21.01.2023, 18:14 ✶
Thomas z czasem też przestał się bać świata, do którego trafił, zdał sobie sprawę, że nienawiść tak o po prostu nie zniknie, jeśli będzie schodził z oczu, że ludzie, którzy rozsmakowali się w przemocy, nie odpuszczą. A, że zawsze był trochę do tyłu z zaklęciami nieuczonymi konwencjonalnie w Hogwarcie, tak jego głównym atutem stała się czysta fizyczna siła i pięści. Dopiero potem nauczył się pojedynkować, sprawiając, że zaczęto czuć do niego większy respekt. Nie, żeby udawało mu się unikać kolejnych siniaków i urazów, bo zawsze, tak jak Ger, pakował się w kłopoty w imię sprawiedliwości. Co patrząc na jego zawód, pozostało mu do dziś.
Zabawne, jak z czasem podobni stali się do siebie. Albo zawsze byli, choć żadne z nich tego nie dostrzegało, co właśnie mogło być powodem tych wszystkich napięć. Mieli podobne charaktery, oba burzliwe, do tego mierzyli się z podobnymi problemami. Nieświadomie potrafili przez to rzucić najbardziej krzywdzące siebie słowa, tak samo woleli załatwiać sprawy za pomocą czynów, a nierozumiane uczucia, które nimi targały i których bali się wyznać, tylko pogarszały sprawę. Teraz jednak mogli dzięki temu wszystkiemu lepiej się zrozumieć. Jeśli tylko zechcą.
Zaśmiał się, gdy mówiła o swoim bracie. Nawet nie wyobrażała sobie, jak dobrze wiedział, o czym mówiła.
- Mam piątkę rodzeństwa, nie musisz nic więcej mówić. To ile razy rzucaliśmy się na siebie, to wiemy tylko my, bo przed rodzicami staraliśmy się kryć. Zresztą, nie tylko wszczynaliśmy między sobą bójki. Siniaki znikały i nikt za długo o nich nie pamiętał. Najgorsze jednak był te kłótnie, w których raniliśmy się słowami. Tych ran nie widać, a są chyba najgorsze. - Zamyslił się na chwilę. - Dobrze w sumie, że moi rodzice nie umieli wysyłać wyjców - przyznał nagle. - Nie mogę sobie wyobrazić, jaki to musiał być wtedy wstyd. Teraz bym chyba nawet się ucieszył, oznaczałoby, że się martwią. - Wzruszył ramionami. Rzadko do niego pisali, nie rozumiejąc, czemu po prostu nie mogli na przykład zadzwonić do niego. Zresztą, nawet w Hogwarcie ich listy nie przychodziły za często, a jeśli już, to głównie mówili, co się działo na farmie. Rzucali rady, co powinien zrobić, gdy wróci z tej swojej magicznej szkoły. Mało kiedy pytali co u niego, może poza próbą dowiedzenia się, czy jest zdrowy, czy dobrze je i czy już nie zatęsknił za domem. Dla niektórych było to już i tak całkiem dużo. Opowiadał o szkole, o przyjaciołach, grze, ocenach. A jednak nigdy nie mógł w tę rozmowę wciągnąć, dostając tylko zdawkowe reakcje. Po pewnym czasie się poddał, oni widocznie też.
Wzruszył ramionami na wzmiankę o niesprawiedliwości.
- Może dlatego, że mój napastnik skończył gorzej ode mnie. Zresztą, w Hogwarcie zawsze karali każdego, kto dopuścił się przemocy, nawet jeśli to była obrona własna. Według nauczycieli mieliśmy chyba dać ciskać w siebie klątwami, bo walki są złe. Jakby sami nie chodzili do tej szkoły i nie wiedzieli, jak wyglądają jej korytarze, gdy nikt nie patrzy. - W jego głosie nie było słyszeć złości, raczej coś bliższego smutkowi. Czasami miał wrażenie, że udało mu się poznać też te najgorsze warstwy Szkoły Magii i Czarodziejstwa, gdzie wielu nie było ich świadomych. Wszystko przez jego krew.
Rozmowa zaczęła coraz bardziej zmierzać na tory, w których badali siebie nawzajem, próbowali wyczuć kłębiące się w nich uczuciach, odgadnąć, czy ich myśli szły w tym samym kierunku. Ich słowa czasem niechcący opuszczały ich usta, czasem świadomie zaczepiali, grając w grę, w której dopiero co ustalali zasady.
- Też nie zamierzam znikać, na pewno nie teraz - i nie chodziło tylko o ten pub. Chciał skorzystać z szansy danej mu przez los. Nie spodziewał się, że kiedyś ją co prawda dostanie, teraz jednak nie zamierzał zamiatać pod dywan tego, co powoli się działo w tym trochę dusznym, cichym pomieszczeniu, nad tymi kuflami piwa i paczkami papierosów.
Tym bardziej że niemal się zakrztusił piwem, gdy Ger pewnie nieświadomie, rzuciła komentarz, którego nie mógł nie wykorzystać. Obudziła się w nim pewna psotna nuta, która pierwszy raz zakiełkowała wtedy w Hogwarcie, gdy się z nią droczył. Bał się, że może przesadzić, nie mógł jednak tego powstrzymać.
