31.10.2024, 23:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.10.2024, 23:46 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Tak właściwie to zaczynali od naprawdę bardzo niskiej stopy koleżeńskiej. Gdyby była Ślizgonką lub Krukonką już dawno stwierdziłby, że działała mu na nerwy dokładnie tak jak wszystkie przedstawicielki tych dwóch godnych pożałowania domów. Jedynie do Puchonów nic nie miał. Często nawet szacunku.
Tak właściwie to blondyneczka wyglądała mu na kogoś, kto bardzo chciał się dostać do Ravenclawu, ale jej tam nie przyjęli, bo Tiara Przydziału zbyt mocno śmiała się z tego pomysłu. Ślizgoni również mieli swoje standardy a ona wbrew pozorom nie wyglądała na tak okropną, żeby je spełnić. Po prostu była rozszczekanym dzieciakiem wywołującym zawroty głowy od wywracania oczami.
- Duchy nie mają aż takiego wyboru, głupia. Nie słuchałaś tego, co ma do powiedzenia Prawie Bezgłowy Nick? - Skrzywił się, łypiąc na nią z politowaniem. - Poza tym ty pewnie byłabyś poltergeistem a to już inna sprawa. Takie duchy się wypędza. Naprawdę niemiłymi spodobami - podkreślił dla dramaturgii, choć tak naprawdę chuja się znał na wszystkim, co dotyczyło Zasłony, styku świata żywych i umarłych, no, ogólnie to nie były jego tematu i niespecjalnie czuł ten klimat.
- Właściwie to im dłużej mówisz o umieraniu, tym bardziej sądzę, że mógłbym zaryzykować - poinformował ją, bo robiła się naprawdę powtarzalna z tym swoim prawdopodobieństwem wyzionięcia ducha.
Albo to robiła, albo nie. Nie miał zamiaru deklarować rzucenia się na pomoc, jeśli tego po nim oczekiwała. Mogła spodziewać się dosłownie wszystkiego. Ambroise cenił sobie własną nieprzewidywalność. To dawało mu niezłe predyspozycje do gry w Quidditcha, bo o ile zazwyczaj trzymał się ustalonych strategii to lubił mieć ten element zaskoczenia. Niełatwo go było wyprowadzić w pole albo zbić z tropu.
Wręcz się tym szczycił, stąd kiedy śnieżka z syfu z parapetu prawie zetknęła się z jego nosem miał ochotę zachować się w równie paskudny i mało wyrafinowany sposób, co Pannica. Miał co najmniej kilka możliwości, które niemal od razu pojawiły się u niego w głowie. Każda była lepsza od poprzedniej i żadna, zdecydowanie żadna nie dotyczyła Marty. To blondyneczka usiłowała zdać się na ducha, który ewidentnie miał inne plany.
Te wszystkie krzyki, jęki i zawodzenia naprawdę przyprawiały o ból uszu. Nie zatkał ich wyłącznie dlatego, że nie był mięczakiem. Z tej samej racji nie ruszył się z parapetu, mimo że nie zamierzał więcej palić. Miał ograniczoną ilość papierosów, przy czym dwa stracił w przypływie koleżeństwa, którego teraz żałował. No i z tego wszystkiego McGonagall byłaby znacznie lepsza. Ona przynajmniej nie darła się jak pojebana, bo mogła zedrzeć sobie gardło. Duchy chyba nie mogły. Ich struny głosowe miały wprost nieograniczone możliwości.
- ELEMENTY?! - Jeśli to było w ogóle możliwe to właśnie przeskoczyła w jeszcze głośniejszy pisk pełen jawnego wyrzutu, który dosłownie sprawiał, że bębenki uszu były bliskie krwawienia. - ELEMENTY?! TO JUŻ NAWET NIE JESTEM PEŁNOPRAWNĄ RZECZĄ TYLKO ELEMENTEM?! FRAGMENTEM WYPOSAŻENIA ŁAZIENKI, TAK?! MARTA, CZĘŚĆ DAMSKIEJ UBIKACJI! JAK KRAN! JAK UMYWALKA?! MOŻE JESZCZE JAK TOALETA, TAK?! JAKBY TO BYŁO CAŁĄ MOJĄ OSOBOWOŚCIĄ! TO, ŻE TU ZGINĘŁAM WCALE NIE ZNACZY, ŻE MACIE PRAWO MNIE TAK TRAKTOWAĆ, WY, WY, WY - jednoznacznie brakowało jej określenia, które mogłaby uznać za dostatecznie dobitne, więc zamiast tego podjęła decyzję o daniu nura w odpływ umywalki, rozbryzgując zatrzymaną tam wodę.
