04.11.2024, 01:45 ✶
- Jeśli chcesz w dalszym ciągu polować sama to chyba nie musisz tego robić od razu - zmarszczył czoło w zastanowieniu. - Dotychczas radziłaś sobie bez tego. Ze zwierzętami. Z ludzi to inna sprawa. Tu powinnaś być przygotowana - podkreślił znacząco, choć ufał jej osądowi i temu, że skoro mówiła mu, że w dalszym ciągu poluje głównie na własną rękę i poza większymi ludzkimi siedzibami to tak rzeczywiście jest.
Chociaż tamte wydarzenia z Doliny Godryka zapewne mogłyby się nie powtórzyć, gdyby zastosowała jakieś metody ochrony terenu, na którym działała. Z drugiej strony to powinna być odpowiedzialność właścicieli, ale tym nie można było ufać - szkoda, że przekonali się o tym po fakcie, ale mądry czarodziej po szkodzie. Musieli być znacznie bardziej przezorni.
- Wiem. Pamiętam - mimowolnie wymownie się przy tym uśmiechnął, znacząco kląskając językiem o podniebienie. - Startowałaś do wszystkich. Żywych czy martwych. To było... ...trudno to jednak nazwać odwagą, wiesz? To raczej ta gryfońska porywczość - zawyrokował czując się w pełni upoważniony, aby o tym mówić.
Bądź co bądź stosunkowo wcześnie dostał przedsmak tego, co później trochę ugryzło go w dupę, bo w żadnym momencie, gdy się działo nie był w stanie przewidzieć pełni konsekwencji. A los postanowił zabawić się w wielokrotną przewrotność. Te ścieżki w dalszym ciągu były niezbadane. Nawet po tak długim czasie.
- Mów mi tak dalej - poruszył brwiami w wyrazie samozadowolenia, którego tam wcale nie było - nieważne jak bardzo starał się zabrzmieć dumnie i radośnie, w dalszym ciągu nie był z siebie tak zadowolony jak powinien być.
Nie dopóki wiedział, że może zrobić więcej. To była bardzo uporczywa myśl. Siedziała mu w głowie od wielu dni. Nie: od tygodni. Cały czas było za mało. Szczególnie, gdy tamci nadal rośli w siłę.
- Mniej więcej o to nam tu teraz chodzi - skwitował kiwnięciem głowy zadowolony z tego, że byli na tej samej stronie. - Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo - tym razem uniósł wzrok gdzieś ponad jej ramię i wykrzywił wargi w przelotnym grymasie.
Lata pracy z ludźmi z różnych środowisk potrafiły otworzyć oczy jak nic innego. Do pewnego stopnia pozbawiały złudzeń w taki sposób, że mogłoby się wydawać, że widziało się już dosłownie wszystko, ale wtedy przychodził ten jeden konkretny dzień, gdy granica znowu się przesuwała.
Tak naprawdę nie wiedział czy w ogóle istnieje jakieś dno. Coś tak złego i wypaczonego, że nie da się postąpić jeszcze gorzej. Nie chciał być tego świadkiem, ale już dawno zaczął dostrzegać, że ich życie przestało być koncertem życzeń. Musieli po prostu starać się radzić sobie z tym najlepiej jak potrafią. Oczekiwać najlepszego, ale szykować się na najgorsze.
Wojna wyciągała z ludzi najpaskudniejsze żądze. Zmieniała prawych czarodziejów w karykatury bojowników o wolność gotowe odpowiadać złem na zło. To nawet nie była hipokryzja. Nigdy nie uważał się za dobrego człowieka. Nie usiłował być niczyim zbawcą, nie głosił wszem i wobec, że jego charakter jest nieskalany żadnymi wątpliwymi uczynkami.
Moralność Ambroisa była płynna. Tak samo jak metody, do których był w stanie się posunąć, gdy sądził, że nie ma żadnego lepszego wyboru. Nigdy nie chodziło o postępowanie właściwie. Zawsze o czynienie tego, co miało przynieść najbardziej wyraźny efekt. Środki nie miały znaczenia, gdy cel był uświęcony na długo przed tym jak udawało mu się go osiągnąć.