- Too… - zaczął lekko niepewnie. - Sądzisz, że jestem idealny? - zapytał, uśmiech błąkał mu się po ustach, choć w jego żołądku pojawił się jakiś dziwny ciężar, gdy tak czekał na jej odpowiedź.
- Wiesz, możemy się razem wybrać gdzieś razem na piwo, nad jakieś jezioro, albo coś - zaproponował, mając nadzieję, że kobieta się zgodzi. Cieszył się, że znajdował kolejne podobieństwa między nimi. Trochę się bał, że nagle okaże się, że kompletnie do siebie nie pasują, z każdą chwilą jednak czuł zupełnie inaczej.
Klimat na chwilę stał się bardziej smętny, wszystko przez jego brak pohamowania dla tego, co mówił. Znów wzruszył ramionami, jakby próbując samego siebie przekonać, że to nic takiego. Że przecież to, że raz prawie stracił przez tę całą ideologię życie, nic nie znaczy. Że przecież wcale nie mieszkał z Longbottomami tylko dlatego, że ktoś może znów ponowić próbę ataku na niego.
- Wiesz, to nie tak, że to tylko ja, wiele osób cierpi przez to, co się dzieje. - Jego ręka drgnęła, gdy dłoń Ger się zbliżyła. Trochę żałował, że ta się powstrzymała. Lubił ludzki dotyk i komfort, który ten przynosił. Nie bał się przytulić na pocieszenie, przywitanie, czy też w ramach okazania przyjaźni. Szanował jednak granice innych, więc nigdy się nie narzucał. - Uważam na tyle, ile się da, choć wiesz, praca zobowiązuje. - Uśmiechnął się, choć w jego twarzy było coś smutnego, nie ważnie, jak bardzo chciał to zamaskować. - Ty też musisz jednak być ostrożna. Szczególnie gdy wyjeżdżasz. Nie rób tego sama, tak na wszelki wypadek - dodał, bo czuł, że w tej chwili, wiadomość, że coś jej się stało, zabolałaby znacznie mocniej, niż jeszcze dzień wcześniej.
Udało im się jednak w miarę szybko otrząsnąć i znów przejść do normalnej konwersacji, bez niepotrzebnego smęcenia. Wolał słuchać śmiechu Gerry, niż oglądać jej zmartwioną twarz.
- Naprawdę? Bo wcześniej wykazywałaś znaczne zainteresowanie tymi moimi kajdankami - przypomniał jej, mając nadzieję, że ta nie wyjdzie teraz, trzaskając drzwiami. - Chętnie jednak wybiorę się gdzieś z tobą, ot, dla przygody - dodał więc szybko, czując, jak jednak mrowią go policzki. Te cholerne kajdanki chodziły za nim naprawdę cały dzień, nic więc dziwnego, że musiał coś o nich wypalić.
Zabawne, jak z czasem podobni stali się do siebie. Albo zawsze byli, choć żadne z nich tego nie dostrzegało, co właśnie mogło być powodem tych wszystkich napięć. Mieli podobne charaktery, oba burzliwe, do tego mierzyli się z podobnymi problemami. Nieświadomie potrafili przez to rzucić najbardziej krzywdzące siebie słowa, tak samo woleli załatwiać sprawy za pomocą czynów, a nierozumiane uczucia, które nimi targały i których bali się wyznać, tylko pogarszały sprawę. Teraz jednak mogli dzięki temu wszystkiemu lepiej się zrozumieć. Jeśli tylko zechcą.
Zaśmiał się, gdy mówiła o swoim bracie. Nawet nie wyobrażała sobie, jak dobrze wiedział, o czym mówiła.
- Mam piątkę rodzeństwa, nie musisz nic więcej mówić. To ile razy rzucaliśmy się na siebie, to wiemy tylko my, bo przed rodzicami staraliśmy się kryć. Zresztą, nie tylko wszczynaliśmy między sobą bójki. Siniaki znikały i nikt za długo o nich nie pamiętał. Najgorsze jednak był te kłótnie, w których raniliśmy się słowami. Tych ran nie widać, a są chyba najgorsze. - Zamyslił się na chwilę. - Dobrze w sumie, że moi rodzice nie umieli wysyłać wyjców - przyznał nagle. - Nie mogę sobie wyobrazić, jaki to musiał być wtedy wstyd. Teraz bym chyba nawet się ucieszył, oznaczałoby, że się martwią. - Wzruszył ramionami. Rzadko do niego pisali, nie rozumiejąc, czemu po prostu nie mogli na przykład zadzwonić do niego. Zresztą, nawet w Hogwarcie ich listy nie przychodziły za często, a jeśli już, to głównie mówili, co się działo na farmie. Rzucali rady, co powinien zrobić, gdy wróci z tej swojej magicznej szkoły. Mało kiedy pytali co u niego, może poza próbą dowiedzenia się, czy jest zdrowy, czy dobrze je i czy już nie zatęsknił za domem. Dla niektórych było to już i tak całkiem dużo. Opowiadał o szkole, o przyjaciołach, grze, ocenach. A jednak nigdy nie mógł w tę rozmowę wciągnąć, dostając tylko zdawkowe reakcje. Po pewnym czasie się poddał, oni widocznie też.
