Ogarnęło go delirium przerażenia, niczym ciemna mgła, która przesłaniała świat rzeczywisty. Wizja spłynęła na niego jak zatruta woda, od której umysł wił się i drżał, zmuszony widzieć to, co niewypowiedziane i czuć to, co niemożliwe do odczucia. W głębi jego duszy rozszalał się chaos, obrazy, które zobaczył, nawiedzały go jak duchy, każąc jego sercu bić szybciej, a ciału dygotać. Myśl o tym, co miało nadejść, zatruwała jego krew, a strach przybrał formę widmową i dręczył go w zaciemnionym kącie umysłu. Czuł, jak świat wokół niego wiruje, jakby przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zlały się w jedną potworną chwilę, pulsującą grozą i nieuchronnością.
Rozbudził się z wizji, jego szata była pezepocona i śmierdziała strachem. W całym doświadczeniu był jeleniem, który uciekał przed pogonią z chartów i łowczych ze strzałami naciągniętymi na cięciwę. Położył dłoń na piersi i potarł klatkę piersiową. Serce łopotało w nim, jakby chciało samo sobie wywołać zawał. Ciężko oddychał. Trzęsącymi się dłońmi wyjął papierośnicę i próbował zapalić papierosa, ale ten mu wypadł z rąk. Sięgnął po drugie go, w końcu biała bibułka zetknęła się ze spierzchniętymi wargami.
Rozświetliło go światło zapalniczki, ciepło otoczyło jego twarz. Spalił jednego, później drugiego.
Jego ramiona i kark pokryła gęsią skórka, czuł się jakby po chorobie, malignie gorączkowej, która trawi przez noc i przyprawia rodzinę o szaleństwo z niepokoju. Całe ciało go bolało. Wziął głęboki oddech, sięgnął po kałamarz i pióro i zaczął spisywać to, co zapamiętał. Wyjątkowo jego charakter pisma wyglądał niecodziennie prosto, jakby przytłumione, bez essów-floresów, które zwykle towarzyszy raportom. Głowa go ćmiła w skroniach, ściskał pióro zbyt mocno, zdobiąc kilka miejsc kleksami.
Wizja profetyczna
Czas upływał, sekundy zmieniały się w minuty, minuty w godziny, a godziny w dni, które z kolei mieszały się z różnymi liniami czasowymi w mojej pamięci. Plątałem się w nich, tracąc orientację. Czy to była kolejna próba Czasu, czy test tajemniczych sił przeszłości?
Nagle znalazłem się w Kniei Godryka, gdzie las ostrzegał mnie przed niebezpieczeństwem. Byłem jednocześnie tam i gdzie indziej. Las zmienił się w widmową, dymiącą scenerię pełną bólu i rozpaczy, którą czułem, jakby była moja. Potem znowu stałem w sadzie Abbottów, widziałem aurorów, klątwołamaczy, a także tajemniczą postać z dymu, która zniknęła, gdy próbowałem jej dotknąć.
Sceneria zmieniła się raz jeszcze, na niebie krążyły kruki, trzy tuziny, płonące ogniem i przemieniające się w czarną maź. Wtem obudziłem się, nadal czując przerażenie i ból, w ubraniu przesiąkniętym potem, a w piersi targał mną niepokój, jakby chciał wyrwać się na wolność.
Dalsze kroki
- Kontkt z rodziną Abbottów, odnośnie wizji
- Kontakt z rodziną Greengrassów, odnośnie zachwiania Kniei
- Próba odszukania istoty z dymu
Napisał raport i rozparł się na swoim fotelu. Mężczyzna siedział bez ruchu, a jego twarz wyrażała głębokie zamyślenie. Zmarszczki na czole podkreślały zmartwienie, które odbijało się w jego spojrzeniu. Czarne turmaliny mistyka. Pod oczami widniały ciemne cienie, świadectwo nieprzespanych nocy i ciężaru, który niósł na barkach. Jego oczy, zwykle bystre i pełne determinacji, teraz zdawały się przygaszone, jakby utkwiły w niewidzialnym punkcie, zanurzone w myślach pełnych trosk i niepewności.
Zapalił kolejnego papierosa, zastanawiając się, czy leki od doktora Blacka wystarczą czy żeby zasnąć snem sprawiedliwego, będzie musiał wypić butelkę alkoholu. Czasami im podlejszy tym lepszy sen. Nic dziwnego, że biedni uciekali się w ramiona alkoholizmu, gdy świat stawał się bardziej znośny. Oddawał się samodestrukcji dymu w płucach z pożądaniem, jakie przeznacza się bogom, z pragnieniem, które spalało mu duszę. Kult Dionizosa w minojskim świecie rozkwitał w ekstatycznym tańcu, w dzikich rytuałach, gdzie jednostka zatapiała się w zbiorowej ekstazie, aż do zatraty samego siebie. W tamtych chwilach człowiek stawał się równocześnie świętym i ofiarą, życiem i śmiercią, zanurzał się w chaosie, który, choć przerażał, dawał też obietnicę odrodzenia. Minojskie freski oddają to, postacie wirujące, rozpływające się w szaleństwie i oddane Dionizosowi, który zdawał się brać ich życie za cenę ekstazy, wiecznego upojenia i bliskości z bogiem, w której istnienie topniało jak w ogniu ofiarnym. Ołtarzem ofiarnym były jego usta, ogniem papieros, a ofiarą jego oddech i płuca. Krew i wino mieszały się w kielichu rytuału, aż ofiarował siebie na ołtarzu ekstazy, rozrywając zasłonę między światem ludzkim a boskim. Przez zniszczenie samego siebie zbliżał się ku temu, co nadprzyrodzone, wierząc, że w popiołach własnej duszy odnajdzie boską iskrę.
Sięgnął do swojej skroni różdżką, srebrna nić wysunęła się z niej, pulsując wspomnieniem, żywym, wibrującym wszystkimi emocjami, jakie śpiewały w nim requiem, dźwięki mszy pogrzebowej, jaką odegrała w nim wizja. Dotknął wolną ręką kwiatu, jakby spodziewał się, że ten rozpadnie się, drugą ręką umieszczając wspomnienie w wolnej fiolce. Niebieski płomień tańczył na popiołach niebytu szkła.
Posprzątał i skatalogował widzenie, aby zająć czymś ręce i ustabilizować swoją powłokę. Gdy to ukończył, wstał z trudem od swojego biurka, przeczesał przyklejone do czoła włosy i z miękkimi nogami wrócił do domu, do Warowni, spoglądając niepewnie w stronę Knei i świętego sadu.