04.11.2024, 15:05 ✶
Wszystko dziejące się w tym momencie docierało do niego jak zza falującej ściany wody. Obraz przed jego oczami był wyraźny, ale wszystkie dźwięki wydawały się wypaczone, jakby znalazł się pod powierzchnią. Krzyki jednocześnie do niego docierały i odbijały się od jego uszu wypełnionych buzującą krwią, odgłosem przyspieszonego bicia serca i czymś jeszcze, czego nie był w stanie nazwać, bo tak właściwie mało co rozumiał. Dostrzegał wiele, ale jednocześnie nic.
Nawet tej siły, która przyłożyła mu w twarz, gdy stał tak wmurowany w ziemię. Niby wpatrzony we wszystko, ale niezaprzeczalnie pogrążony w całkowicie innym świecie. Prócz tamtego jednego momentu w Kniei, nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się tak zastygnąć. To nie było zgodne z tym jak postępował w obliczu zagrożenia. Niejednokrotnie wcześniej również śmiertelnego, grożącego nie jemu a w dalszym ciągu najbliższej mu osobie.
Nawet pomimo upływu miesięcy, skrzętnie utrzymywanych pozorów, dystansu i chłodu to nie było coś, co miało się zmienić. Wręcz przeciwnie: wszystkie te działania miały na celu dotrzymanie tej nadrzędnej obietnicy. Jego zaangażowanie w misję było całkowicie jasne. To, co powiedział wtedy w korytarzu tyczyło się także jego samego. Podejmował świadome ryzyko, bo uważał, że cel uświęcał środki.
Sobą od dawna się nie przejmował - był świadomy obranej ścieżki, podjętych decyzji i tego, że prawdopodobnie skończy źle. To było coś, co był w stanie zaakceptować. W przeciwieństwie do tego, że zamiast faktycznie zrobić wszystko niezależnie od kosztów, zawalał bardziej niż kiedykolwiek. Nie rozumiał tego, co się stało, że zamarł w miejscu wbrew sobie.
Nie uniósł ręki do twarzy. Piekący ból nie był niczym szczególnym, niezwykłym. Nie spowodował u niego żadnej wyraźnej reakcji poza zatoczeniem się. Zrobił pół kroku zanim odzyskał fizyczną równowagę. Psychicznie w dalszym ciągu czuł się tak, jakby był dalekim obserwatorem całej sytuacji, nie jej uczestnikiem. Zupełnie tak, jakby to wszystko było dawno napisaną sceną, która rozgrywała się raz za razem w pętli.
Nie miał żadnej kontroli nad przebiegiem zdarzeń. Wydarty plaskaczem usiłował wyprzeć to poczucie, odzyskać oddech. Uderzenie trochę go ocuciło. Na tyle, żeby dostrzegł Thomasa będącego praktycznie tuż obok, bo do tej pory skupiał wzrok na niezrozumiałym widoku. Ledwo spróbował cokolwiek pojąć a wszystko znowu przyspieszyło. Kolejne wydarzenia rozegrały się jedno po drugim.
Nadal nie czuł się sobą. Nie zachowywał się tak. Nie rzucił się w wir walki. Ciemny krąg był jedynym, co przyciągnęło jego wzrok. Odruchowo machnął różdżką, żeby przerwać wijące się linie tam, gdzie nie mógł trafić w żadną Geraldine. Chciał powstrzymać proces.
Rozproszenie (••) - chcę rozmazać tyle krwi ile się da przy pomocy zaklęcia, fiksując się na tym
Nawet tej siły, która przyłożyła mu w twarz, gdy stał tak wmurowany w ziemię. Niby wpatrzony we wszystko, ale niezaprzeczalnie pogrążony w całkowicie innym świecie. Prócz tamtego jednego momentu w Kniei, nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się tak zastygnąć. To nie było zgodne z tym jak postępował w obliczu zagrożenia. Niejednokrotnie wcześniej również śmiertelnego, grożącego nie jemu a w dalszym ciągu najbliższej mu osobie.
Nawet pomimo upływu miesięcy, skrzętnie utrzymywanych pozorów, dystansu i chłodu to nie było coś, co miało się zmienić. Wręcz przeciwnie: wszystkie te działania miały na celu dotrzymanie tej nadrzędnej obietnicy. Jego zaangażowanie w misję było całkowicie jasne. To, co powiedział wtedy w korytarzu tyczyło się także jego samego. Podejmował świadome ryzyko, bo uważał, że cel uświęcał środki.
Sobą od dawna się nie przejmował - był świadomy obranej ścieżki, podjętych decyzji i tego, że prawdopodobnie skończy źle. To było coś, co był w stanie zaakceptować. W przeciwieństwie do tego, że zamiast faktycznie zrobić wszystko niezależnie od kosztów, zawalał bardziej niż kiedykolwiek. Nie rozumiał tego, co się stało, że zamarł w miejscu wbrew sobie.
Nie uniósł ręki do twarzy. Piekący ból nie był niczym szczególnym, niezwykłym. Nie spowodował u niego żadnej wyraźnej reakcji poza zatoczeniem się. Zrobił pół kroku zanim odzyskał fizyczną równowagę. Psychicznie w dalszym ciągu czuł się tak, jakby był dalekim obserwatorem całej sytuacji, nie jej uczestnikiem. Zupełnie tak, jakby to wszystko było dawno napisaną sceną, która rozgrywała się raz za razem w pętli.
Nie miał żadnej kontroli nad przebiegiem zdarzeń. Wydarty plaskaczem usiłował wyprzeć to poczucie, odzyskać oddech. Uderzenie trochę go ocuciło. Na tyle, żeby dostrzegł Thomasa będącego praktycznie tuż obok, bo do tej pory skupiał wzrok na niezrozumiałym widoku. Ledwo spróbował cokolwiek pojąć a wszystko znowu przyspieszyło. Kolejne wydarzenia rozegrały się jedno po drugim.
Nadal nie czuł się sobą. Nie zachowywał się tak. Nie rzucił się w wir walki. Ciemny krąg był jedynym, co przyciągnęło jego wzrok. Odruchowo machnął różdżką, żeby przerwać wijące się linie tam, gdzie nie mógł trafić w żadną Geraldine. Chciał powstrzymać proces.
Rozproszenie (••) - chcę rozmazać tyle krwi ile się da przy pomocy zaklęcia, fiksując się na tym
Rzut N 1d100 - 62
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 56
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 65
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down