31.10.2024, 15:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.10.2024, 15:56 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Mogli tak przez cały dzień. Zadziwiające, że tego nie dostrzegała i nadal ciągnęła pyskówkę.
- Lekceważysz mnie twierdząc, że cię lekceważę - odbił z cieniem uśmiechu w kącikach ust, pobłażliwie machnął ręką z papierosem, po czym dodał mimikując ton głosu dziewczyny. - Ale to dobrze - po czym znowu zaciągnął się fajką, wypuszczając kilka kółeczek dymu w kierunku sufitu, w którego stronę i tak wywrócił oczami.
Fakt. Podchodził do niej w ten sposób, ale to nie było żadne wyjątkowe traktowanie. Wcale mu nie podpadła. Tym bardziej, że nie spełniła swoich gróźb i nie poszła do McGonagall (żałosna niesłowność). Nie zrobiła nic, co wytrąciłoby go z równowagi ani sprawiło, że miałaby u niego cokolwiek poza neutralnym nie znam cię, więc obchodzisz mnie tyle co zwyczaje godowe kuropatwy. Raczej nie chciał, żeby bez powodu wyzionęła ducha. Ani się nim stała.
- ...to mielibyśmy tu dwie Marty. Jedną gorszą od drugiej - dokończył za nią, przy czym doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie to miała na myśli.
Rzecz jasna pomógłby jej zanim wyzionęłaby ducha i to nie tylko dlatego, że nie potrzebowali nowej mieszanki Jęczącej Marty z Irytkiem. Co prawda w dalszym ciągu nie poczuwał się do odpowiedzialności za wciąganie ją w nałóg nikotynowy. Miała wybór i chyba potrafiła myśleć (przynajmniej czasami), a on nie wciskał jej papierosów do gardła.
Raczej po prostu nie widział się w roli biernego obserwatora cudzej śmierci. Raczej nie mógłby stać z boku i przyglądać się jak ktoś całkowicie niepotrzebnie umiera. Szczególnie osoba, która w gruncie rzeczy wcale nie była najgorsza. Irytująca, ale nie najgorsza, zwłaszcza, że mogli przez chwilę spuścić z tonu i pomilczeć w czymś na kształt rozejmu. Bardzo krótkiego - warto dodać.
Zaraz znowu zaczęła swoje. Najpierw chciała, żeby opowiadał, później miał przechodzić do rzeczy, ale w następnym kroku to było zbyt mocne uproszczenie historii, a pewnie, gdyby znowu zaczął rozwijać temat to po raz kolejny by się do niego zjebała, że za bardzo to wydłuża. Szczególnie po tym komentarzu, na który parsknął głośno. Nawet tego nie komentował.
- Przekonajmy się - zasugerował z zamiarem dorzucenia jeszcze jakichś kilku mniejszych uszczypliwości, bo zaczęły go bawić te reakcje, ale niemal dokładnie w tym samym momencie rzuciła w niego brudną śnieżką z białego puchu i jego własnego popiołu.
Instynktownie osłonił się wierzchem dłoni. Gra w szkolnej drużynie Quidditcha wyostrzała reakcje. Natomiast niedokładnie, bo mokry, zimny śnieg i tak rozbryzgał się wszędzie dookoła. W tym na twarz Greengrassa, jego włosy i papieros w palcach, który zgasł pod wpływem uderzenia śniegiem.
No teraz to był na nią zły. Nawet bardziej niż zirytowany. Wściekły, bo nie zdążył dopalić drugiej fajki, mógł zaciągnąć się jeszcze kilka razy a teraz nie było żadnego sensu. Zmrużył oczy w wąskie szczeliny, mlasnął językiem o podniebienie i otworzył usta, żeby w kilku niewybrednych słowach uprzedzić dziewuszysko jak bardzo ma przesrane, ale ubiegła go Marta.
Zawodząca, jęcząca, męcząca, dramatyczna Marta Warren w pełnej krasie.
- NIE JESTEM NA TWOJE SPECJALNE ŻYCZENIE! TY NIE JESTEŚ DLA MNIE! NIKT NIGDY NIE MYŚLI O MARCIE! ZAWSZE TYLKO PRZYCHODZĄ JAK DO SIEBIE! NIKT NIE PRZEJMUJE SIĘ TYM, ŻE MOGĘ BYĆ SAMOTNA! NIKT NIE PRZYCHODZI TU DLA MNIE! NO, CHYBA ŻE MNIE OGLĄDAĆ! JAK JAKIŚ EKSPONAT! - Wyła jak syrena przeciwmgielna, miotając się po łazience, jakby nie wystarczyło samo wycie.
- JASNE! ŚMIAŁO, NIE KRĘPUJ SIĘ! PYTAJ O WSZYSTKO!
