03.11.2024, 01:07 ✶
Postukała palcem po niezbyt gładkim policzku, przejechała prędko palcami po skórze, aby na sam koniec ująć brodę i przyjrzeć się dokładnie Shafiqowi. Zrobiło się trochę niezręcznie i dobrze wiedziała, że to była jej wina. Po części. Nie, może jednak całkowicie? Zapędziła samą siebie w róg, myśląc, że robi to z Anthonym, a on zwyczajnie odwrócił się na pięcie i pozwolił jej samej uderzyć czołem o ścianę. Nie ma co, kolejny świetny manewr pani Longbottom.
Nie chciała jednak brać na siebie całej winy. Bo czarodziej mógł ustąpić — pozwolić zdjąć koronę cierniową ze swojej skroni i otrzeć twarz całunem. Miast tego postanowił chwycić się najprostszej rzeczy. Możliwie też bardzo bolesnej.
— Przepraszam — zaczęła powoli, ale nie niemrawo. Bez pośpiechu.
Dobrze wiedziała, co robił. Zamykał za sobą pozłacane wrota, mając w zamiarze przymknąć je potem na wielce ozdobny klucz; zaraz potem pewnie planował uronić kilka łez, ale w ukryciu, tak, aby nikt go nie widział i nie mógł mu pomóc. Dobrze, że jego umysłową posiadłość ochraniała tylko złota brama i żywopłot. A ten Tessa miała w zamiarze właśnie przeskoczyć, uprzednio, oczywiście, zdejmując obcasy.
— To wszystko jest takie… — urwała, znowu szukając słów. Z jakiegoś powodu nagle to wszystko stało się o wiele trudniejsze. Musiała podejść do tego z głową, bo naprawdę nie chciała go zranić.
Nie zaczynało to jeszcze pachnieć goździkowymi kadziłami, rozpalonymi te kilka lat wcześniej w jej antykwariacie. Nie zbierało się na czucie ciepła kominka, który wesoło buchał żarem zza ich pleców. Nic na razie nie wskazywało, że powtórzą sytuację, gdy omawiali Marsz Charłaków, a także, wcześniej, bratanie się czystokrwistych z mugolami. Ale Tessa od początku wiedziała, że już nigdy nie pozwoli na to, żeby Anthony trzasnął drzwiami, zostawiając dyskusję otwartą na pierwszej stronie.
— Mój drogi, proszę, pozwól mi sobie pomóc. Nie odsuwaj się ode mnie, kiedy dobrze wiesz, że jedyne czego chcę, to twoje dobro. — Równie nienachalnie pozwoliła sobie na sięgnięcie ponad stolikiem z błogosławionymi naleśnikami i chwycenie jego prawej dłoni. — Wiem, że znowu paplam, znowu męczę i suszę Ci głowę, ale…
Czy była tu jakakolwiek dobra wymówka?
Chyba tak.
Chyba chodziło o… miłość.
— Kocham Cię w tym najzwyklejszym, przyjacielskim sensie.
Nie chciała jednak brać na siebie całej winy. Bo czarodziej mógł ustąpić — pozwolić zdjąć koronę cierniową ze swojej skroni i otrzeć twarz całunem. Miast tego postanowił chwycić się najprostszej rzeczy. Możliwie też bardzo bolesnej.
— Przepraszam — zaczęła powoli, ale nie niemrawo. Bez pośpiechu.
Dobrze wiedziała, co robił. Zamykał za sobą pozłacane wrota, mając w zamiarze przymknąć je potem na wielce ozdobny klucz; zaraz potem pewnie planował uronić kilka łez, ale w ukryciu, tak, aby nikt go nie widział i nie mógł mu pomóc. Dobrze, że jego umysłową posiadłość ochraniała tylko złota brama i żywopłot. A ten Tessa miała w zamiarze właśnie przeskoczyć, uprzednio, oczywiście, zdejmując obcasy.
— To wszystko jest takie… — urwała, znowu szukając słów. Z jakiegoś powodu nagle to wszystko stało się o wiele trudniejsze. Musiała podejść do tego z głową, bo naprawdę nie chciała go zranić.
Nie zaczynało to jeszcze pachnieć goździkowymi kadziłami, rozpalonymi te kilka lat wcześniej w jej antykwariacie. Nie zbierało się na czucie ciepła kominka, który wesoło buchał żarem zza ich pleców. Nic na razie nie wskazywało, że powtórzą sytuację, gdy omawiali Marsz Charłaków, a także, wcześniej, bratanie się czystokrwistych z mugolami. Ale Tessa od początku wiedziała, że już nigdy nie pozwoli na to, żeby Anthony trzasnął drzwiami, zostawiając dyskusję otwartą na pierwszej stronie.
— Mój drogi, proszę, pozwól mi sobie pomóc. Nie odsuwaj się ode mnie, kiedy dobrze wiesz, że jedyne czego chcę, to twoje dobro. — Równie nienachalnie pozwoliła sobie na sięgnięcie ponad stolikiem z błogosławionymi naleśnikami i chwycenie jego prawej dłoni. — Wiem, że znowu paplam, znowu męczę i suszę Ci głowę, ale…
Czy była tu jakakolwiek dobra wymówka?
Chyba tak.
Chyba chodziło o… miłość.
— Kocham Cię w tym najzwyklejszym, przyjacielskim sensie.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you