- Oczywiście, masz rację, to nie ma sensu, ale nie mogę Cię do tego przyzwyczajać, bo wtedy dopiero będziesz zadufany w sobie. Dbam o Ciebie. - Oczywiście to były tylko głupie żarty, które nie wzięły się z nikąd, jednak nie zamierzała przesadzać w tych wszystkich komplementach, bo wtedy zaczynały tracić na wartości. Co za dużo to niezdrowo, czy coś. Zresztą i tak już sobie robił z tych pokracznych słów, których kiedyś użyła całkiem niezłą pożywkę. Nie zamierzała dawać mu kolejnych powodów do tego, aby się z niej nabijał. Wystarczy, że dosyć często robiła to zupełnie nieświadomie i przypadkowo.
Wpatrywała się dłuższą chwilę w Ambroisa, jego spojrzenie faktycznie wyrażało więcej niż tysiąc słów. Próbowała się nie roześmiać po tym jego wymownym mhm, jednak miała z tym lekki problem, także po prostu się uśmiechała tłumiąc dźwięki w sobie. To wcale nie było takim prostym zadaniem, na szczęście dosyć szybko po prostu zaciągnęła się fajką i przeszła jej ta chwilowa głupawka.
Nie wszyscy mężczyźni traktowali kobiety w odpowiedni sposób, miała tego świadomość. Sama wiele razy musiała udowadniać swoją wartość chociażby w sprawach służbowych, co wcale nie należało do szczególnie przyjemnych rozwiązań. Nie znosiła tego lekceważenia. U niej w domu zdecydowanie było zupełnie inaczej. To ta ładniejsza płeć miała więcej do powiedzenia, ojciec na pewno by z tym nawet nie dyskutował, bo nie dało się tego nie zauważyć. Może przez to też zawsze lubiła stawiać na swoim, to przecież też nie wzięło się znikąd.
Przy Greengrassie nie czuła się jak człowiek gorszej kategorii, co naprawdę było dla niej istotne. To była jedna z tych rzeczy, których nie byłaby w stanie znieść. Ceniła sobie to, że traktowali się jak równi, nie mieli problemu z tym, aby wysłuchać zdanie drugiej strony i się do niego ustosunkować. To partnerstwo bardzo jej odpowiadało. Wiedziała, że nie istnieje rzecz, o której nie mogłaby mu powiedzieć. Nie lekceważył jej.
- Ktoś musi mieć głowę na karku, bo nim się obejrzysz wszystko załatwią i wylądujemy przed Matką bez możliwości ucieczki. - Zdawała sobie sprawę, że niekiedy osoby jak oni nie mieli zbyt wiele do powiedzenia w takich sprawach. Mimo, że faktycznie uważała, że Roise był miłością jej życia, to nie wydawało jej się, aby powinni się spieszyć z tymi całymi formalnościami. Dopiero mieli możliwość się sobą nacieszyć i chciałaby, żeby ta sielanka trwała jak najdłużej. Kiedyś pewnie będzie się można zastanowić nad kolejnym krokiem, ale przecież na wszystko mieli czas. Nie należeli do osób, które podejmowały decyzję po to, aby zadowolić kogokolwiek. To oni mieli być gotowi do podjęcia takiej decyzji, nie ich rodziny. Zresztą od lat całkiem zgrabnie udawało im się unikać jakichś poważniejszych deklaracji, które mogły zostać na nich wymuszone.
- Lepiej się przygotować, niż pozwolić aby grunt zaczął się sypać pod nogami. - Jasne, w tym przypadku to nie byłaby jakaś tragedia, bo wiedziała, że chce spędzić u jego boku resztę życia, jednak wolała sama decydować o tym, w jaki sposób to zrobią. Uważała, że będą w stanie podejmować racjonalne decyzje, które będą dotyczyły ich wspólnej przyszłości. Nigdzie nie musieli się spieszyć, wręcz przeciwnie. Mogli pozwolić sobie na to, aby zrobić to po swojemu jak wszystko inne. Nie byli kolejną typową parą, bardzo cenili sobie swoją niezależność, czy to jako jednostki, czy teraz jako para.