Ambroise odruchowo spojrzał w kierunku młodej Gryfonki, żeby sprawdzić czy ta ilość sarkazmu rzeczywiście była w stanie do niej nie dotrzeć. Nawet nie przewidywał, że tak szybko zweryfikuje prawdziwość swojej teorii.
- BO KAŻDY ZAWSZE MUSI BYĆ TAAAAKIII SCZEGÓŁOOOOWYYY! TYLKO MAKABRA! IM BARDZIEJ MAKABRYCZNIE TYM DLA WAS LEPIEJ!
Bez wątpienia było w tym wiele prawdy, ale Greengrass nie czuł wyrzutów sumienia z tego powodu. Opowieści z dreszczykiem były tym, co ekscytowało każdego normalnego ucznia Hogwartu. To nie było tak, że rozmawiali wyłącznie o Marcie. Marta nie była aż tak ciekawa za jaką się miała. W innym wypadku odwiedzałyby ją zastępy zaciekawionych ludzi.
- NAWET NIE PRÓBUJECIE ZROZUMIEĆ, JAKIE TO UPOKARZAJĄCE!
Tyrada trwała a on wydął wargi, mimowolnie kiwając głową i wzruszając ramionami. No tak. Rzeczywiście nie próbował tego zrozumieć. Przelotnie spojrzał na blondyneczkę, rzucając jej pytające spojrzenie. Miała więcej empatii dla śmierci? Raczej w to wątpił.
- SIEDZIEĆ TU A POTEM LATAĆ TAM! PATRZEĆ NA SIEBIE I WIDZIEĆ TO!
Sposób, w który wskazała najpierw na siebie a później na kabinę, w której najpewniej wyzionęła ducha nie pozostawiał wątpliwości, co miała na myśli. To musiało być rzeczywiście dziwne. Patrzeć na swoje martwe ciało.
- Nikt nawet nie zareagował z żalem - dodała ciszej, zginając widmowe złączone palce i zwieszając głowę. - Zero rozpaczy, nawet żadnego płaczu. Nikt nawet nie pociągnął po mnie nosem, dopóki nie poinformowano rodziców. Nawet nie posmutniał... ...A TA WSTRĘTNA OLIVIA HORNBY TO NAWET MIAŁA CZELNOŚĆ TU PRZYJŚĆ Z KOLEŻANKAMI! JAK DO JAKIEGOŚ ZOO!
Och. Uroczo.
- Lekceważysz mnie twierdząc, że cię lekceważę - odbił z cieniem uśmiechu w kącikach ust, pobłażliwie machnął ręką z papierosem, po czym dodał mimikując ton głosu dziewczyny. - Ale to dobrze - po czym znowu zaciągnął się fajką, wypuszczając kilka kółeczek dymu w kierunku sufitu, w którego stronę i tak wywrócił oczami.
Fakt. Podchodził do niej w ten sposób, ale to nie było żadne wyjątkowe traktowanie. Wcale mu nie podpadła. Tym bardziej, że nie spełniła swoich gróźb i nie poszła do McGonagall (żałosna niesłowność). Nie zrobiła nic, co wytrąciłoby go z równowagi ani sprawiło, że miałaby u niego cokolwiek poza neutralnym nie znam cię, więc obchodzisz mnie tyle co zwyczaje godowe kuropatwy. Raczej nie chciał, żeby bez powodu wyzionęła ducha. Ani się nim stała.
- ...to mielibyśmy tu dwie Marty. Jedną gorszą od drugiej - dokończył za nią, przy czym doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie to miała na myśli.
Rzecz jasna pomógłby jej zanim wyzionęłaby ducha i to nie tylko dlatego, że nie potrzebowali nowej mieszanki Jęczącej Marty z Irytkiem. Co prawda w dalszym ciągu nie poczuwał się do odpowiedzialności za wciąganie ją w nałóg nikotynowy. Miała wybór i chyba potrafiła myśleć (przynajmniej czasami), a on nie wciskał jej papierosów do gardła.
Raczej po prostu nie widział się w roli biernego obserwatora cudzej śmierci. Raczej nie mógłby stać z boku i przyglądać się jak ktoś całkowicie niepotrzebnie umiera. Szczególnie osoba, która w gruncie rzeczy wcale nie była najgorsza. Irytująca, ale nie najgorsza, zwłaszcza, że mogli przez chwilę spuścić z tonu i pomilczeć w czymś na kształt rozejmu. Bardzo krótkiego - warto dodać.