Wyższe dobro - nie kłamał, gdy mówił, co to dla niego obecnie oznaczało. Od wielu lat było dokładnie tym samym. Wszystko inne się zmieniało, ale co do tego jednego nie miał nawet odrobiny wątpliwości. Wybór zawsze był jeden. Gdyby z jakiegoś powodu przyszło mu stanąć przed dylematem, tak naprawdę wcale by go nie miał. Ta świadomość momentami go przerastała.
Bywały sytuację, w których czuł się przytłoczony własnymi rozważaniami i wnioskami, które w ostatnim czasie szły zbyt daleko swoimi ścieżkami. Nie tym, co czuł, ale jaki to miało na niego wpływ. Intensywnością reakcji, natłokiem myśli budzących go nad ranem, gdy jeszcze nie wstało słońce. Nie mówił o tym na głos. Chyba nie był w stanie, ale nie wątpił, że to zauważała.
Tak jak on dostrzegał wszelkie drobne zmiany w niej. Zachodziły w Geraldine od czasu tamtego dnia, gdy oboje próbowali zapewniać się, że to nie była ich wojna. Nigdy nie powinni angażować się w cudzą walkę, ale w jednej niekontrolowanej chwili zrobili ku temu pierwszy krok. Tak jak on wiele lat temu na Nokturnie, tak teraz oboje wstąpili na drogę, z której nie dało się zawrócić. Mogli w dalszym ciągu starać się nie wysyłać jasnych sygnałów do otoczenia, starać się jeszcze bardziej nie mieszać, zabezpieczać swoje miejsce na ziemi i siebie nawzajem, ale to nie zmieniało jednego: zbroili się.
A to oznaczało, że uznali tę walkę za swoją. To, że żadne z nich nie mówiło tego na głos nie zmieniało tego, że szykowali się na konieczność zapewnienia sobie furtki awaryjnej, gdy nadejdzie czas i ktoś wreszcie zaburzy ich złudny spokój. Nie jeśli - gdy. Mieli w tym siebie nawzajem, przynajmniej w tyle mogli wierzyć, bo wszystko inne zmieniało się z chwili na chwilę. Nic już nie było stabilne ani takie same. Świat, który znali od dziecka rozpadał się na ich oczach.
Próbowali go sklejać, chronić. Przynajmniej ten niewielki kawałek. Małą połać terenu obecnie ogarniętą takim spokojem, że trudno byłoby uwierzyć, że może się tu zdarzyć coś złego. Pastelowe barwy nieba powoli przechodziły w błękit poranka, promienie wschodzącego słońca przebijały się przez mgłę rozświetlając ją pasmami. Było cicho. Nawet mewy jeszcze nie wyruszyły na łowy. Jedynie spokojny szum fal dawał o sobie nieustannie znać. To mogłoby być idylliczne miejsce na ziemi. Było nim przez wiele lat. Aż wreszcie nawet tutaj zaczął wdzierać się chłód inny niż mroźne porywy wiatru. Podstępny cień majaczył na pograniczu świadomości. Odganiali go, musieli włożyć w to tyle sił, ile byli w stanie. On czuł się za to odpowiedzialny. To stało się jego domeną, nawet jeśli był skory, by podzielić się swoją wiedzą. Jak niedostateczna była w jego oczach, bo chciałby wiedzieć więcej, umieć więcej, czuć się pewniej. Stać stabilnie na nogach jak ostoja, nie bujać się na falach jak boja.
- Nic nie muszę - to był odruch, bezwiedne przyzwyczajenie, żeby odpowiadać w ten sposób jeszcze zanim pomyślał o głębszym znaczeniu usłyszanych słów. - Nie poświęcam się. Obiecałem, że będę cię zawsze chronić. Dotrzymuję danego słowa - odrzekł spokojnie, cichym i opanowanym głosem, jakby to było coś, co mówiło samo przez siebie.
