04.11.2024, 20:35 ✶
- Nie idź w tym kierunku - spoważniał bez ostrzeżenia, obdarzając ukochaną twardszym spojrzeniem, bo doskonale dotarło do niego to, co kryło się pod jej słowami.
Nie chciał, żeby musiała brać na siebie zajmowanie się ochroną przed ludźmi mającymi wobec nich złe intencje. Wolał, aby pozostała przy samotnych polowaniach na zwierzęta, okazjonalnie go w nie włączając, ale ograniczyła kontakty z ludźmi. Czynnik ludzki był ryzykowny jeszcze przed nadejściem wojny. Obecnie stał się naprawdę skomplikowaną grą wymagającą nie tylko ostrożności, ale w razie czego również skłonności do instynktownego odpowiedzenia przemocą na przemoc. Nawet w sposób, którego nie dopuszczano w świetle prawa.
Jego ukochana była silna. Nie podważał tego. Potrafiła sobie radzić. Pokładał dużą wiarę w jej zaawansowane umiejętności. Wielokrotnie widział ją w akcji. Wiedział, że jest wręcz zabójczo skuteczna, ale nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby być zmuszona do wejścia na ścieżkę, z której nie było łatwego odwrotu. Już raz tam byli. Wspólnie zabili człowieka, jednak nawet wtedy instynktownie wziął na siebie faktyczny akt odebrania życia Rosierowi.
Nie chciał, żeby musiała żyć z krwią na rękach inną niż ta zwierzęca. Magiczne bestie go nie interesowały, ale to? Nie chciał, żeby się tym kalała. Nie przy nim. Nie, gdy był w pobliżu, żeby wziąć to na siebie, bo była jego świętością, jego moitié, lepszą połówką trzymającą go w ryzach, zawsze sprawiającą, że był w stanie pokonać trudności i przestawiać granice.
Nie idealizował jej tak jak ona z pewnością nie idealizowała jego. Znali się na wylot, ale w dalszym ciągu uważał, że jest lepsza. Tak po prostu. Nawet ze swoim uporem i zaciętością.
- Zadzierzystość? - Zasugerował, przy czym bez wahania odwzajemnił spojrzenie, ani na chwilę nie odwracając wzroku od jej niebieskich oczu, które w tym świetle przybrały kolor kwiatów barwinka. - Wichrzycielstwo? Gorąca krew? - Przygryzł wargę starając się nie uśmiechać. - Ułańska fantazja? - jak na zupełną improwizację i wymienianie pierwszych słów z brzegu, szło mu całkiem nieźle.
Nigdy nie dysponował zbyt szerokim zasobem słownictwa. Umiał wysławiać się w zależności od potrzeby. Zdarzało się, że mówił w piękny, kulturalny sposób będący w stanie oczarować wyrafinowane towarzystwo. Potrafił również nie przejmować się inwektywami i twardo przechodzić do rzeczy.
To nie tak, że był w tym ograniczony. Najzwyczajniej słowa nie były jego główną domeną, zdecydowanie preferował czyny. Mimo to całkiem łatwo mu przyszło znalezienie kilku bardziej odpowiednich zamienników dla gryfońskiej odwagi, która w jego oczach w dalszym ciągu była bardziej brawurą, ale ładnie okraszoną czarem osobistym i humorem.
- Poza tym jesteś straszną szelmą i łajzą - dopowiedział zaczepnie z błyskiem w oku, nachylając się, żeby poprawić nogawkę spodni, ale w rzeczywistości zbierając w dłoń trochę śniegu, który ułamek sekundy poleciał prosto w czubek głowy blondynki w towarzystwie kolejnego uśmiechu i krótkiego śmiechu.
- Największą - podkreślił to, jak bardzo potrafiła go tym doprowadzać do szaleństwa.
Teraz rozmawiali całkiem lekko. Wszystkie wypowiadane słowa padały gładko spomiędzy jego warg, ale nie zawsze było to takie proste. Bywały chwile, kiedy zastanawiał się nad tym, czy ta porywczość ich nie zgubi. Nie robił tego zbyt często, jednakże w ostatnim czasie nie mógł już tak łatwo ignorować myśli, że to, w jaki sposób żyli przez lata nie miało już bezpiecznego przełożenia na nową rzeczywistość.
Starali się odnaleźć w nowych realiach. Uważali, szczególnie po styczniowych wydarzeniach. Natomiast żadne z nich nie zwykło chować się po kątach. Nie mogli wiecznie unikać brania poważniejszych zleceń, bo to oznaczałoby utratę pozycji i przywilejów, na które pracowali od dekad. Jednocześnie Ambroise nie wyobrażał sobie machnąć ręką na informację, że od teraz Geraldine chciałaby zacząć wracać do dawnego trybu życia, bo ten tutaj nie był dla niej.