- Och, nie zauważyłeś mojego entuzjazmu? To niedobrze. - Wykrzywiła usta w uśmiechu, wiedziała, że zaplanowanie tego nie było wcale takim głupim pomysłem, bo będą mogli odsuwać wszystko w czasie, bez większego problemu. - Przyjęcia, tak, to zdecydowanie mój żywioł, już nie mogę się ich doczekać, jak mniemam będziesz mi towarzyszył we wszystkich przygotowaniach? Dobrze, kiedy widać zaangażowanie obu stron. - Miała świadomość, że tak jak ona wprost uwielbia te schadzki, więc próbowała go wziąć teraz nieco pod włos. Powinien być zachwycony tym entuzjazmem. - Lammas, Mabon, Samhain, Yule, czy coś przegapiłam? - Zatrzepotała przy tym zupełnie niepozornie rzęsami. Na pewno znalazłyby się pomiędzy jeszcze jakieś okazje do urządzenia wystawnych przyjęć, każdy powód był dobry do świętowania.
- Do listopada zostało niewiele czasu, nie wiem, czy poradzisz sobie z Gerardem... - Znając życie to jeszcze by mu dopłacili do tego nieszczęsnego pierścionka, byleby pozbyć się problematycznej córki jak najszybciej spod swojego dachu, wolała jednak nie skłaniać się ku takim rozważaniom. W końcu opracowywali tylko hipotetyczny plan, który w ogóle nie miał wchodzić w grę. Swoją drogą to ich planowanie było całkiem zabawne. Może faktycznie te całe śluby mogły być niezłą zabawą? Szczególnie jeśli nie miało do nich zbyt szybko dochodzić.
- Tak, tak gorących, że chyba cię zupełnie przypadkiem poparzyłam. Niechcący. - Pamiętała tamten dzień, chociaż wolałaby zapomnieć, bo był to czas, kiedy zachowywała się jak rozpieszczony bachor. Aktualnie trochę tego żałowała, ale on wcale nie był w tym lepszy od niej. Żywili do siebie urazę, pokazywali niechęć, chociaż było to zupełnie niepotrzebne. Duma bywała naprawdę bardzo upierdliwą cechą, szczególnie kiedy żadna ze stron nie zamierzała jej chować do kieszeni. Uparte charaktery nie ułatwiały im egzystencji, nie ma się co oszukiwać.
Miała świadomość, że tamte reakcje były zdecydowanie za bardzo przesadzone, na szczęście na przestrzeni lat udało im się to przeskoczyć, właściwie to zakończyli ten chwilowy moment wyolbrzymionej nienawiści całkiem pozytywnie, chyba nie mogło się to skończyć lepiej.
- To prawda, nasz misterny plan mógłby się przez to sypnąć. - Na pewno nikt z jej bliskich nie byłby w stanie uwierzyć w aż takie kłamstwo. Wiedzieli o tym, że Yaxleyówna nie przepada za Mungiem, unikała wizyt w szpitalach, robiła to tylko wtedy kiedy nie miała innego wyboru, gdy było to koniecznością, a do tego uciekała stamtąd jak tylko szybko się dało. Nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzyłby w to, że udałoby się jej tam nawiązać jakąkolwiek, bliższą znajomość.
- Myślę, że powinno nas dzielić chociaż jedno krzesło, żeby nie daj Morgano nie dopuścić, żeby pojawiły się jakieś nieczyste myśli. - tak właściwie, to z przezorności, może nawet lepiej, aby to były dwa puste krzesła, tak to zdecydowanie powinno zadziałać. Nie będą myśleć o głupotach.
Przynajmniej przy stole, bo aktualnie na ciele Geraldine pojawiła się gęsia skórka, spowodowana całkiem przyjemnym dotykiem, jakże dobrze się stało, że faktycznie nie dzieliło ich teraz żadne krzesło, bo ominął by ją ten moment, w którym mogli sobie pozwolić na chociaż odrobinę bliskości.