Był słownym człowiekiem. W tym wszystkim zostało mu chyba już tylko to. Mógł o sobie powiedzieć naprawdę wiele. Nie zawsze zachowywał się właściwie. Miał skłonności do przesady, bywał porywczy, tłumił wiele myśli, nie wyciągał wniosków zanim nie stawał przed konsekwencjami. Często nawet później. Natomiast miał swoją pokrętną godność. To nie był honor, bo za honor się głupio ginie - wielokrotnie był tego świadkiem. To była głęboka godność wynikająca z życia w zgodzie ze sobą.
Gdyby kiedykolwiek naruszył dane jej słowo, czułby się ze sobą jak ostatni śmieć. Nie brał tego pod uwagę. Nie istniało nic, co byłoby w stanie sprowadzić go tak nisko. Niżej niż wszystko, co robił, żeby podtrzymać ich spokój i dotrzymać słowa.
- Zobaczymy - skwitował, jakby to było wyzwanie, kto dłużej wytrzyma w tamtym przejmującym zimnie zanim stchórzy i umknie do ciepłego domu.
Mimo to wolał nie testować tego w praktyce, jak najszybciej załatwić resztę rutyny a następnie przejść do znacznie milszych sposobów spędzania poranka. Szczególnie, że dziś nie wybierał się nigdzie do Londynu ani gdziekolwiek indziej. Jeśli ona również nie miała takich planów, mieli dla siebie cały długi dzień. Wczesnoporanne wstawanie miało swoje bardzo przyjemne konsekwencje.
- Przykro mi? - Tak właściwie to nie czuł się winny, że nie może odpowiedzieć w inny sposób.
Robił coś, co jest właściwe. Nie poświęcał się. Nie odczuwał tego w ten sposób. Raczej wpadał w rytm działania i nie zamierzał przestawać dopóki nie skończy wszystkiego, co ma zaplanowane na najbliższe dwadzieścia, góra trzydzieści minut. Rutyna tego typu wymagała czasu, nawet jeśli nie miał cierpliwości, która by to wszystko ułatwiała.
- W górach nie bywa jeszcze chłodniej? - Spytał z uniesieniem brwi, bo tak właściwie to nie miał okazji spędzić wielu zim w tamtych rejonach, ale pamiętał co najmniej trzy gwałtowne burze śnieżne na terenach Snowdonii i wszystkie były co najmniej tak lodowato zimne jak ten mroźny poranek.
Z tym, że towarzyszyły im silniejsze podmuchy wiatru, gruby i ciężki śnieg, głębokie wycie i całkowity brak widoczności. Ten klimat był przy tym raczej pestką. Szczególnie, że widzieli światła domu, w którym wkrótce mogli się na powrót skryć i nie wyściubiać stamtąd nosa.
- Będzie idealnym porankiem - kiwnął głową z błyskiem w oku, po czym nieznacznie się przed nią skłonił, wskazując ręką na głaz.
Dochodząc na miejsce sięgnął do kieszeni po sakiewkę pełną pylistej, sypkiej, ale jednocześnie ciężkiej zawartości.
- Chcesz czynić honory? - Spytał, wyciągając woreczek w stronę dziewczyny. - Czarna sól. Będziemy tworzyć okrąg dookoła domu między punktami ze świec nasączonych olejkiem cytrynowym. Wokół granic pierwszego okręgu. Całe szczęście nie wieje ani nie pada, stąd w ogóle myślę, że damy radę to zrobić. Nie przejmuj się śniegiem, po prostu syp po liniach. W innym wypadku wstrzymalibyśmy się do wiosny do roztopów, ale sądzę, że i tak warto spróbować - stwierdził, jednocześnie wyciągając jedną z grubych czarnych woskowych świec, żeby zaprezentować to, o czym mówił.
