03.11.2024, 02:28 ✶
Czy wiedział, jak bardzo Victoria czuła się odrzucona i pozostawiona samej sobie? Cóż... Być może nie. Być może pokładał zbyt wielkie nadzieje w swojej własnej (i jej) rodzinie, szczególnie że sam niezbyt się tematem interesował do pewnego momentu. Ale im bardziej zgłębiał się w to, co się odpierdoliło na Polanie Ognisk, tym bardziej wierzył w to, że Victoria była sama. Sama, jeżeli wziąć pod uwagę Ministerstwo.
Bo prawda była taka, że jego kuzynka miała wokół siebie ludzi, którzy oddaliby za nią życie. Dzielili z nią wspólne tajemnice, które mogłyby skończyć się przymusowym pobytem w Azkabanie. Miała wokół siebie ludzi, którzy przyjęliby na siebie pierwszy cios, gdyby byli obok niej. Czy on miał obok siebie kogokolwiek takiego? Nawet jeśli, to wolał na nich nie polegać.
Rodolphus nachylił się i uniósł dłoń, by przykryć nią dłoń Victorii. Była zimna jak lód, ale wydawało się, że mu to w ogóle nie przeszkadza. Delikatnie przejechał kciukiem po grzbiecie jej dłoni w pocieszającym geście.
- To prawo, które chroni tych, którzy są słabi i się boją - powiedział poważnie, marszcząc lekko brwi. Słabość i strach - to były do tej pory cechy, które stawiał na równi. Teraz jednak zaczął je rozgraniczać. Strach przed nieznanym mógł zostać uznany za ostrożność, lecz tylko jeżeli wykonywało się ten pierwszy, maleńki krok. Inaczej było to głupotą. A słabość... Słabością było stanie w miejscu. Zacisnął palce na dłoni Victorii. - Najprawdopodobniej. Nekromancja bada siły witalne, które przepływają przez ciało człowieka. W księgach, które przeglądałem w rodowej posiadłości, wychwyciłem kilka niuansów, pozwalających mi stwierdzić, że w Komnacie Śmierci zajmują się... Śmiercią. Nic co tam robią, ci nie pomoże.
Zabrał dłoń, jednocześnie się prostując. To był fakt, któremu nie dało się zaprzeczyć w żaden sposób. Na wiele sposobów można było próbować zakłamywać rzeczywistość, ale skoro nekromancja była zakazana, to nie było mowy o tym, by Departament Tajemnic jakkolwiek pomógł Victorii czy innym Zimnym, o których Lestrange w tej chwili nie dawał najmniejszego jebania. Gdy Victoria przyznała, że nie wie nic o kamieniach, przeniósł wzrok gdzieś w bliżej nieokreśloną przestrzeń. Milczał, słuchając tego, co miała do powiedzenia. Mógłby wydawać się tak samo zimny jak ona, gdy opowiadała o tym, co się działo podczas Beltane, lecz grymas, który przeszył jego twarz, był aż nadto wyraźny. Nie podobało mu się to, że tego doświadczyła. Ba, uważał że nie powinna tego doświadczyć. Nie potrafił tego ukryć, nawet gdy uciekał wzrokiem.
- Światła... - chrząknął, zmieniając temat. Nie był pewien, czy Victoria zauważyła ten grymas. Miał nadzieję, że nie - nie chciał, by widziała troskę, która na kilka chwil była widoczna na jego twarzy. Wiedział, kim była i wiedział, po której stronie stoi. Ale jednak... jednak nie potrafił wyzbyć się jakiegoś przeświadczenia, że była lepsza od innych. Że wiedziała więcej, że była w stanie zrobić więcej. Potrząsnął głową. Victoria była zakazanym owocem, którego mieli nie ruszać. Przyjaźniła się z Brenną, była aurorem. Ale... Czy inni nie byli aurorami? Czyż on sam nie zacieśniał więzów z Longbottom? Tą albo tamtym? Spojrzał na Victorię uważnie.
- Skoro było pięć kamieni, a ty mówisz że było pięć świateł i nikt się tym nie zainteresował... - pozwolił, by jego słowa zawisły w powietrzu. To było aż nadto oczywiste. - Tu jest zbyt dużo punktów wspólnych. Te kamienie i światła są powiązane z otwarciem przejścia do Limbo. Skoro jedno zostało zneutralizowane... a kolejne zraniło kogoś. Powiedz mi proszę, dokładnie - czy przeszliście do Limbo póki światła płonęły, czy najpierw je zgasiliście, a potem przeszliście? Gdzie były zlokalizowane te światła? Jesteś w stanie je narysować?
Rodolphus sięgnął po różdżkę. Machnął nią, a z kredensu wypłynął pergamin i pióro. Zgrabnie podpłynęły do Victorii i zawisły przed nią, jakby w oczekiwaniu. Ale było tu coś jeszcze. W zimnych oczach mężczyzny błyszczało coś... co wyglądało na podekscytowanie. Niecierpliwość. I irytację jednocześnie. Nie od wczoraj wiadomo było co Lestrange sądzi o Ministerstwie, ale tak samo nie od wczoraj wiadomo było, co sądzi o tym, by odkrywać to, co ukryte. Nachylił się w kierunku Victorii.
