Regina w przyszłości zatęskni nie raz za beztroską dzieciństwa. Za chwilami, które spędzała albo na zabawie z Moną, nad książkami o smokach i nie tylko albo na poszukiwaniu jeszcze nieodkrytych magicznych istot w ogrodzie. Zamarzy jej się powrócić do tej właśnie chwili, kiedy z kuzynką rozmawiały o tym, co kochają, nie zważając na czas czy na przyszłość. Ale przyszłość zostawmy, ona i tak nadejdzie bez naszej pomocy i wróćmy do teraźniejszości.
W tym momencie chciała, żeby Mona dała jej święty spokój. Żeby zabrała tę swoją rudą czuprynę i wrażenie totalnego chaosu, jakie roztaczało się dookoła jej osoby i zostawiła Reginę samą. Po co? Żeby ta w ciszy mogła rozpaczać nad swoim losem i wyobrażać sobie, że wcale nie spadła z latającego wierzchowca, a jeśli już, to wcale się nie połamała. Cóż, jak widać Mona miała inne plany.
Aż zmrużyła oczy, kiedy kuzynka wydała z siebie okrzyk zachwytu i niedowierzania. Bardzo podobny do tego, który Regina wydała z siebie kilka miesięcy temu, gdy ojciec wręczył jej książkę.
— Tak, przez pana Newtona Skamandera we własnej osobie. — potwierdziła między słowami zachwytu Mony.Kłamstwem by było, gdyby powiedziała, że te wlepione w nią oczy zachwytu i zazdrości nie były przyjemne. Tak dziecinnie i próżnie napawała się słowami dziewczynki, niemal pękając z dumy, że wreszcie ktoś się zachwycał tą książką prawie tak samo, jak i ona.
— Nie spotkałam go osobiście... — przyznała się wreszcie, marszcząc nos i zaciskając usta, bo to trochę ujmowało wartości dedykacji. — Tata był na jakimś spotkaniu w Ministerstwie i on też tam był, i poprosił w moim imieniu o autograf, i on wtedy podarował mu książkę dla mnie.Prawie się zapowietrzyła, odpowiadając na pytanie Mony. Kuzyneczka wcale nie myślała o tym, żeby dać Reginie odpowiedzieć i trajkotała w najlepsze, więc gdy zamilkła, żeby nabrać oddech, panna Rowle wtrąciła:
— I chyba nie ma tam nic nowego o smokach, niestety, ale...Ale już było za późno na cokolwiek, co chciała jeszcze powiedzieć, bo pytając o "Dragonologie" uwolniła potwora. Pozostało jej tylko kiwać głową i udawać wielce zainteresowaną ciekawostkami, jakimi raczyła ją Mona.
Tak po prawdzie to nie musiała tak bardzo udawać. Pomimo że smoki nie były jej (proszę się nie śmiać) konikiem, to nadal zaliczały się do magicznych bestii i interesowały Reginę, w nieco mniejszym stopniu, niż kuzynkę, ale interesowały.
— Aż dwie tony cięższy?! — powtórzyła i podniosła się na łokciu, ze zdziwieniem spoglądając na Monę. — Przecież one i tak są ogromne.I z powrotem opadła na łóżko po ostatnim stwierdzeniu kuzynki. Na chwilę zapomniała o połamanych nogach i ręce, o szlabanie, a kuzynka bezlitośnie sprowadziła ją na ziemię (choć nie tak boleśnie, jak spotkała się z gruntem wczoraj). Wbiła miodowe oczy w książkę, którą podczas rozmowy położyła sobie na brzuchu i zagryzła usta.
Nie za bardzo chciała o tym mówić. Co jak Mona będzie się z niej śmiała? Regina świetnie zdawała sobie sprawę, że to, co zrobiła, było głupie i nieodpowiedzialne, ale gdyby się udało, to mogłaby we wrześniu wszystko opowiedzieć Isabeli Tonks i nie tylko. Już sobie wyobrażała, jakby patrzyli na nią wtedy wszyscy, którzy na co dzień się z niej nabijali. W końcu kto z nich sam i bez niczyjej pomocy jeździł na aetonanie!
Pociągnęła nosem i spojrzała na kuzynkę spode łba. Dobrze wiedziała, że ta nie da jej żyć albo zaraz wypyta o wszystko jej mamę. Na portki merlina!
— Tylko masz się ze mnie nie śmiać... — powiedziała cicho i, tak przynajmniej chciała, groźnie.Nabrała powietrza w płuca i wyrzuciła z siebie wszystko na jednym wydechu:
— Nobowczorajchciałamwreszciesamapojeździćnakoniachrodzicówibezichzgodywzięłamjednegoiwszystkobyłodobrzedopókisię czegośniewystraszyłiwtedyspadłam.Z frustracją uderzyła w okładkę książki Skamandera i uciekła spojrzeniem na Szkiele-Wzro, które stało na lewo od łóżka, na stoliku nocnym.
— Bo przeczytałam w książce, że lot na tych wierzchowcach jest nieporównywalny z niczym innym. Nawet z lataniem na miotle.... — dodała dużo ciszej i spokojniej, ale za to bardzo smutno.Trudno, powiedziała prawdę, Mona mogła się z niej śmiać ile tylko chciała.