- Postaraj się wyciszyć umysł, skupić się na intencji ochrony domu, nie mówić, jeśli to nie jest konieczne. Skoncentruj się na tej jednej czynności. Później przyjdzie pora na kolejne. Chyba, że chcesz mieć całość obrazu już teraz - to było pytanie, mimo że nie zadał go tym tonem.
Chociaż tamte wydarzenia z Doliny Godryka zapewne mogłyby się nie powtórzyć, gdyby zastosowała jakieś metody ochrony terenu, na którym działała. Z drugiej strony to powinna być odpowiedzialność właścicieli, ale tym nie można było ufać - szkoda, że przekonali się o tym po fakcie, ale mądry czarodziej po szkodzie. Musieli być znacznie bardziej przezorni.
- Wiem. Pamiętam - mimowolnie wymownie się przy tym uśmiechnął, znacząco kląskając językiem o podniebienie. - Startowałaś do wszystkich. Żywych czy martwych. To było... ...trudno to jednak nazwać odwagą, wiesz? To raczej ta gryfońska porywczość - zawyrokował czując się w pełni upoważniony, aby o tym mówić.
Bądź co bądź stosunkowo wcześnie dostał przedsmak tego, co później trochę ugryzło go w dupę, bo w żadnym momencie, gdy się działo nie był w stanie przewidzieć pełni konsekwencji. A los postanowił zabawić się w wielokrotną przewrotność. Te ścieżki w dalszym ciągu były niezbadane. Nawet po tak długim czasie.
- Mów mi tak dalej - poruszył brwiami w wyrazie samozadowolenia, którego tam wcale nie było - nieważne jak bardzo starał się zabrzmieć dumnie i radośnie, w dalszym ciągu nie był z siebie tak zadowolony jak powinien być.
Nie dopóki wiedział, że może zrobić więcej. To była bardzo uporczywa myśl. Siedziała mu w głowie od wielu dni. Nie: od tygodni. Cały czas było za mało. Szczególnie, gdy tamci nadal rośli w siłę.
- Mniej więcej o to nam tu teraz chodzi - skwitował kiwnięciem głowy zadowolony z tego, że byli na tej samej stronie. - Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo - tym razem uniósł wzrok gdzieś ponad jej ramię i wykrzywił wargi w przelotnym grymasie.
Lata pracy z ludźmi z różnych środowisk potrafiły otworzyć oczy jak nic innego. Do pewnego stopnia pozbawiały złudzeń w taki sposób, że mogłoby się wydawać, że widziało się już dosłownie wszystko, ale wtedy przychodził ten jeden konkretny dzień, gdy granica znowu się przesuwała.
Tak naprawdę nie wiedział czy w ogóle istnieje jakieś dno. Coś tak złego i wypaczonego, że nie da się postąpić jeszcze gorzej. Nie chciał być tego świadkiem, ale już dawno zaczął dostrzegać, że ich życie przestało być koncertem życzeń. Musieli po prostu starać się radzić sobie z tym najlepiej jak potrafią. Oczekiwać najlepszego, ale szykować się na najgorsze.
Wojna wyciągała z ludzi najpaskudniejsze żądze. Zmieniała prawych czarodziejów w karykatury bojowników o wolność gotowe odpowiadać złem na zło. To nawet nie była hipokryzja. Nigdy nie uważał się za dobrego człowieka. Nie usiłował być niczyim zbawcą, nie głosił wszem i wobec, że jego charakter jest nieskalany żadnymi wątpliwymi uczynkami.
Moralność Ambroisa była płynna. Tak samo jak metody, do których był w stanie się posunąć, gdy sądził, że nie ma żadnego lepszego wyboru. Nigdy nie chodziło o postępowanie właściwie. Zawsze o czynienie tego, co miało przynieść najbardziej wyraźny efekt. Środki nie miały znaczenia, gdy cel był uświęcony na długo przed tym jak udawało mu się go osiągnąć.
