Podsunęła Szyszkowi jeszcze dwa smaczki i zaraz złapała go pewnie, nie zważając na to, że kotu może się to nie spodobać. Ale kot podszedł to tego całkiem ufnie jak na to, że była nieznajomą, zapewne pomagał fakt istnienia smaczków, że bał się sam zejść z wysokiego drzewa i że miała w sobie coś kociego. Przycisnęła go do swojej piersi, obejmując ramieniem, w drugiej ręce trzymając różdżkę, chociaż trochę niezdarnie przez tę dziwaczną formę pośrednią, ale wolała w takiej sytuacji nie odmieniać się całkowicie, nie, gdy Thomas wyciągnął swoją różdżkę, a ona i Szyszek zaraz unieśli się w powietrze (bo kot już nie zapierał się i nie trzymał gałęzi, a Ginny też już tego nie robiła, czując, jak oplata ją magia.
Musiała wyglądać śmiesznie (albo przerażająco) – z kocimi uszami na całkiem ludzkiej głowie, futrem tu i tam, wielkimi na wpół kocimi, na wpół ludzkimi dłońmi, ogonem zwisającym spod koszuli… Nora jednak nie wołała, że idą mugole, a Ginny i tak nie wiedziała, kto tu jest czarodziejem, a kto nie… w każdym razie było chyba czysto.
– Dzięki – powiedziała do Thomasa i puściła mu oko, po czym zbliżyła się do Nory, by w jej ręce wręczyć biednego, przestraszonego Szyszka. – Wydaje mi się, że się bał, bo było za wysoko, a koty pod tym względem nie są najsprytniejsze… Wlazł i nie wiedział jak zejść… Chyba – chociaż to jego zachowanie… Może się czegoś przestraszył?
Zaraz zresztą wróciła do swojej całkowicie ludzkiej postaci, nie chcąc kusić losu. Dłonią przeczesała długie, zmierzwione teraz włosy, a różdżkę schowała do kieszeni. Zadarła jeszcze głowę, parząc na te wysokie gałęzie od dołu.