rozmyli niektóre granice. Rozmiękczyli strefę prywatności zleceń, ale nie siebie. Dzięki współpracy byli wręcz bardziej skuteczni. Trwalsi i twardsi.
Nie wyobrażał sobie, że mogłoby być inaczej. To była ta nowa rzeczywistość. Mieli swoją rutynę, przyzwyczajenia, nawyki. Tworzyli dom, dwuosobową rodzinę. Dbał o to bardziej niż o cokolwiek innego i wiedział, że ona również (tak, nawet teraz, gdy warczał, że traktuje go mniej poważnie od mugolaków), co było najlepszym możliwym układem sił.
Wpływali na siebie nawzajem, nie było wątpliwości, że to układ na całe życie. Trwalszy od wielu znanych mu aranżowanych małżeństw i formalnych związków. Nawet nie dostrzegł, kiedy przeszedł z tym do porządku dziennego typowego właśnie dla tych oficjalnych par. Nigdy nie przykładał zbyt dużego znaczenia do papierków i publicznych deklaracji. Stawiał na czyny i te prywatne gesty oraz rzadziej słowa.
Wpadł w pułapkę przyzwyczajenia? Dłuższy czas nie myślał o tym, że to możliwe. Raz na samym początku poruszyli ten temat. Określili się, żadne z nich nie naciskało na konwencjonalną drogę. Nie marzyły im się wielkie fety. Od tego czasu niewiele uległo zmianie, prócz tego, że ustabilizowali swój związek. Instynktownie przyjmował, że skoro to działa to nie muszą kłopotać się dla rozrywki obcych osób.
A potem przeszło mu przez myśl, że może jednak powinni? Nie dla obcych a dla siebie, bo to mogło być całkiem satysfakcjonujące. Następne posunięcia były jasne. Nie zajęły mu zbyt długo, skoro już zaczął być tego świadomy. To miała być kwestia czasu.
Aż do tamtego dnia i wszystkich kolejnych po orędziu. Odsunął to w czasie z uwagi na potrzebę podejmowania decyzji o istotniejszych, bo bliższych posunięciach. Chyba postąpił krótkowzrocznie, ale to nie był czas na weryfikowanie tego ani próby odkręcania. Ponownie mieli znacznie poważniejsze sprawy na głowie. Zagrożenie było jawne i bardzo rzeczywiste.
Sami je na siebie sprowadzili. Teraz żrąc się zamiast przyjąć wspólny front. Znowu bardzo słaba zagrywka. Zreflektował się po czasie. Miał do tego nieuświadomione tendencje.
- Mhm - mruknął, kwitując to kiwnięciem głową.
To chyba było coś, czego powinna od niego oczekiwać. Wbrew pozorom nie sprawiało mu satysfakcji odbijanie wszystkich próśb i uwag, które miała wobec niego. Już dawno przestał czuć potrzebę podkreślania swojej niezależności. Niezależnie od sytuacji miał spróbować zachować się zgodnie z oczekiwaniami, przynajmniej na tyle na ile mógł. Nie zawsze to było możliwe, ale częściej niż rzadziej robił to, o co go prosiła lub mu sugerowała.
Był uparty, ale nie do przesady. Nie w przypadku ich relacji. Miała u niego wyjątkowe względy. Był tego świadomy, dawno temu pogodził się z tym i przestał walczyć o wygraną, która tak naprawdę nie byłaby zwycięstwem tylko głupotą krzywdzącą ich oboje.
Pochylił się, żeby rozsznurować buty, bo mimo wszystko nie chciał przeginać. Z doświadczenia wiedział, że można było przymknąć oko na naprawdę wiele. W tym na władowanie się na pościel. Szczególnie w takich sytuacjach, w których to mogło być całkiem usprawiedliwione.
Przynajmniej on byłby w stanie to usprawiedliwić I tym razem wcale nie z uwagi na to, że go to dotyczyło bezpośrednio. Machał ręką na podobne przypadki, dopóki miał pewność, że to niczego nie pogorszy. Pod tym kątem był bardzo tolerancyjny, raczej niekonfliktowy, o ile ktoś nie przesadzał z korzystaniem z przymykania oka.