- Jesteś w stanie rozmieścić te punkty? W jaki dokładnie sposób wprowadziłaś innych do limbo? - uniósł wzrok. Wbrew pozorom był czysty i jasny, skupiony w stu procentach na Victorii. - To jest kolejna zagadka. Raporty mówią co innego. Opisz krok po kroku co zrobiłaś, co widziałaś. Przypomnij sobie te pięć kamieni czy świateł. Skup się, Victorio. Każdy szczegół ma znaczenie.
Bo prawda była taka, że jego kuzynka miała wokół siebie ludzi, którzy oddaliby za nią życie. Dzielili z nią wspólne tajemnice, które mogłyby skończyć się przymusowym pobytem w Azkabanie. Miała wokół siebie ludzi, którzy przyjęliby na siebie pierwszy cios, gdyby byli obok niej. Czy on miał obok siebie kogokolwiek takiego? Nawet jeśli, to wolał na nich nie polegać.
Rodolphus nachylił się i uniósł dłoń, by przykryć nią dłoń Victorii. Była zimna jak lód, ale wydawało się, że mu to w ogóle nie przeszkadza. Delikatnie przejechał kciukiem po grzbiecie jej dłoni w pocieszającym geście.
- To prawo, które chroni tych, którzy są słabi i się boją - powiedział poważnie, marszcząc lekko brwi. Słabość i strach - to były do tej pory cechy, które stawiał na równi. Teraz jednak zaczął je rozgraniczać. Strach przed nieznanym mógł zostać uznany za ostrożność, lecz tylko jeżeli wykonywało się ten pierwszy, maleńki krok. Inaczej było to głupotą. A słabość... Słabością było stanie w miejscu. Zacisnął palce na dłoni Victorii. - Najprawdopodobniej. Nekromancja bada siły witalne, które przepływają przez ciało człowieka. W księgach, które przeglądałem w rodowej posiadłości, wychwyciłem kilka niuansów, pozwalających mi stwierdzić, że w Komnacie Śmierci zajmują się... Śmiercią. Nic co tam robią, ci nie pomoże.
Zabrał dłoń, jednocześnie się prostując. To był fakt, któremu nie dało się zaprzeczyć w żaden sposób. Na wiele sposobów można było próbować zakłamywać rzeczywistość, ale skoro nekromancja była zakazana, to nie było mowy o tym, by Departament Tajemnic jakkolwiek pomógł Victorii czy innym Zimnym, o których Lestrange w tej chwili nie dawał najmniejszego jebania. Gdy Victoria przyznała, że nie wie nic o kamieniach, przeniósł wzrok gdzieś w bliżej nieokreśloną przestrzeń. Milczał, słuchając tego, co miała do powiedzenia. Mógłby wydawać się tak samo zimny jak ona, gdy opowiadała o tym, co się działo podczas Beltane, lecz grymas, który przeszył jego twarz, był aż nadto wyraźny. Nie podobało mu się to, że tego doświadczyła. Ba, uważał że nie powinna tego doświadczyć. Nie potrafił tego ukryć, nawet gdy uciekał wzrokiem.
- Światła... - chrząknął, zmieniając temat. Nie był pewien, czy Victoria zauważyła ten grymas. Miał nadzieję, że nie - nie chciał, by widziała troskę, która na kilka chwil była widoczna na jego twarzy. Wiedział, kim była i wiedział, po której stronie stoi. Ale jednak... jednak nie potrafił wyzbyć się jakiegoś przeświadczenia, że była lepsza od innych. Że wiedziała więcej, że była w stanie zrobić więcej. Potrząsnął głową. Victoria była zakazanym owocem, którego mieli nie ruszać. Przyjaźniła się z Brenną, była aurorem. Ale... Czy inni nie byli aurorami? Czyż on sam nie zacieśniał więzów z Longbottom? Tą albo tamtym? Spojrzał na Victorię uważnie.
- Skoro było pięć kamieni, a ty mówisz że było pięć świateł i nikt się tym nie zainteresował... - pozwolił, by jego słowa zawisły w powietrzu. To było aż nadto oczywiste. - Tu jest zbyt dużo punktów wspólnych. Te kamienie i światła są powiązane z otwarciem przejścia do Limbo. Skoro jedno zostało zneutralizowane... a kolejne zraniło kogoś. Powiedz mi proszę, dokładnie - czy przeszliście do Limbo póki światła płonęły, czy najpierw je zgasiliście, a potem przeszliście? Gdzie były zlokalizowane te światła? Jesteś w stanie je narysować?
Rodolphus sięgnął po różdżkę. Machnął nią, a z kredensu wypłynął pergamin i pióro. Zgrabnie podpłynęły do Victorii i zawisły przed nią, jakby w oczekiwaniu. Ale było tu coś jeszcze. W zimnych oczach mężczyzny błyszczało coś... co wyglądało na podekscytowanie. Niecierpliwość. I irytację jednocześnie. Nie od wczoraj wiadomo było co Lestrange sądzi o Ministerstwie, ale tak samo nie od wczoraj wiadomo było, co sądzi o tym, by odkrywać to, co ukryte. Nachylił się w kierunku Victorii.
- Jesteś w stanie rozmieścić te punkty? W jaki dokładnie sposób wprowadziłaś innych do limbo? - uniósł wzrok. Wbrew pozorom był czysty i jasny, skupiony w stu procentach na Victorii. - To jest kolejna zagadka. Raporty mówią co innego. Opisz krok po kroku co zrobiłaś, co widziałaś. Przypomnij sobie te pięć kamieni czy świateł. Skup się, Victorio. Każdy szczegół ma znaczenie.