Morpheus kochał translokację i wszelką magię, co może przenieść go w inne miejsca, ale także poruszać przedmiotami. Z natury był nieco leniwy i jeśli nie musiał po coś sięgać, to wolał machnąć różdżką, aby spodek z filiżanką podpłynął przez przestrzeń w jego stronę lub księga unosiła się po jego prawicy. Często też wykorzystywał samo piszące pióra. W jego własnej energii było tyle niespokojności, że Morpheus zdawał się ostatnim kandydatem do tego aby rzeczywiście siedzieć na kanapie i pozwolić magii aby robiła wszystko za niego. W rzeczywistości jednak, o czym Tessa doskonale wiedziała, Morpheus robił tylko to, na czym mu zależało. Co chciał robić. Przyziemności, podróżowanie klasycznie, nic z tego nie wchodziło w rachubę. Brzydką goryczą z wątroby odbijał mu się Neil i jego samochód, to jak po prostu go złapał za ubranie i teleportował niedaleko stąd, na środku Pokątnej. Cóż, powinien wiedzieć lepiej.
Popatrzył na tył głowy Tessy, która już wzięła się do pracy. Dręczył go lęk, czy spojrzeć w jej przyszłość, czy zobaczyć koniec? Ostatecznie zrezygnował z tego, nie chcąc nakręcić w czasoprzestrzeni. Ostrożne stąpanie po ostrzu noża. Taniec w pointach na żyletce, w rytm bezładu Czarnego Łabędzia.
Knieja w bólu. Ogień i znaki Śmierciożerców na horyzoncie. Pragnął zapaść w zimowy sen i obudzić się, gdy wszystko będzie zakończone. Usiadł na fotelu Quintessy i wyciągnął jej papeterię i pióro, jedno z wyraźnie nieużywanych, nie był w końcu barbarzyńcą. Zawahał się jednak, zanim zaczął pisać, dłoń mu zawisła nad kałamarzem, niczym kat czekający na przebaczenie od skazańca, zanim topór zanurzy się w miękkiej tkance, pomiędzy kręgami i pozbawi głowy.
Nie było go w antykwariacie Tessy długo. Był tutaj ostatni raz przed wyjazdem do Grecji, dziewięć miesięcy temu najprędzej. Wszystko dlatego, że tak blisko było od niego do Praw Czasu. Minusy małych społeczeństw.
— Czy miałaś wrażenie, że budzi się w tobie animagia lub próbowałaś zostać kotem? — zapytał starszą kobietę. Zabawne, na jej ślubie z Clemensem nie mógł napić się alkoholu i był na nim tylko kilka godzin, do krojenia tortu, a później zabrała go guwernantka, razem z najmłodszą dziatwą rodziny, chociaż był już nastolatkiem, a teraz, gdy wiek prędko przyodział go srebrem we włosach, ta różnica zdawała się niemal nie istnieć.
Skrobał list do nie tego Moodiego, do którego spodziewałby się pisać, krótki i zwięzły. Odłożył go na bok, zwinął w rulonik, gotowy do wysłania, obwiązał wstążką na kokardkę sprawnie, jak ma w zwyczaju ktoś, kto pisze bardzo dużo listów. Zetknął ku wystawie i poprzez nią. Czy go zobaczy? Zmarszczył czoło, postukał się piórem po nosie. Musiał się skupić, ale jego rozedrgana jaźń próbowała znaleźć problem zastępczy, aby ciężar zdarzenia nie zgniótł go całkowicie. Pochował już Derwina i Aurorę, pochował matkę, nie zamierzał pozwolić Tessie umrzeć.
Zetknął na posążek.
— Ładny, powinien im się spodobać, chociaż ja wybrałbym większy. Mówiłem ci już o czterometrowej Atenie? — Na pewno nie mówił jej o gaiku persymonowym i rzeźbie Apolla z Hiacyntem bo by go wyśmiała. A może nie. Może jej powie. Trochę się wstydził, jakby znów miał dwanaście lat.