Ludzie wokół byli całkiem wyrozumiali, artykuły w gazetach zrobiły swoje – niektórych to ciekawiło, niektórzy podziwiali odwagę, spora ilość obcych szeptała i się wzdrygała, ale pomimo tego trzymali ręce przy sobie i po pierwszym szoku nikt już nie mówił „zimna jak trup!”. Takie rzeczy słyszała z początku, gdy lekarze dopiero się nimi opiekowali i potem przez pierwsze kilka dni; nawet jej matka nie była gotowa na to, w jakim stanie córka wróci do domu. Ale najbliższe otoczenie Victorii bardzo się starało wytrzymać to zimno i robić dobrą minę do złej gry, chociaż po dłuższym czasie sama widziała na ich rękach gęsią skórkę i mimowolne dreszcze. Była jedna osoba, którą to nie ruszało… Osoba, z która oficjalnie się rozstała, a i tak można było ich zobaczyć jak idą obok siebie pomiędzy stoiskami na kiermaszu z okazji Lammas, albo jak tańczą ze sobą kolejną godzinę na weselu Blacków.
Uśmiechnęła się nieznacznie, jak to ona, widząc gest, jakim Anthony objął podarek. Wiedziała, że wie, że domyśli się wszystkiego, co chciała mu dzięki temu przekazać. Czasami naprawdę słowa były zbędne, wystarczały gesty, symbole, atmosfera… Dzisiejszy wieczór nie był ciężki, ale niósł coś w powietrzu. Pewien zapach. A może to po prostu to wino, którego aromat delikatnie uleciał w powietrze i zawisł pomiędzy nimi. Victoria wcale nie spragniona wody, a ciepła, instynktownie wyciągnęła dłoń do filiżanki, jakby ta mogła ją ogrzać. Czuła jej ciepło, ale ono nie rozlewało się na jej wyziębione ciało.
Słuchała Anthonego, nie przerywając mu, nie spodziewając się chyba tego, że z taką łatwością wyrzuci ze sobą słowa, jakby tylko na to czekał. Miłość, ach… Wiele lat już minęło od śmierci jego żony, kobiety z rodu Lestrange, którym to małżeństwem jeszcze bardziej przypieczętował więzi rodzinne pomiędzy sobą a małą wtedy Victorią. Doskonale zresztą pamiętała jak na ich weselu udało jej się, małemu smarkaczowi, zatańczyć z panem młodym… Ale jego żona zmarła. I absolutnie nie życzyła mu, by w tej samotności spędzał resztę życia. Nie miał już żadnych zobowiązań wobec rodu Lestrange, nikt nie miałby nic przeciwko, gdyby znalazł sobie nową żonę… Jakże daleka była w tych myślach od rzeczywistości.
– Miłość wiele ma oblicz, ale z tego co słyszę, trafiła cię ta najmocniejsza, że aż nie wiesz co masz ze sobą zrobić – uśmiechnęła się do niego szerzej i lekko przymrużyła oczy, spod filiżanki, którą uniosła, by przyłożyć sobie do pełnych ust. Co ona tam wiedziała o miłości… Nie zaznała tej rodzicielskiej, a przed romantyczną wzbraniała się całe życie, aż w końcu i ją trafiło i… to tak bolało. Odrzucenie bolało, myśli o tym, że druga osoba chce skończyć ze swoim (niemal pożyczonym) życiem przez ciebie, że jesteś niechcianym elementem, a twoje uczucia – nieodwzajemnione. Nie była to prawda, o czym przekonała się tak naprawdę niedawno i nadal nie wiedziała jak się względem tego umiejscowić, ale jej uczucia nie buzowały tak, jak w Anthonym. On, gdyby tylko potrafił, to by o tej miłości wyśpiewał, zagrał (choć może ta gra na gitarze już mu jakoś szła?), napisał wiersze, chcąc się nią podzielić, a Victoria… Trzymała ją w sercu, nie wiedząc jak powinna się dalej poruszać. Ale uśmiechała się, bo wylewność Anthonego dodawała skrzydeł – zwłaszcza jemu. – Daj temu czas, na pewno złapiesz w końcu kontrolę – a czasami… czasami warto było ją na trochę stracić i poczuć, że się żyje, czy nie tak? Upiła łyka herbaty, leciutko kołysząc filiżanką, by jej armat tym pełniej uderzył w nozdrza. Przez moment, gdy pytanie Shafiqa zawisło pomiędzy nimi, się nie odzywała, aż w końcu uniosła oczy, wlepiając ciemnobrązowe tęczówki w mężczyznę. Cały czas trzymała filiżankę pomiędzy palcami obu dłoni. – Tak. Moje poszukiwania… Specjaliści rozkładają ręce i kierują mnie tam, gdzie nasze Ministerstwo boi się zaglądać, a co doprowadziło nas do tego stanu. Ten strach przed nieznanym, próba chronienia ludzi przed nimi samymi – odparła w końcu, na moment robiąc pauzę, by te słowa mogły wybrzmieć. – Nekromancja nie jest zakazana w Egipcie, więc pomyślałyśmy, że tam prędzej się czegoś dowiemy. Ale i tam nigdy się z czymś takim nie spotkano. Żywi nie wchodzą do Limbo i z niego nie wracają – a jednak ta podróż nie była całkowicie bezowocna. Cóż, prócz wiedzy… Victoria przywiozła stamtąd przeświadczenie o tym, że narobiła sobie przynajmniej jednego wroga, jeśli nie dwóch…