Bertrand, Bertrand, B e r t r a n d. Całkiem przyjemnie brzmiało imię nieznajomego, chociaż tak kontrastowało z jego niemal całkowicie skrytą twarzą. Rowle to w ogóle nie ciekawiło ani nie martwiło, bo była zbyt skupiona na tym, żeby dotrzymać sobie samej kroku w sferze fizycznej i psychicznej.
Marsz był wyczerpujący, a uszli dopiero ze sto metrów, może trochę więcej. Rowle zdążyła w tym czasie spocić się, jakby niosła niuchacza po rabunku w Banku Gringotta. O zmęczeniu nie wspominając, bo nie dość, że przez ciągłe pociąganie nosem brakło jej tchu, to jeszcze, co drugi krok, do oczu cisnęły się łzy. Atakowały raz po raz z myślami o samotności i o tym, że (nie)znajomy Bertrand może ją porzucić w mgnieniu oka. I co wtedy? Jak sobie poradzi tak całkowicie sama i opuszczona? Gdzie znajdzie odrobinę ciepła?
Znowu pociągnęła nosem i głośno wypuściła powietrze ustami. Naprawdę to zmęczenie było niepodobne do niczego. Rowle nie paliła papierosów, ani opium, może ostatnio trochę częściej sięgała do szklanki z ognistymi trunkami, ale nie na tyle często, by przejście tych set metrów sprawiało taką trudność. Cieszyła się naprawdę dużą wytrzymałością i nie gorszą sprawnością fizyczną.
— Nnie… Nie trzeba. — pokręciła głową, odmawiając dodatkowej warstwy odzienia.Organizm walczył z gorącem, a jej umysł z zimnem, co prowadziło do zupełnego pogubienia się w tym, co odczuwała.
Na razie myślała o tym, by się zatrzymać, położyć, zwinąć w kłębek i tak zostać, by polecieć w dół, po spirali smutku i samotności, prosto do paszczy zrezygnowania i totalnego bezsensu istnienia. To była tak pociągająca wizja, że powoli zaczęła wytracać prędkość i rozglądać się w koło, jakby szukała miejsca, by uwić gniazdko rozpaczy.
Całe szczęście czarodziej, na którego trafiła, wiedział, z czym mają do czynienia i tą wiedzą się podzielił. Może niewiele w jej głowie zostawało z tego, co mówił, ale krótki wykład o samotniczkowym oddziaływaniu skutecznie odciągał ją rozpraszał w planach o wiciu gniazdka.
— Py… Pyłek kwia…towy. —powtórzyła i chwyciła jego rękę mocniej, po noga przy jednym z kroków wymigała się od utrzymania ciężaru Olbrzymki.— Wola… Wolałabym obs…obserwować te kwiaty z. Z daleka. — podjęła, kiedy czarodziej skończył mówić o warunkach, jakie sprawca całego zdarzenia potrzebuje, żeby… Żeby siać spustoszenie w umyśle kogoś takiego jak Regina.
— Długo t…to będzie trwało?
Chwila oświecenia pozwoliła na zadanie tego wybitnego pytania. Zaraz potem znowu zalała ją fala wyciskających łez wspomnień i smutków.
Nie miała sił, ani przestrzeni w swoim chwilowo niedysponowanym umyśle, na to, by zastanawiać się, czy dobrze, że na kogoś trafiła i czy trafiła na kogoś dobrego. W tych okolicach było to wątpliwe, a niejaki Bertrand mógł być handlarzem albo kłusownikiem, na którego niedawno czekała w krzakach. Teraz za to prowadził ją wcale nie do wioski, ale na przykład gdzieś, gdzie będzie mógł się jej spokojnie pozbyć. Albo na przykład zwęszył w tym wszystkim interes, bo pierwsza rzucona przez niego cena za pomoc była zaporowa. Więc teraz mógł ją prowadzić gdzieś, gdzie nie tylko oskubie ją ze wszystkiego, co ma przy sobie cenne, ale jeszcze zażąda dodatkowych pieniędzy. Chyba powiedziała mu swoje nazwisko? Nie mogła sobie przypomnieć. Mózg nie współpracował z nią na żadnym poziomie.
Z drugiej strony wystarczyło, żeby ją zostawił. Jeżeli strzępki informacji, które przebijały się przez otępiony umysł, dobrze interpretowała, to ten pyłek z samotniczki mógł ją doprowadzić do szaleństwa i skończyłaby jako wiedźma równie nawiedzona, jak ten las, a on mógłby od całej sprawy umyć ręce.
— Za...zatrzymajmy się na... chwilę, proszę?Nie czekając na jego odpowiedź, przystanęła, oddychając ciężko. Nadal było jej zimno, nadal czuła wkradającą się do serca czarną rozpacz, a do wszystkiego doszło teraz zmęczenie.
— Tylko... Tylko chwilę. — wytłumaczyła, licząc na to, że oszuka samą siebie i w jedno "Na brodę Merlina!" ruszą dalejNabrała w płuca świeżego powietrza i zatrzymała je na parę sekund. Czasem to pomagało osadzić się w danym miejscu i momencie i często to robiła, kiedy czuła, że emocje biorą górę.
— Mo... Możemy jeszcze porozmawiać? — spytała po tym, jak na nowo zaczęła oddychać. — To pomagało.Poczuła, że musi mu wytłumaczyć, czemu chce kontynuować ich rozmowę, pomimo swojego bardzo ograniczonych możliwości do składnego wyrażania się. Głos mężczyzny, czego normalnie nie przyznałaby nawet przed samą sobą, był kojący i w połączeniu z tematami o magicznej florze i faunie nie pozwalało na rozszalenie się rozpaczy w jej głowie.
Przełknęła głośno ślinę, licząc, że przełknie też gulę, tak typową dla płaczu, ale ta zagościła w gardle na dobre i ani myślała się stamtąd ruszać. Przynajmniej na razie, więc nieco ściśniętym głosem spytała:
— I...interesuje-esz się bo...botaniką? Sa-samotniczka jest do czegoś wy...wykorzystywana?Na czapę Merlina, niech nie ocenia wybranego przez Reginę kierunku rozmowy.