Sztuka manipulowania energią była sekretem strzeżonym przez tych, którzy nie bali się zanurzyć w mrok. To nekromancja otwierała przed nimi drzwi do nieznanych sfer, umożliwiała wyciąganie życia z martwych powłok i wiązanie go w nici przeznaczone do służby. Była to magia, która pochłaniała duszę, każde jej użycie zostawiało ślad, niewidzialne znamię wypalane na esencji czarującego. Czarne zaklęcia wdzierały się do jego wnętrza jak trucizna, rozbijając na drobne fragmenty to, co pozostało ze światła. Dusza, dotknięta przez Ciemność, wiła się i drżała w konwulsjach, aż z niej samej nie pozostawało nic oprócz cienia, pustki, pełnej zimnych szeptów. Czarodziej, który popełniał to wykroczenie, stawał się narzędziem samej Śmierci, której żądna zniszczenia, nienasycona, prowadziła go na drogę bez powrotu, gdzie człowieczeństwo było jedynie bladym wspomnieniem.
Czarne moce nie zadowalały się powierzchownym dotykiem, wgryzały się głęboko, niczym niewidzialne zęby, w samą istotę czarującego, powoli pozbawiając go ciepła i nadziei. Każde zaklęcie nekromancji, każda manipulacja kruchą energią życia, była krokiem w głąb przepaści, gdzie światło ledwo docierało, a echo własnych czynów powracało z pogłosem grozy. Urok tych sztuk, choć uwodzicielski, wiązał się z żądzą, której nie sposób było zaspokoić, głodem mocy, który rósł jak cień, przesłaniając nawet to, co w czarodzieju pozostawało ludzkie.
Morpheus tak wiele lat opierał się temu, ale w głębi duszy wiedział, że w końcu podda się tej mocy. Wiedział to wtedy, gdy Godryk wyrzucił z rodziny Clemensa, wraz z wyjściem na jaw, że jego starszy brat mieszał ludziom w głowach. Że łamał prawo. I żadna ilość papierosów nie uchroni go od przed czujnym okiem sprawiedliwości. Któregoś dnia będzie krztusił się swoją krwią i łzami.
Nadszedł czas, aby wstąpić na tę ścieżkę.
Morpheus sięgnął dłonią ku tytułowi, który zaczynał się od Energioverføringer, nie dlatego że zgadywał, że energi to energia, a człon over będzie miał coś wspólnego z przekazywaniem, ale dlatego, że na sekundę ujrzał siebie z tą księgą w dłoniach i zadowolony uśmiech bibliotekarza. Nieco zbyt zadowolony. Oczywiście, wszyscy byli teoretykami. Oczywiście.
— Nie, nie wsp... — zaczął, ale wcześniej wspomniany zawołał jego imię. Wiedziony instynktem Morpheus wyjął książkę z rzędu i pokierował się za głosem przyjaciela, nie zwracając uwagi na Milo, wiedząc, że ten na pewno będzie go śledzić, jak wyblakły cień, negatyw jego samego.
— Anthony, bój się bogów, w bibliotece należy zachować ciszę — powiedział, żartobliwie karcącym tonem, jakby to nie on urządził sobie schadzkę w bibliotece publicznej, w jednym z mniej uczęszczanych księgozbiorów, szukając powodów ekscytacji przyjaciela, słyszanej w jego głosie wyraźnie, ale tytuł woluminu nic mu nie mówił, również dlatego, że go nie rozumiał.