To mógłby być koniec ich pasjonującej dyskusji z duchem, szczególnie że nie wyglądało na to, żeby Marta zwróciła uwagę na dalsze słowa jakże dyskretnej Gryfonki, jednak Ambroise wiedział swoje. Zaraz miała znowu wypłynąć z jakiegoś innego miejsca, może nawet z tej wspomnianej toalety, bo padło coś, czemu nie była w stanie odpuścić.
- Słynne ostatnie słowa - zawyrokował odwzajemniając spojrzenie blondynki, ale tym razem jednoznacznie dawał jej do zrozumienia, że popełniła błąd.
Stara jak świat przestroga traktowała o tym, żeby nie pytać Jęczącej Marty o tamtą noc, bo wtedy działy się różne dziwne rzeczy. Co prawda nikt nigdy nie mówił, co to takiego było, ale z wyrazów twarzy ludzi, którzy o tym wspominali dało się wywnioskować, że nie warto było podejmować ryzyka dowiedzenia się na własną rękę. A znając tego ducha, Ambroise nie miał ochoty podnosić rękawicę.
No cóż. Gadatliwa koleżanka zrobiła to za nich oboje.
- Dlaczego umarłam? Przez Olivię Hornby, rzecz jasna! - Rozległo się od strony jednej z kabin.
Nie trzeba było zbyt długo czekać - Marta z kolejnym pluskiem wyłoniła się ze swojej ubikacji, zawisając nad kałużą wody i obdarzając ich nieprzychylnym, ale gotowym na rozwinięcie spojrzeniem. Bez wątpienia lubiła temat tego, jakim okropnym dziewuszyskiem była tamta dziewczyna.
- Tamtej nocy traktowała mnie wyjątkowo okropnie. Nawet jak na nią. A nigdy nie była taka za jaką się uważała! - Pociągnęła nosem, jakby potrzebowała się wysmarkać, przecierając oczy widmową szatą. - Dementor w ludzkiej skórze! Wiem, co mówię! - Podkreśliła, przysiadając na brzegu jednej z umywalek i wbiła wzrok w Geraldine. - Tak właściwie to trochę wyglądasz jak ona - zawyrokowała z nagłą podejrzliwością.
Tak właściwie to blondyneczka wyglądała mu na kogoś, kto bardzo chciał się dostać do Ravenclawu, ale jej tam nie przyjęli, bo Tiara Przydziału zbyt mocno śmiała się z tego pomysłu. Ślizgoni również mieli swoje standardy a ona wbrew pozorom nie wyglądała na tak okropną, żeby je spełnić. Po prostu była rozszczekanym dzieciakiem wywołującym zawroty głowy od wywracania oczami.
- Duchy nie mają aż takiego wyboru, głupia. Nie słuchałaś tego, co ma do powiedzenia Prawie Bezgłowy Nick? - Skrzywił się, łypiąc na nią z politowaniem. - Poza tym ty pewnie byłabyś poltergeistem a to już inna sprawa. Takie duchy się wypędza. Naprawdę niemiłymi spodobami - podkreślił dla dramaturgii, choć tak naprawdę chuja się znał na wszystkim, co dotyczyło Zasłony, styku świata żywych i umarłych, no, ogólnie to nie były jego tematu i niespecjalnie czuł ten klimat.
- Właściwie to im dłużej mówisz o umieraniu, tym bardziej sądzę, że mógłbym zaryzykować - poinformował ją, bo robiła się naprawdę powtarzalna z tym swoim prawdopodobieństwem wyzionięcia ducha.
Albo to robiła, albo nie. Nie miał zamiaru deklarować rzucenia się na pomoc, jeśli tego po nim oczekiwała. Mogła spodziewać się dosłownie wszystkiego. Ambroise cenił sobie własną nieprzewidywalność. To dawało mu niezłe predyspozycje do gry w Quidditcha, bo o ile zazwyczaj trzymał się ustalonych strategii to lubił mieć ten element zaskoczenia. Niełatwo go było wyprowadzić w pole albo zbić z tropu.