Wzruszył ramionami na wzmiankę o niesprawiedliwości.
- Może dlatego, że mój napastnik skończył gorzej ode mnie. Zresztą, w Hogwarcie zawsze karali każdego, kto dopuścił się przemocy, nawet jeśli to była obrona własna. Według nauczycieli mieliśmy chyba dać ciskać w siebie klątwami, bo walki są złe. Jakby sami nie chodzili do tej szkoły i nie wiedzieli, jak wyglądają jej korytarze, gdy nikt nie patrzy. - W jego głosie nie było słyszeć złości, raczej coś bliższego smutkowi. Czasami miał wrażenie, że udało mu się poznać też te najgorsze warstwy Szkoły Magii i Czarodziejstwa, gdzie wielu nie było ich świadomych. Wszystko przez jego krew.
Rozmowa zaczęła coraz bardziej zmierzać na tory, w których badali siebie nawzajem, próbowali wyczuć kłębiące się w nich uczuciach, odgadnąć, czy ich myśli szły w tym samym kierunku. Ich słowa czasem niechcący opuszczały ich usta, czasem świadomie zaczepiali, grając w grę, w której dopiero co ustalali zasady.
- Też nie zamierzam znikać, na pewno nie teraz - i nie chodziło tylko o ten pub. Chciał skorzystać z szansy danej mu przez los. Nie spodziewał się, że kiedyś ją co prawda dostanie, teraz jednak nie zamierzał zamiatać pod dywan tego, co powoli się działo w tym trochę dusznym, cichym pomieszczeniu, nad tymi kuflami piwa i paczkami papierosów.
Tym bardziej że niemal się zakrztusił piwem, gdy Ger pewnie nieświadomie, rzuciła komentarz, którego nie mógł nie wykorzystać. Obudziła się w nim pewna psotna nuta, która pierwszy raz zakiełkowała wtedy w Hogwarcie, gdy się z nią droczył. Bał się, że może przesadzić, nie mógł jednak tego powstrzymać.
- Too… - zaczął lekko niepewnie. - Sądzisz, że jestem idealny? - zapytał, uśmiech błąkał mu się po ustach, choć w jego żołądku pojawił się jakiś dziwny ciężar, gdy tak czekał na jej odpowiedź.
- Wiesz, możemy się razem wybrać gdzieś razem na piwo, nad jakieś jezioro, albo coś - zaproponował, mając nadzieję, że kobieta się zgodzi. Cieszył się, że znajdował kolejne podobieństwa między nimi. Trochę się bał, że nagle okaże się, że kompletnie do siebie nie pasują, z każdą chwilą jednak czuł zupełnie inaczej.
Klimat na chwilę stał się bardziej smętny, wszystko przez jego brak pohamowania dla tego, co mówił. Znów wzruszył ramionami, jakby próbując samego siebie przekonać, że to nic takiego. Że przecież to, że raz prawie stracił przez tę całą ideologię życie, nic nie znaczy. Że przecież wcale nie mieszkał z Longbottomami tylko dlatego, że ktoś może znów ponowić próbę ataku na niego.
- Wiesz, to nie tak, że to tylko ja, wiele osób cierpi przez to, co się dzieje. - Jego ręka drgnęła, gdy dłoń Ger się zbliżyła. Trochę żałował, że ta się powstrzymała. Lubił ludzki dotyk i komfort, który ten przynosił. Nie bał się przytulić na pocieszenie, przywitanie, czy też w ramach okazania przyjaźni. Szanował jednak granice innych, więc nigdy się nie narzucał. - Uważam na tyle, ile się da, choć wiesz, praca zobowiązuje. - Uśmiechnął się, choć w jego twarzy było coś smutnego, nie ważnie, jak bardzo chciał to zamaskować. - Ty też musisz jednak być ostrożna. Szczególnie gdy wyjeżdżasz. Nie rób tego sama, tak na wszelki wypadek - dodał, bo czuł, że w tej chwili, wiadomość, że coś jej się stało, zabolałaby znacznie mocniej, niż jeszcze dzień wcześniej.
Udało im się jednak w miarę szybko otrząsnąć i znów przejść do normalnej konwersacji, bez niepotrzebnego smęcenia. Wolał słuchać śmiechu Gerry, niż oglądać jej zmartwioną twarz.
- Naprawdę? Bo wcześniej wykazywałaś znaczne zainteresowanie tymi moimi kajdankami - przypomniał jej, mając nadzieję, że ta nie wyjdzie teraz, trzaskając drzwiami. - Chętnie jednak wybiorę się gdzieś z tobą, ot, dla przygody - dodał więc szybko, czując, jak jednak mrowią go policzki. Te cholerne kajdanki chodziły za nim naprawdę cały dzień, nic więc dziwnego, że musiał coś o nich wypalić.