Ściągnięcie maski wcale nie było łatwe, ale gdy spotykasz odpowiednią osobę, to wszystko staje się jakby… łatwiejsze. Było wiele rzeczy, których Victoria nie chciała pokazywać, ani o których mówić, a potem spotkała takiego Sauriela Rookwooda i musiała przewartościować bardzo wiele rzeczy w swojej głowie. Och, jak on ją wkurwiał… Był nieznośnym dupkiem, a jednak coś pchało do przodu i sprawiło, że chciała się otworzyć, poznać i zrozumieć. Jego. Siebie. Nawet nie potrafiła wskazać tego jednego momentu przełomowego, może wcale takiego nie było? Może to zawsze było takie proste, że po prostu otwierasz buzię i mówisz… Zaufanie to bardzo dziwna i krucha rzecz, a jednak obdarzyła nim właśnie jego. I on jeden miał klucz do jej domu, nie jej rodzina, nie siostry, nie przyjaciele – on. I chyba… Chyba to był klucz nie tylko do domu… Przekazywała mu go wylękniona, ale z ufnością.
– Prawda? Lubię tańczyć – ale przecież już od dawna o tym wiedział. Lubiła te wszystkie bale tylko dlatego, że można było pokręcić się po parkiecie, zresztą… Chyba sam widział nie tak dawno temu na weselu – i chyba wcale nie było tak źle? Nie było chyba tak sztywno, a jak już go dorwała, to wcale nie chciała tak łatwo z tego parkietu wypuścić (chyba, że po wino i truskawki w czekoladzie). – A to koniecznie potrzebowałeś krytykować? – słowa może i były srogie, ale uśmiech, z jakim to mówiła, musiał się gdzieś przebić, bo jej ciało wcale się nie napięło, jedynie poruszyła się, by obrócić się bardziej bokiem, wciskając pomiędzy oparcie kanapy, a Sauriela. Jedna z jej zgrabnych nóżek leżała na jego, a głowę i jedną rękę nadal opierała na jego klatce piersiowej. – Uważam, że mam całkiem zajebisty gust, dziękuję bardzo – i poniekąd był to komplement, bo on też się w ten gust wpasowywał.
– Mogę robić, tak długo jak będą płacić – bo nie była żadną organizacją charytatywną. A obecny stan jej pasował, bo mogła te eliksiry i maści robić dla tych, komu chciała i nie robić komuś, komu nie chciała. Nie była sklepem, do którego można sobie wziąć i poprosić co się chce. Ręczyła za to umiejętnościami, czy te musiała udowadniać? Poradziła sobie z czarnymi zębami Stanleya i dała radę sprawić, że wampir wyszedł na słońce. A to był dopiero początek… Uważała, że ogranicza ją tylko jej własna głowa, która nie produkuje tych wszystkich genialnych pomysłów – a i tak szło jej całkiem nieźle (mówiąc nieskromnie). – Jakiego wisiorka babci? – tu ją miał – akurat rzeczywiście nie zrozumiała, o co mu chodzi, bo po pierwsze, nigdy o żadnym wisiorku nie rozmawiali, a po drugie… że cokolwiek na temat babci szukała… Wspomniała o tym Stanleyowi na początku miesiąca w ramach odwdzięczenia się za pastę, bo rzeczywiście wiązało się to z Borginami. Wypaplał Saurielowi? Myśląc, że ten wie o sprawie? Łatwo było tak założyć, ale prawda była taka, że z Saurielem o tym nie rozmawiali… Nie było na to miejsca, po ich burzliwym… rozstaniu i chwilowym ograniczeniu kontaktu.
– W Afryce? No pewnie. I lwy. Pantery… Dużo kotów. To może gacie w tygrysa? Takich na pewno nie masz – o nie wątpiła, że miał majtki… Ale nie miał majtek z Egiptu. I przede wszystkim nie miał majtek od niej. – Hej! – tak się obruszyła, że aż się podniosła na drugiej ręce, tej, na której leżała, i z góry spojrzała na Sauriela. – Bo co, bo lubi kwiatuszki? Roślinki? To nie jest wcale damskie zajęcie. Nie mów tak na Kwiatuszka, bandyto! – będzie jej tu kota od pedałów wyzywać… No był niebieski, świecił w ciemności jak gwiazdeczka i był skrzywdzony przez ludzi, nie znaczyło to, że trzeba się tu z niego nabijać. – Jeszcze ci mało? Chcesz znowu dostać poduszką? – co prawda nie miała żadnej pod ręką, ale to nieważne, nieważne! – Dziura to średni dom dla kota, wiesz? – kitki jednak potrzebowały mieć dostęp do słońca, choćby jego plam, gdzie mogły się wygrzewać. – Lunę wzięłam z Magicznej Menażerii na Pokątnej, Kwiatuszek jest z Kociego Azylu… Jak chcesz to mogę się z tobą wybrać tu i tu i poszukamy dla ciebie mruczka? – sama chęć wyprowadzki… Nie zdziwiła ją, bo już jej o tym napomknął jakiś czas temu.