On nie miał takiego zamiaru. Dostatecznie nadużył swoich wpływów, choć w żadnym momencie nie miał przez to wyrzutów sumienia. Każdy postąpiłby dokładnie tak samo, gdyby miał podobne możliwości a ci, którzy najgłośniej krzyczeli, że by tego nie zrobili zazwyczaj byli pierwszymi do nadmiernego używania władzy.
Wolniej niż to było wskazane, bo chyba kupował sobie tym trochę czasu na uspokojenie rytmu serca, zsunął wysokie buty i ściągnął wierzchnią koszulę. Strzepał ją jednym ruchem, zawiesił na oparciu krzesła, które zajmował przez tyle czasu, że niemal do niego przyrósł.
Po czym bez słowa przysiadł na brzegu łóżka, podciągając się dalej z nogami na pościeli. Instynktownie rozciągnął się przy samym brzegu wąskiego materaca, z którego mógłby spaść, gdyby nie wsunął ramienia pod poduszkę pod plecami dziewczyny, obejmując ją zgodnie z prośbą.
Zajęło mu kilka chwil, żeby się odezwać. Nie zrobił tego od razu. Wpierw przegarnął jej jasne, trochę splątane kosmyki spod pleców na ramię, żeby nie pociągnąć za nie przypadkiem, bo było niewiele miejsca.
- Przepraszam - mruknął we włosy Geraldine, opierając policzek o jej policzek i oddychając powoli, znacznie bardziej miarowo.
Chyba rzeczywiście potrzebował usłyszeć to pytanie, wyjątkowo nie biorąc go za opcję do wyboru (iść czy zostać, objąć ją czy pokręcić głową) tylko za upomnienie, ale właściwe, bardzo na miejscu.
W dalszym ciągu potrafiła go sprowadzić na ziemię. Mimo, że nie szanował jej nieracjonalnych decyzji to wywoływała w nim jego własną odpowiedzialność. Przecież wcale nie chciał zachowywać się, jakby świat już się skończył i wszystko było stracone. Nie było. Tym razem udało im się uniknąć najgorszego. To nie oznaczało, że jest dobrze. Po prostu nie tak źle, żeby nie móc się z tego otrząsnąć.
Niezależnie od tego, co się stało, potrafił odpuścić w chwilach, w których kiedyś całkowicie niepotrzebnie upierałby się przy postępowaniu w zgodzie z jakąś zacietrzewioną, pokazowo chłodną postawą. Nawet taką, której nie wyrażał w głębi duszy.
Nie musiał do końca dnia emanować złością. Szczególnie, że to nazbyt długie milczenie sprawiło, że był bardziej rozbity i rozstrojony, ale nie kierował już tego w stronę Riny. Temat nie umarł śmiercią naturalną. Po prostu został odsunięty na czas nieokreślony. Przynajmniej do momentu, kiedy będą musieli ponownie porozmawiać, bo problem był zbyt poważny, żeby go przemilczać.
Zresztą umówili się, że nie będą tego robić. To powinno szczególnie dotyczyć takich kwestii jak ta. Prawdopodobnie nie istniało nic w znacznie większym stopniu wymagającego rozmowy. Tym razem przeprowadzonej we właściwy sposób. Przynajmniej łudził się, że tak będzie.
- Poniosło mnie - miał wrażenie, że powinien to powiedzieć, nie wyjaśniając, którą sytuację ma na myśli, bo tak właściwie chodziło o obie.
Całe dwanaście godzin. Może nawet więcej, bo nie mógł stwierdzić, która jest godzina. Teoretycznie wystarczyło spojrzeć na zegarek, ale nie chciał odrywać się od ukochanej, którą ciasno obejmował, bezwiednie gładząc ją po ramieniu.
Nie wątpił, że zostanie odebrany prawdopodobnie w najbardziej przenikliwy sposób jaki istnieje. Tym bardziej nie próbował ubrać tej myśli w słowa, których nie miał.
- Tylko w ostateczności - westchnął ciężko. - To nie jest kategoryczne nie, ale tylko w ostateczności - jeśli nie będzie żadnych innych możliwości, nie chciał kiedykolwiek przeprowadzać takiej rozmowy, bo to znaczyłoby, że nie ma zbyt wiele nadziei na lepsze jutro.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down