Wyższe dobro - nie kłamał, gdy mówił, co to dla niego obecnie oznaczało. Od wielu lat było dokładnie tym samym. Wszystko inne się zmieniało, ale co do tego jednego nie miał nawet odrobiny wątpliwości. Wybór zawsze był jeden. Gdyby z jakiegoś powodu przyszło mu stanąć przed dylematem, tak naprawdę wcale by go nie miał. Ta świadomość momentami go przerastała.
Bywały sytuację, w których czuł się przytłoczony własnymi rozważaniami i wnioskami, które w ostatnim czasie szły zbyt daleko swoimi ścieżkami. Nie tym, co czuł, ale jaki to miało na niego wpływ. Intensywnością reakcji, natłokiem myśli budzących go nad ranem, gdy jeszcze nie wstało słońce. Nie mówił o tym na głos. Chyba nie był w stanie, ale nie wątpił, że to zauważała.
Tak jak on dostrzegał wszelkie drobne zmiany w niej. Zachodziły w Geraldine od czasu tamtego dnia, gdy oboje próbowali zapewniać się, że to nie była ich wojna. Nigdy nie powinni angażować się w cudzą walkę, ale w jednej niekontrolowanej chwili zrobili ku temu pierwszy krok. Tak jak on wiele lat temu na Nokturnie, tak teraz oboje wstąpili na drogę, z której nie dało się zawrócić. Mogli w dalszym ciągu starać się nie wysyłać jasnych sygnałów do otoczenia, starać się jeszcze bardziej nie mieszać, zabezpieczać swoje miejsce na ziemi i siebie nawzajem, ale to nie zmieniało jednego: zbroili się.
A to oznaczało, że uznali tę walkę za swoją. To, że żadne z nich nie mówiło tego na głos nie zmieniało tego, że szykowali się na konieczność zapewnienia sobie furtki awaryjnej, gdy nadejdzie czas i ktoś wreszcie zaburzy ich złudny spokój. Nie jeśli - gdy. Mieli w tym siebie nawzajem, przynajmniej w tyle mogli wierzyć, bo wszystko inne zmieniało się z chwili na chwilę. Nic już nie było stabilne ani takie same. Świat, który znali od dziecka rozpadał się na ich oczach.
Próbowali go sklejać, chronić. Przynajmniej ten niewielki kawałek. Małą połać terenu obecnie ogarniętą takim spokojem, że trudno byłoby uwierzyć, że może się tu zdarzyć coś złego. Pastelowe barwy nieba powoli przechodziły w błękit poranka, promienie wschodzącego słońca przebijały się przez mgłę rozświetlając ją pasmami. Było cicho. Nawet mewy jeszcze nie wyruszyły na łowy. Jedynie spokojny szum fal dawał o sobie nieustannie znać. To mogłoby być idylliczne miejsce na ziemi. Było nim przez wiele lat. Aż wreszcie nawet tutaj zaczął wdzierać się chłód inny niż mroźne porywy wiatru. Podstępny cień majaczył na pograniczu świadomości. Odganiali go, musieli włożyć w to tyle sił, ile byli w stanie. On czuł się za to odpowiedzialny. To stało się jego domeną, nawet jeśli był skory, by podzielić się swoją wiedzą. Jak niedostateczna była w jego oczach, bo chciałby wiedzieć więcej, umieć więcej, czuć się pewniej. Stać stabilnie na nogach jak ostoja, nie bujać się na falach jak boja.
- Nic nie muszę - to był odruch, bezwiedne przyzwyczajenie, żeby odpowiadać w ten sposób jeszcze zanim pomyślał o głębszym znaczeniu usłyszanych słów. - Nie poświęcam się. Obiecałem, że będę cię zawsze chronić. Dotrzymuję danego słowa - odrzekł spokojnie, cichym i opanowanym głosem, jakby to było coś, co mówiło samo przez siebie.
