02.11.2024, 00:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.11.2024, 20:17 przez Dægberht Flint.)
Szkocja była przepięknym krajem i co ostatnio było dla niego najważniejsze - bliskim jego sercu, bliskim jego korzeniom. Dalekomorskie wyprawy były nieodłączną częścią jego życia, a jednak momentami coś w nim krzyczało dziko, żeby wrócić. Do tych łąk, jezior, rzek, gór - do miejsc znanych mu i ważnych, do swoich bliskich. Wszystko po to, by kiedyś znów porzucić to na rzecz śmierdzącej pleśnią i solą morską łajby, ale może taka już była kolej życia, przynajmniej jego życia. Przemierzanie tegoż pasma wywoływało w nim dziwne uczucie, którego opisać nie potrafił.
Przysiągłby, że poznałby te drzewa, ten nastrój, tę atmosferę, to powietrze... za każdym razem, porównując to do czegokolwiek, co widział, bezbłędnie określiłby to je brytyjskimi. Powinien o tym napisać jakiś wiersz. Tylko że nikt się po nim pewnie nie spodziewał wiersza o tęsknocie za tym, co z taką łatwością zostawiał za plecami, pakując się pokład.
Zapewne był do tego zadania przygotowany najlepiej. Miał tu przecież rolę poszukiwacza przygód wędrującego pomiędzy naukowcem i wróżbitką - odzienie jakie oni zapewne zakupili w celu niepoślizgnięcia się na pierwszym lepszym kamieniu i nieprzemoknięcia od byle mżawki, dla Flinta stanowiło większość garderoby. To ubrania wyjściowe, takie do chodzenia po mieście i wpisywania się w stereotyp czystokrwistego czarodzieja, jaki przylgnął mu do łba przez upierdliwą matkę, stanowił w jego szafie niebywałą rzadkość. No bo to tutaj przecież czuł się jak ryba w wodzie, a nie w bibliotekach albo na salonach... albo na Nokturnie, ale nieszczególnie dobrze znał Ambrozję - żadna związana z tym myśl przez jego głowę więc nie przeszła.
- I żeś tutaj aż zaciągnął Bletchleya? - Zapytał wreszcie, przerywając dłuższą ciszę ze swojej strony. Normalnie gęba mu się nie zamykała, ale tym razem w głębokim zamyśleniu podziwiał widoki. Z takim przerysowanym, poetyckim spojrzeniem wlepionym w horyzont i chmury. - Byłem pewien, że on ledwo chodził. Źle go zapamiętałem? - Nie... Nie, z pewnością nie - Leon to był ten chłopak, co się dusił od postawienia kilku kroków, a ta ścieżka wcale nie należała do najłatwiejszych, przynajmniej zdaniem Flinta. Zdradliwa była - bo to jedna z tych, co się wydają spokojne, ale jeżeli poślizgnie ci się noga, mogłeś skończyć bardzo, ale to bardzo źle.
Ciemność i głębia go nie przerażały, jednak nie zachowywał się nonszalancko. Mimo rozbieganego spojrzenia Dægberht zdawał się człowiekiem pewnym siebie, stawiającym przemyślane kroki, wiedzącym, co robić i jak to robić. Jedynym co nieco psuło jego wizerunek, były białe kudły białej, kociej sierści, którą oblazł, zanim tutaj dotarli. Jakieś niedopatrzenie wszechświata albo wskazówka - bo przecież jak ma kota, to musi być dobrym człowiekiem.
On również pochylił się nad runicznymi znakami. Przeszedł obok Trelawneya, chcąc rozejrzeć się lepiej po ścianie, którą wcześniej mu zasłaniał. Zrobiwszy to, pociągnął nosem.
- Odkąd tam pracujesz, śmierdzisz papierosami coraz mocniej.
Przysiągłby, że poznałby te drzewa, ten nastrój, tę atmosferę, to powietrze... za każdym razem, porównując to do czegokolwiek, co widział, bezbłędnie określiłby to je brytyjskimi. Powinien o tym napisać jakiś wiersz. Tylko że nikt się po nim pewnie nie spodziewał wiersza o tęsknocie za tym, co z taką łatwością zostawiał za plecami, pakując się pokład.
Zapewne był do tego zadania przygotowany najlepiej. Miał tu przecież rolę poszukiwacza przygód wędrującego pomiędzy naukowcem i wróżbitką - odzienie jakie oni zapewne zakupili w celu niepoślizgnięcia się na pierwszym lepszym kamieniu i nieprzemoknięcia od byle mżawki, dla Flinta stanowiło większość garderoby. To ubrania wyjściowe, takie do chodzenia po mieście i wpisywania się w stereotyp czystokrwistego czarodzieja, jaki przylgnął mu do łba przez upierdliwą matkę, stanowił w jego szafie niebywałą rzadkość. No bo to tutaj przecież czuł się jak ryba w wodzie, a nie w bibliotekach albo na salonach... albo na Nokturnie, ale nieszczególnie dobrze znał Ambrozję - żadna związana z tym myśl przez jego głowę więc nie przeszła.
- I żeś tutaj aż zaciągnął Bletchleya? - Zapytał wreszcie, przerywając dłuższą ciszę ze swojej strony. Normalnie gęba mu się nie zamykała, ale tym razem w głębokim zamyśleniu podziwiał widoki. Z takim przerysowanym, poetyckim spojrzeniem wlepionym w horyzont i chmury. - Byłem pewien, że on ledwo chodził. Źle go zapamiętałem? - Nie... Nie, z pewnością nie - Leon to był ten chłopak, co się dusił od postawienia kilku kroków, a ta ścieżka wcale nie należała do najłatwiejszych, przynajmniej zdaniem Flinta. Zdradliwa była - bo to jedna z tych, co się wydają spokojne, ale jeżeli poślizgnie ci się noga, mogłeś skończyć bardzo, ale to bardzo źle.
Ciemność i głębia go nie przerażały, jednak nie zachowywał się nonszalancko. Mimo rozbieganego spojrzenia Dægberht zdawał się człowiekiem pewnym siebie, stawiającym przemyślane kroki, wiedzącym, co robić i jak to robić. Jedynym co nieco psuło jego wizerunek, były białe kudły białej, kociej sierści, którą oblazł, zanim tutaj dotarli. Jakieś niedopatrzenie wszechświata albo wskazówka - bo przecież jak ma kota, to musi być dobrym człowiekiem.
On również pochylił się nad runicznymi znakami. Przeszedł obok Trelawneya, chcąc rozejrzeć się lepiej po ścianie, którą wcześniej mu zasłaniał. Zrobiwszy to, pociągnął nosem.
- Odkąd tam pracujesz, śmierdzisz papierosami coraz mocniej.
Rzut N 1d100 - 19
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr