04.11.2024, 02:21 ✶
Prawdopodobnie gdyby nie stojąca między nimi Geraldine, zareagowałby gorzej niż wyłącznie uchylając się od wymierzonego w niego ciosu. Nie zwykł zachowywać się jak pizda. Nie odskakiwał w bok przy fizycznej konfrontacji. Nie wił się jak węgorz - nie był w stanie przez swoją wrodzoną przypadłość, więc przywykł do załatwiania sprawy dziką siłą.
Z tym, że nieważne, co by się stało, on również nie posunąłby się do tego, żeby skrzywdzić przy tym Yaxleyównę. Stawiał granicę na długo przed tym, gdy mogłoby dojść do czegoś, po czym nie mógłby spojrzeć ani jej, ani sobie w oczy. Być może był niezaprzeczalnie fatalny w okazywaniu jakichkolwiek uczuć, które nim targały, ale był tu po to, żeby ją chronić. W dalszym ciągu trzymał się obietnicy sprzed lat, nawet jeśli wszystko inne dawno rozsypało się w popiół.
Mógł wziąć ten odwet, gdy stąd wyjdą. Zatrzymał się na tej myśli, gdy dotarło do niego, że powinni skupić się na innym celu. Sobą mogli zająć się później, bo zdecydowanie nie zamierzał odpuścić. Jedynie odkładał konfrontację, choć wzrokiem nadal zabijał szczurka. Próbował to przełknąć, nawet jeśli zwlekanie paliło mu przełyk.
Co prawda zaczął otwierać usta, żeby wysyczeć coś w zgodzie ze sobą, ale wtedy znowu coś do niego dotarło. Kolejny obuch w głowę. Tym razem niespodziewany, bo dochodzący od strony Thomasa, któremu próbował pomóc zanim wytrącono go z równowagi. Teraz ponownie skierował wzrok w tamtą stronę...
...zamarł. Zastygł w miejscu na ten widok, na dźwięk, niewyobrażalny koszmar rozlewający się w nim jak trucizna. Tylko jeden raz wcześniej był w tym stanie świadomości, której nie chciał być świadomy, ale nawet wtedy nie czuł się tak.
Jak dzikie zwierzę złapane w potrzask. Z rozszerzonymi oczami, którymi wodził w jedną i drugą stronę, bo zastygłe ciało nie chciało współpracować a serce niemal wyrywało mu się przez gardło.
Zawalał. Wiedział, że tak jest. To się stało. Działo się jednocześnie teraz i wcześniej, jakby w swojej głowie przeżywał dwie linie czasowe na raz. Może trzy. Nie był już niczego pewien. Wyłącznie własnej kurewskiej bezradności. Wszystko działo się zarazem tak szybko i tak powolno, by mógł dostrzec każdy pierdolony element, nie widząc jednocześnie niczego.
Prawdopodobnie nawet nie spodziewając się policzka, który nadszedł, a który jeśli trafił go w twarz to był pierwszym fizycznym bodźcem mogącym dać Greengrassowi poczucie osadzenia w rzeczywistości. Bo tak się ironicznie składało, że fizyczny ból był mu kojąco znany. Był najbardziej przyjaznym gestem nieprzyjaciela, jaki Crow mógł mu zafundować.
Z tym, że nieważne, co by się stało, on również nie posunąłby się do tego, żeby skrzywdzić przy tym Yaxleyównę. Stawiał granicę na długo przed tym, gdy mogłoby dojść do czegoś, po czym nie mógłby spojrzeć ani jej, ani sobie w oczy. Być może był niezaprzeczalnie fatalny w okazywaniu jakichkolwiek uczuć, które nim targały, ale był tu po to, żeby ją chronić. W dalszym ciągu trzymał się obietnicy sprzed lat, nawet jeśli wszystko inne dawno rozsypało się w popiół.
Mógł wziąć ten odwet, gdy stąd wyjdą. Zatrzymał się na tej myśli, gdy dotarło do niego, że powinni skupić się na innym celu. Sobą mogli zająć się później, bo zdecydowanie nie zamierzał odpuścić. Jedynie odkładał konfrontację, choć wzrokiem nadal zabijał szczurka. Próbował to przełknąć, nawet jeśli zwlekanie paliło mu przełyk.
Co prawda zaczął otwierać usta, żeby wysyczeć coś w zgodzie ze sobą, ale wtedy znowu coś do niego dotarło. Kolejny obuch w głowę. Tym razem niespodziewany, bo dochodzący od strony Thomasa, któremu próbował pomóc zanim wytrącono go z równowagi. Teraz ponownie skierował wzrok w tamtą stronę...
...zamarł. Zastygł w miejscu na ten widok, na dźwięk, niewyobrażalny koszmar rozlewający się w nim jak trucizna. Tylko jeden raz wcześniej był w tym stanie świadomości, której nie chciał być świadomy, ale nawet wtedy nie czuł się tak.
Jak dzikie zwierzę złapane w potrzask. Z rozszerzonymi oczami, którymi wodził w jedną i drugą stronę, bo zastygłe ciało nie chciało współpracować a serce niemal wyrywało mu się przez gardło.
Zawalał. Wiedział, że tak jest. To się stało. Działo się jednocześnie teraz i wcześniej, jakby w swojej głowie przeżywał dwie linie czasowe na raz. Może trzy. Nie był już niczego pewien. Wyłącznie własnej kurewskiej bezradności. Wszystko działo się zarazem tak szybko i tak powolno, by mógł dostrzec każdy pierdolony element, nie widząc jednocześnie niczego.
Prawdopodobnie nawet nie spodziewając się policzka, który nadszedł, a który jeśli trafił go w twarz to był pierwszym fizycznym bodźcem mogącym dać Greengrassowi poczucie osadzenia w rzeczywistości. Bo tak się ironicznie składało, że fizyczny ból był mu kojąco znany. Był najbardziej przyjaznym gestem nieprzyjaciela, jaki Crow mógł mu zafundować.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down