Był słownym człowiekiem. W tym wszystkim zostało mu chyba już tylko to. Mógł o sobie powiedzieć naprawdę wiele. Nie zawsze zachowywał się właściwie. Miał skłonności do przesady, bywał porywczy, tłumił wiele myśli, nie wyciągał wniosków zanim nie stawał przed konsekwencjami. Często nawet później. Natomiast miał swoją pokrętną godność. To nie był honor, bo za honor się głupio ginie - wielokrotnie był tego świadkiem. To była głęboka godność wynikająca z życia w zgodzie ze sobą.
Gdyby kiedykolwiek naruszył dane jej słowo, czułby się ze sobą jak ostatni śmieć. Nie brał tego pod uwagę. Nie istniało nic, co byłoby w stanie sprowadzić go tak nisko. Niżej niż wszystko, co robił, żeby podtrzymać ich spokój i dotrzymać słowa.
- Zobaczymy - skwitował, jakby to było wyzwanie, kto dłużej wytrzyma w tamtym przejmującym zimnie zanim stchórzy i umknie do ciepłego domu.
Mimo to wolał nie testować tego w praktyce, jak najszybciej załatwić resztę rutyny a następnie przejść do znacznie milszych sposobów spędzania poranka. Szczególnie, że dziś nie wybierał się nigdzie do Londynu ani gdziekolwiek indziej. Jeśli ona również nie miała takich planów, mieli dla siebie cały długi dzień. Wczesnoporanne wstawanie miało swoje bardzo przyjemne konsekwencje.
- Przykro mi? - Tak właściwie to nie czuł się winny, że nie może odpowiedzieć w inny sposób.
Robił coś, co jest właściwe. Nie poświęcał się. Nie odczuwał tego w ten sposób. Raczej wpadał w rytm działania i nie zamierzał przestawać dopóki nie skończy wszystkiego, co ma zaplanowane na najbliższe dwadzieścia, góra trzydzieści minut. Rutyna tego typu wymagała czasu, nawet jeśli nie miał cierpliwości, która by to wszystko ułatwiała.
- W górach nie bywa jeszcze chłodniej? - Spytał z uniesieniem brwi, bo tak właściwie to nie miał okazji spędzić wielu zim w tamtych rejonach, ale pamiętał co najmniej trzy gwałtowne burze śnieżne na terenach Snowdonii i wszystkie były co najmniej tak lodowato zimne jak ten mroźny poranek.
Z tym, że towarzyszyły im silniejsze podmuchy wiatru, gruby i ciężki śnieg, głębokie wycie i całkowity brak widoczności. Ten klimat był przy tym raczej pestką. Szczególnie, że widzieli światła domu, w którym wkrótce mogli się na powrót skryć i nie wyściubiać stamtąd nosa.
- Będzie idealnym porankiem - kiwnął głową z błyskiem w oku, po czym nieznacznie się przed nią skłonił, wskazując ręką na głaz.
Dochodząc na miejsce sięgnął do kieszeni po sakiewkę pełną pylistej, sypkiej, ale jednocześnie ciężkiej zawartości.
- Chcesz czynić honory? - Spytał, wyciągając woreczek w stronę dziewczyny. - Czarna sól. Będziemy tworzyć okrąg dookoła domu między punktami ze świec nasączonych olejkiem cytrynowym. Wokół granic pierwszego okręgu. Całe szczęście nie wieje ani nie pada, stąd w ogóle myślę, że damy radę to zrobić. Nie przejmuj się śniegiem, po prostu syp po liniach. W innym wypadku wstrzymalibyśmy się do wiosny do roztopów, ale sądzę, że i tak warto spróbować - stwierdził, jednocześnie wyciągając jedną z grubych czarnych woskowych świec, żeby zaprezentować to, o czym mówił.
- Postaraj się wyciszyć umysł, skupić się na intencji ochrony domu, nie mówić, jeśli to nie jest konieczne. Skoncentruj się na tej jednej czynności. Później przyjdzie pora na kolejne. Chyba, że chcesz mieć całość obrazu już teraz - to było pytanie, mimo że nie zadał go tym tonem.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down