Zaraz znowu zaczęła swoje. Najpierw chciała, żeby opowiadał, później miał przechodzić do rzeczy, ale w następnym kroku to było zbyt mocne uproszczenie historii, a pewnie, gdyby znowu zaczął rozwijać temat to po raz kolejny by się do niego zjebała, że za bardzo to wydłuża. Szczególnie po tym komentarzu, na który parsknął głośno. Nawet tego nie komentował.
- Przekonajmy się - zasugerował z zamiarem dorzucenia jeszcze jakichś kilku mniejszych uszczypliwości, bo zaczęły go bawić te reakcje, ale niemal dokładnie w tym samym momencie rzuciła w niego brudną śnieżką z białego puchu i jego własnego popiołu.
Instynktownie osłonił się wierzchem dłoni. Gra w szkolnej drużynie Quidditcha wyostrzała reakcje. Natomiast niedokładnie, bo mokry, zimny śnieg i tak rozbryzgał się wszędzie dookoła. W tym na twarz Greengrassa, jego włosy i papieros w palcach, który zgasł pod wpływem uderzenia śniegiem.
No teraz to był na nią zły. Nawet bardziej niż zirytowany. Wściekły, bo nie zdążył dopalić drugiej fajki, mógł zaciągnąć się jeszcze kilka razy a teraz nie było żadnego sensu. Zmrużył oczy w wąskie szczeliny, mlasnął językiem o podniebienie i otworzył usta, żeby w kilku niewybrednych słowach uprzedzić dziewuszysko jak bardzo ma przesrane, ale ubiegła go Marta.
Zawodząca, jęcząca, męcząca, dramatyczna Marta Warren w pełnej krasie.
- NIE JESTEM NA TWOJE SPECJALNE ŻYCZENIE! TY NIE JESTEŚ DLA MNIE! NIKT NIGDY NIE MYŚLI O MARCIE! ZAWSZE TYLKO PRZYCHODZĄ JAK DO SIEBIE! NIKT NIE PRZEJMUJE SIĘ TYM, ŻE MOGĘ BYĆ SAMOTNA! NIKT NIE PRZYCHODZI TU DLA MNIE! NO, CHYBA ŻE MNIE OGLĄDAĆ! JAK JAKIŚ EKSPONAT! - Wyła jak syrena przeciwmgielna, miotając się po łazience, jakby nie wystarczyło samo wycie.
- JASNE! ŚMIAŁO, NIE KRĘPUJ SIĘ! PYTAJ O WSZYSTKO!
Ambroise odruchowo spojrzał w kierunku młodej Gryfonki, żeby sprawdzić czy ta ilość sarkazmu rzeczywiście była w stanie do niej nie dotrzeć. Nawet nie przewidywał, że tak szybko zweryfikuje prawdziwość swojej teorii.
- BO KAŻDY ZAWSZE MUSI BYĆ TAAAAKIII SCZEGÓŁOOOOWYYY! TYLKO MAKABRA! IM BARDZIEJ MAKABRYCZNIE TYM DLA WAS LEPIEJ!
Bez wątpienia było w tym wiele prawdy, ale Greengrass nie czuł wyrzutów sumienia z tego powodu. Opowieści z dreszczykiem były tym, co ekscytowało każdego normalnego ucznia Hogwartu. To nie było tak, że rozmawiali wyłącznie o Marcie. Marta nie była aż tak ciekawa za jaką się miała. W innym wypadku odwiedzałyby ją zastępy zaciekawionych ludzi.
- NAWET NIE PRÓBUJECIE ZROZUMIEĆ, JAKIE TO UPOKARZAJĄCE!
Tyrada trwała a on wydął wargi, mimowolnie kiwając głową i wzruszając ramionami. No tak. Rzeczywiście nie próbował tego zrozumieć. Przelotnie spojrzał na blondyneczkę, rzucając jej pytające spojrzenie. Miała więcej empatii dla śmierci? Raczej w to wątpił.
- SIEDZIEĆ TU A POTEM LATAĆ TAM! PATRZEĆ NA SIEBIE I WIDZIEĆ TO!
Sposób, w który wskazała najpierw na siebie a później na kabinę, w której najpewniej wyzionęła ducha nie pozostawiał wątpliwości, co miała na myśli. To musiało być rzeczywiście dziwne. Patrzeć na swoje martwe ciało.
- Nikt nawet nie zareagował z żalem - dodała ciszej, zginając widmowe złączone palce i zwieszając głowę. - Zero rozpaczy, nawet żadnego płaczu. Nikt nawet nie pociągnął po mnie nosem, dopóki nie poinformowano rodziców. Nawet nie posmutniał... ...A TA WSTRĘTNA OLIVIA HORNBY TO NAWET MIAŁA CZELNOŚĆ TU PRZYJŚĆ Z KOLEŻANKAMI! JAK DO JAKIEGOŚ ZOO!
Och. Uroczo.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down