Idealnie wpasowała się w panującą na zewnątrz atmosferę. Weszła do pomieszczenia praktycznie tak samo głośno niczym grzmot, który chwilę wcześniej usłyszeć gdzieś w oddali. Przesunęła wzrok za Ambroisa i dostrzegła błyskawicę, która pojawiła się na ciemnym niebie. Sepktakl chyba się właśnie rozpoczął.
- Dziękuję. - Poczuła, że policzki zaczynają ją piec, nadal nie do końca radziła sobie z przyjmowaniem komplementów, chociaż i tak było już zdecydowanie lepiej niż na samym początku.
Czy Yaxleyówna przejmowała się szczególnie tym, co wypadało? Raczej niekoniecznie, aczkolwiek może faktycznie nie był to odpowiedni moment, aby okazywali sobie zbyt mocno uczucia. Mieli ku temu zedecydowanie lepsze okazje, tych im nie brakowało, bo spędzali ze sobą bardzo dużo czasu. Na całe szczęście nie był to moment, w którym nie potrafiła w pełni zapanować nad swoimi żądzami, z tym w końcu bywało różnie. Skorzystała z sugestii i wyciągnęła nogi, gdy już usiadła na parapecie. Wcale nie chciała się od niego trzymać z daleka i cóż, nie spodziewała się, żeby ktokolwiek mógłby im tutaj przeszkadzać, no może poza skrzatką, ale z tą miała całkiem przyjacielskie stosunki, w przeciwieństwie do jej matki. One dwie niezbyt specjalnie się lubiły, i matka ze skrzatką i matka z Geraldine, w sumie nic dziwnego, że Ger i Triss łączyła zdecydowanie przyjemniejsza relacja, niechęć do tych samych osób potrafiła w końcu zbliżyć.
- Kto wie do czego mogliby się posunąć, wiesz jak jest, ustaliliśmy już chyba dawno temu, że jesteś kawalerem idealnym. - Tak, tym razem sama do tego wróciła, mimo, że miała tego nie robić, bo przypominało to o tym dość kompromitującym momencie, w którym starała mu się pokazać, że interesuje ją coś więcej niż przyjaźń. Była jednak w stanie o tym wspomnieć, aby jeszcze bardziej rozluźnić atmosferę, chociaż nie czuła, żeby była jakoś specjalnie napięta.
Forma wizyt Ambroisa w tym miejscu miała się teraz nieco zmienić, miała nadzieję, że nie będzie to miało większego wpływu na jego interesy z jej ojcem, zresztą nigdy tak naprawdę ją to szczególnie nie interesowało, po prostu wiedziała o ich istneniu. Zresztą sama kiedyś miała przyjemność zostać jego pacjentką, przez te ich koneksje biznesowe, co wtedy nie do końca jej się podobało, zresztą o tym wiedział, bo pokazywała mocno swoje niezadowolenie z tym związane.
- To nie pomysły ojca są najgorsze. - Postanowiła mu przypomnieć o tym, kto w ich domu jest tym większym złem. Póki co matka jeszcze nie pokazywała rogów, ale kto wie, co może jeszcze zaprezentować podczas reszty tego spotkania. Nigdy nie wiadomo, czego się powinno po niej spodziewać. Gerry wydawało się jednak, że nieco ją zaskoczyła i chyba nie do końca tego się spodziewała. Cóż, zawsze powtarzała jej przecież, że jeśli się nie zmieni to nikt, nigdy się nią na pewno nie zainteresuje, musiała więc się nieco zdziwić kiedy przyprowadziła do domu kogoś takiego jak Roise. Nie ma się co oszukiwać, cieszył się on nienaganną opinią wśród czystokrwistych czarodziejów, trochę zazdrościła mu tego, że aż tak panował nad swoim zachowaniem podczas tych wszystkich spędów arystokracji, jej to nie zawsze wychodziło.
Sięgnęła po papierosa, wsadziła go sobie w usta i spoglądała na swojego chłopaka licząc na to, że odpali jej tę fajkę, bo nie miała przy sobie zapalniczki, musiała ją zostawić gdzieś na dole. Tak szybko chciała znaleźć się na górze obok niego, że zapomniała o takim podstawowym przedmiocie, który zawsze powinna mieć przy sobie.
Nie miała pojęcia, jak wyglądały standardowe praktyki, bo cóż, był to pierwszy raz kiedy przyprowadziła kogoś oficjalnie do domu. Sama nie miała pojęcia, czego właściwie powinna się spodziewać. To było zupełnie nowe, musiała więc po prostu sprawdzić, jak właściwie to wygląda. Nie przeszkadzało jej to jakoś specjalnie, była przecież u siebie, miała świadomość, że jej rodzice bywali różni, ale na pewno nie zamierzali w jakikolwiek sposób zrazić do siebie kogoś na komu zależało Yaxleyównie. Zawsze okazywali swoją aprobatę, nawet przyjaciołom dziewczyny, nie sądziła, żeby tym razem mogło być inaczej.
Zresztą Roise miał wszystko, co było mile widziane, aby związać się z kimś jej pokroju, nie ma się co oszukiwać, ona nie miałaby problemu z tym, aby przyznać, że w tym wypadku wydawał się być lepszą partią od niej, bo jej reputacja była różna. Mówiono w towarzystwie o jej nieokrzesanym charakterze trochę zbyt często.
- Tak właściwie? - Zmrużyła na chwilę oczy i próbowała ubrać myśli w słowa.
- Nie bardzo, Jennifer się trochę zdziwiła, ale nie pytała jeszcze o termin naszego ślubu, więc chyba nie jest tak źle. - Tak, próbowała zażartować, miała świadomość jak wyglądało to w towarzystwie, czasem przy pierwszych spotkaniach niektórzy nestorzy oczekiwali jakichś konkretniejszych informacji na temat planów na przyszłość. Tutaj zdecydowanie wyglądało to inaczej. - Zastanawiali się, kiedy udało mi się sprowadzić cię na manowce, myśleli, że podczas którejś z twoich wizyt w tym miejscu. - Co właściwie mogło mieć miejsce i również byłoby nie najgorszą historią.