Wręcz się tym szczycił, stąd kiedy śnieżka z syfu z parapetu prawie zetknęła się z jego nosem miał ochotę zachować się w równie paskudny i mało wyrafinowany sposób, co Pannica. Miał co najmniej kilka możliwości, które niemal od razu pojawiły się u niego w głowie. Każda była lepsza od poprzedniej i żadna, zdecydowanie żadna nie dotyczyła Marty. To blondyneczka usiłowała zdać się na ducha, który ewidentnie miał inne plany.
Te wszystkie krzyki, jęki i zawodzenia naprawdę przyprawiały o ból uszu. Nie zatkał ich wyłącznie dlatego, że nie był mięczakiem. Z tej samej racji nie ruszył się z parapetu, mimo że nie zamierzał więcej palić. Miał ograniczoną ilość papierosów, przy czym dwa stracił w przypływie koleżeństwa, którego teraz żałował. No i z tego wszystkiego McGonagall byłaby znacznie lepsza. Ona przynajmniej nie darła się jak pojebana, bo mogła zedrzeć sobie gardło. Duchy chyba nie mogły. Ich struny głosowe miały wprost nieograniczone możliwości.
- ELEMENTY?! - Jeśli to było w ogóle możliwe to właśnie przeskoczyła w jeszcze głośniejszy pisk pełen jawnego wyrzutu, który dosłownie sprawiał, że bębenki uszu były bliskie krwawienia. - ELEMENTY?! TO JUŻ NAWET NIE JESTEM PEŁNOPRAWNĄ RZECZĄ TYLKO ELEMENTEM?! FRAGMENTEM WYPOSAŻENIA ŁAZIENKI, TAK?! MARTA, CZĘŚĆ DAMSKIEJ UBIKACJI! JAK KRAN! JAK UMYWALKA?! MOŻE JESZCZE JAK TOALETA, TAK?! JAKBY TO BYŁO CAŁĄ MOJĄ OSOBOWOŚCIĄ! TO, ŻE TU ZGINĘŁAM WCALE NIE ZNACZY, ŻE MACIE PRAWO MNIE TAK TRAKTOWAĆ, WY, WY, WY - jednoznacznie brakowało jej określenia, które mogłaby uznać za dostatecznie dobitne, więc zamiast tego podjęła decyzję o daniu nura w odpływ umywalki, rozbryzgując zatrzymaną tam wodę.
To mógłby być koniec ich pasjonującej dyskusji z duchem, szczególnie że nie wyglądało na to, żeby Marta zwróciła uwagę na dalsze słowa jakże dyskretnej Gryfonki, jednak Ambroise wiedział swoje. Zaraz miała znowu wypłynąć z jakiegoś innego miejsca, może nawet z tej wspomnianej toalety, bo padło coś, czemu nie była w stanie odpuścić.
- Słynne ostatnie słowa - zawyrokował odwzajemniając spojrzenie blondynki, ale tym razem jednoznacznie dawał jej do zrozumienia, że popełniła błąd.
Stara jak świat przestroga traktowała o tym, żeby nie pytać Jęczącej Marty o tamtą noc, bo wtedy działy się różne dziwne rzeczy. Co prawda nikt nigdy nie mówił, co to takiego było, ale z wyrazów twarzy ludzi, którzy o tym wspominali dało się wywnioskować, że nie warto było podejmować ryzyka dowiedzenia się na własną rękę. A znając tego ducha, Ambroise nie miał ochoty podnosić rękawicę.
No cóż. Gadatliwa koleżanka zrobiła to za nich oboje.
- Dlaczego umarłam? Przez Olivię Hornby, rzecz jasna! - Rozległo się od strony jednej z kabin.
Nie trzeba było zbyt długo czekać - Marta z kolejnym pluskiem wyłoniła się ze swojej ubikacji, zawisając nad kałużą wody i obdarzając ich nieprzychylnym, ale gotowym na rozwinięcie spojrzeniem. Bez wątpienia lubiła temat tego, jakim okropnym dziewuszyskiem była tamta dziewczyna.
- Tamtej nocy traktowała mnie wyjątkowo okropnie. Nawet jak na nią. A nigdy nie była taka za jaką się uważała! - Pociągnęła nosem, jakby potrzebowała się wysmarkać, przecierając oczy widmową szatą. - Dementor w ludzkiej skórze! Wiem, co mówię! - Podkreśliła, przysiadając na brzegu jednej z umywalek i wbiła wzrok w Geraldine. - Tak właściwie to trochę wyglądasz jak ona - zawyrokowała z nagłą podejrzliwością.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down