Zaklęcie zadrżało, zapłonęło samo w sobie i zaczęło się zapadać w sobie. To było najlepsze stwierdzenie, bo czarna maź ściskała się, pulsowała, zbliżała znów do runy i jakby niszczyła. Nagle zjednoczyła się w wielką jedność, która rozdarła niby paszczę. Wtedy przestrzeń rozdarł wrzask.
Krzyk rozdzierał dzień jak ostrze, przenikliwy, pełen bólu, rozpaczy i czegoś głębszego, co nie znało litości. Wypełniał powietrze jak żar bijący z ognia, który spalał duszę od środka. Był to dźwięk, w którym czuć było rozpacz wszystkich istot, które padły ofiarą mrocznych rytuałów, ich skargi, przesiąknięte bezdenną grozą i cierpieniem, jakby każda nuta niosła echo ich ostatniego tchnienia. Krzyk ten nie przypominał żadnego ludzkiego głosu; wibrował gdzieś na granicy słyszalności, osiadał głęboko w umyśle i sercu, wywołując dreszcz, jakiego nie sposób było zignorować. Z każdą chwilą nabierał na sile, wdzierał się do najskrytszych zakamarków świadomości, rozrywał spokój na strzępy i pozostawiał w jego miejsce bezbrzeżną pustkę. Czarne zaklęcia zdawały się tańczyć w tym krzyku, splatając nienawiść, zemstę i nieuchronną, tragiczną klątwę, wołanie dusz, które utraciły nadzieję, a teraz żywiły się już tylko mrokiem. Ten krzyk nie mógł zostać zapomniany; raz usłyszany, przenikał do głębi istnienia, pozostawiając ślad, którego nie mogło zatrzeć nawet upływające tysiąclecie.
Morpheus odruchowo zasłonił uszy i rozluźnił szczękę. I odruchowo stanął pomiędzy krzykiem, a Jasperem, robiąc z siebie tarczę. Na szczęście niepotrzebną, bo jak nagle się zaczęło, tak nagle zniknęło, pozostawiając na ścianie jedynie smolisty popiół układający się w złamaną runę.
Wszystko minęło.
— Ale paskuda... — podsumował Morpheus, prostując się i mrugając, jakby miało to pomóc z dzwonieniem w uszach.