Guinevere przyzwyczajona była do tego, że sny podsyłają jej… przeróżne obrazy. Wiele z nich coś znaczyło, była tego pewna, w końcu jej wrażliwość na podszepty magii, absolutu, czy jak to zwać, była większa niż ludzi, którzy wróżbiarstwo traktowali raczej po macoszemu. Większość tych obrazów rozwiewała się niedługo po obudzeniu, wraz z chłodnymi kroplami wody podczas przemycia twarzy, ale czasami… Czasami te obrazy zostawały na dłużej.
Odkąd przeprowadziła się do Wielkiej Brytanii, te dziwaczne sny się nasiliły – zwłaszcza, gdy przebywała na terenie obozu. Często rzucała się w pościeli, mamrotała coś pod nosem, albo budziła się zlana potem, a przemywanie twarzy wcale nie wymazywało ich z pamięci. Dlatego wróciła do tego, co robiła jako dziecko – do przelewania swoich snów na papier. Trzymała obok swojego posłania plik papierów i ołówek; jej pierwsze rysunki nie były najlepsze, ale kolejne całkiem nieźle odzwierciedlały obrazy, jakie widywała w głowie. Gdyby spojrzeć na jej rysunki, widać było wyraźną poprawę, ale też i dbałość o szczegóły oraz bez pudła można było zgadnąć, że Guinevere z uporem maniaka rysuje ciągle jedno i to samo miejsce. Nie cały czas ten sam obrazek, ale gdyby kilka z nich ułożyć koło siebie – to samo jezioro, te same rośliny (chociaż raz był to brzeg lewy, czasami prawy itd.), raz nawet pokusiła się o narysowanie odbicia, jakie widziała w jeziorze: postać klęcząca na jego brzegu zza jej pleców, lecz odbicie w wodzie nie zgadzało się z osobą, która znajdowała się przy jeziorze. Ginny była pewna, że te sny mają coś wspólnego z tym, co badają, więc wzięła te swoje rysunki, by pokazać je Cathalowi – może jemu powiedzą więcej, niż jej. Ale i on nie wiedział, co to znaczy.
Za to wiedział Thomas. Ginny rozpromieniła się na jego widok, chociaż ta radość trochę oklapła, kiedy usłyszała, że muszą się na to miejsce teleportować… Ale nie było innego wyjścia. Była więc przygotowana na podróż tak, jak należało: miała swoje przybory i narzędzia, a do torebki wcisnęła, zgodnie z obietnicą sprzed miesiąca, koc i zapas kanapek (ale też słodyczy). A kiedy wylądowali na miejsce, z pośpiechem odeszła od Cathala i Thomasa, i zgięła się w pół, rzygając jak kot prosto pod krzaczek, nie zważając na słowa jednego jak i drugiego. Chwilę później stęknęła, otarła usta i wyciągnęła różdżkę, żeby zniknąć efekt zbrodni i wyczyścić sobie buzię.
– Coś mówiliście? – odezwała się dopiero po chwili, patrząc to na jednego, to na drugiego. Jeszcze chwila i nie będzie ich widać spod tego kłębu dym. Lekko zmarszczyła nos. – To ten las, tak? – kiwnęła głową, patrząc na drzewa, jakby miała pomiędzy nimi zobaczyć jezioro, które nawiedzało ją w snach.