31.10.2024, 18:11 ✶
Objął Millie, mocno i pewnie tak aby nie miała wątpliwości, że nie miał nic przeciwko temu nawet jeśli miał wrażenie, że w ciągu ostatnich dwudziestu czterechu godzin przekroczyli jakąś dziwną granicę znsjomoścui i znajdowali się obecnie w zupełnie innych rejonach tej przyjaźni. O dziwo nie przeszkadzało mu to. Po prostu jeszcze nie potrafił się w tym odnaleźć, chociaż na pewno byłoby to łatwiejsze, niż gdyby się ze sobą przespali.
– Oh – wyrwało mu się, gdy wreszcie usłyszał co tak naprawdę ją dręczy i przez myśl mu przeszlo, że może przez te wszystkie lata Millie nie próbowała wmówić sobie, jemu i całemu światu, że był gejem tak dla zabawy, a bo szukała pp prostu pewnej konkretnej nici porozumienia pomiędzy ich dwójką. – Najwyraźniej nie są ciebie warci Miles.
Trochę żałował, że Brenna już wyszła. Miał wrażenie, że po prostu nie potrafił pomóc ludziom tak jak tego potrzebowali. Jasne, mógł ich wyleczyć fizycznie, przepisać odpowiedni eliksir, złamać klątwę i wydać zalecenia, ale powiedzieć coś co mogłoby wesprzeć kogoś, kto przechodził przez coś czego sam Basilius nie rozumiał? To było trudne i bał się, naprawdę się bał, że nje potrafił jej pomóc. Ani jej, ani bratu. Zwłaszcza, że u jednego jego próba interwencji skończyła się awanturą, a u niej słowa które miały być miłe wywołały łzy. Wziął głęboki oddech I spojrzał Moody prosto w oczy. Coś przecież musiał powiedzieć prawda?
– Millie ja… – Robił źle, że prosił ją, aby jadła?– Nie wsciskam tobie jedzenia, aby robić ci na złość, lub bo tak chcę. Po prostu nie chcemy, aby coś Ci się stało dobrze? – Martwię się o ciebie, chciał powiedzieć, ale czy już wcześniej od kogoś tego nie słyszała? Czy tylko bardziej nie dobije jej tym stwierdzeniem?
Nie chciał, aby zostawała u Szeptuchy. Po pierwsze był przekonany, że coś z niej jednak będzie, czy raczej że coś już z niej było, ale… Na ile będzie to dobra rada, a na ile znowu coś co jedynie ją zmęczy? Co jeśli po prostu potrzebowała czasu z dala od nich wszystkich? – Zrobisz co będziesz chciała Millie po prostu – wskazał wyłożone karty na stole. – Rzadko mi stawiają tarota, a jeszcze rzadziej zapowiadającego coś pozytywnego, więc po prostu liczę że skoro brzmi on dobrze dla nas obojga to będzie on prawdziwy? – Bardziej zapytał, niż stwierdził. – I nigdy nie byłaś dla nas ciężarem.
– Oh – wyrwało mu się, gdy wreszcie usłyszał co tak naprawdę ją dręczy i przez myśl mu przeszlo, że może przez te wszystkie lata Millie nie próbowała wmówić sobie, jemu i całemu światu, że był gejem tak dla zabawy, a bo szukała pp prostu pewnej konkretnej nici porozumienia pomiędzy ich dwójką. – Najwyraźniej nie są ciebie warci Miles.
Trochę żałował, że Brenna już wyszła. Miał wrażenie, że po prostu nie potrafił pomóc ludziom tak jak tego potrzebowali. Jasne, mógł ich wyleczyć fizycznie, przepisać odpowiedni eliksir, złamać klątwę i wydać zalecenia, ale powiedzieć coś co mogłoby wesprzeć kogoś, kto przechodził przez coś czego sam Basilius nie rozumiał? To było trudne i bał się, naprawdę się bał, że nje potrafił jej pomóc. Ani jej, ani bratu. Zwłaszcza, że u jednego jego próba interwencji skończyła się awanturą, a u niej słowa które miały być miłe wywołały łzy. Wziął głęboki oddech I spojrzał Moody prosto w oczy. Coś przecież musiał powiedzieć prawda?
– Millie ja… – Robił źle, że prosił ją, aby jadła?– Nie wsciskam tobie jedzenia, aby robić ci na złość, lub bo tak chcę. Po prostu nie chcemy, aby coś Ci się stało dobrze? – Martwię się o ciebie, chciał powiedzieć, ale czy już wcześniej od kogoś tego nie słyszała? Czy tylko bardziej nie dobije jej tym stwierdzeniem?
Nie chciał, aby zostawała u Szeptuchy. Po pierwsze był przekonany, że coś z niej jednak będzie, czy raczej że coś już z niej było, ale… Na ile będzie to dobra rada, a na ile znowu coś co jedynie ją zmęczy? Co jeśli po prostu potrzebowała czasu z dala od nich wszystkich? – Zrobisz co będziesz chciała Millie po prostu – wskazał wyłożone karty na stole. – Rzadko mi stawiają tarota, a jeszcze rzadziej zapowiadającego coś pozytywnego, więc po prostu liczę że skoro brzmi on dobrze dla nas obojga to będzie on prawdziwy? – Bardziej zapytał, niż stwierdził. – I nigdy nie byłaś dla nas ciężarem.