A wiedział, że nie był. Nie na dłuższą metę. Dla niego również nie. Oboje lubili swój zakątek z dala od Londynu. Mieszkało im się tu dobrze. Mieli tu ciszę i spokój. Mogli złapać kilka głębokich oddechów. Cenił sobie możliwość wyjścia rano na zewnątrz i zaciągnięcia się czystym, rześkim powietrzem o lekko słonym posmaku. Nie przeszkadzała mu konieczność dokonywania napraw, które zdawały się nie mieć końca.
Zabezpieczanie domu i terenu dookoła było naturalnym krokiem, nad którym nie musiał zbyt dużo myśleć. Nie zastanawiał się, co to oznacza. Czy zechcą tu pozostać na kolejne kilka tygodni, które już teraz zamieniło się w długie miesiące, czy postanowią zrobić coś innego. Ta decyzja nie została jeszcze podjęta, ale podświadomie czuł, że była całkiem blisko.
Oboje byli stanowczo zbyt przyzwyczajeni do innego trybu życia, który przez lata uczynili wspólnym i to nie miało ulec żadnej zmianie. Nie obawiał się o to, że nagle ich życie jeszcze bardziej wywróci się do góry nogami w tym zakresie. Natomiast zawodowo i mieszkalnie powinni być bardziej realistyczni. Nie mogli wiecznie chować głowy w piasek w swojej Piaskownicy, nawet jeśli otaczali ją bezpiecznymi zaklęciami.
Starał się oddalić od siebie myśli tego typu, bo stawiały ich przyszłość i stabilność życia pod znakiem zapytania a do ustawiania zabezpieczeń należało mieć przejrzyste, bardzo konkretne intencje. Nastawienie było jedną z głównych składowych udanej pracy. Może dlatego tego dnia zajmowało mu to aż tyle czasu?
Dopóki nie pojawiła się Geraldine, myśli Ambroisa mimowolnie raczej biły w strapione tony. Aktualnie czuł się już znacznie spokojniejszy, doceniał jej towarzystwo. Nawet w tej chwili wyciągnął dłoń, żeby musnąć wierzchem zaczerwieniony od wiatru policzek dziewczyny i strzepnąć resztki płatków śniegu z jej długich włosów.
- A powiesz mi, że jestem do tego najlepszą partią i idealnym kawalerem? - Spytał żartobliwie, w tej samej chwili nachylając się, żeby zamknąć jej kojąco ciepłe usta pocałunkiem, bo odpowiedź w żadnym wypadku nie była mu potrzebna.
Nie potrzebował utwierdzać się w tym przekonaniu. Szczególnie, że z całkiem dużą satysfakcją wracał myślami do tego, że co najmniej ta jedna prawda miała stać się nieaktualna. Liczył na to, że prędzej niż później, bo przecież nie sądził, aby którekolwiek z nich musiało weryfikować coś jeszcze. Nie potrzebował badać gruntu. Tak właściwie od lat wiedział, że nadejdzie ten moment, kiedy wszystko samo zacznie do siebie pasować. Elementy układanki pomieszały się wtedy kilka miesięcy temu, ale teraz pasowały do siebie jeszcze lepiej, jeśli to w ogóle było możliwe.
- Pytaj, jeśli potrzebujesz wiedzieć coś więcej - podkreślił świadomy tego, że nie może odpowiedzieć na wszystko, ale zamierzał postarać się tak jak tylko mógł.
To było coś znacznie bardziej zagmatwanego, kiedy nie znało się zbytnio teoretycznych podstaw wykonywanych czynności. W jego środowisku kładziono nacisk na cześć praktyczną. Maksymalnie upraszczano wszelkie reguły. Nie dawano zbyt wielu nazw ani nie posługiwano się żadnymi podręcznikowymi zwrotami. Na coś, co wprawiony ekspert nazwałby Aegis Terrarum mówiono coś w rodzaju Ziemny Zamek dodając do tego swoje prywatne akcenty. Obcuratio Terram było na tej samej zasadzie Niewidzialną Barierą, która ze względu na swoją ogólnikową nazwę mogła też oznaczać Aegis Protectus albo Protektio Territorialis. To nie było tak oczywiste jak mogłoby się wydawać.
Posłał jej kolejne pytające spojrzenie.
Po czym na ułamek sekundy wyszczerzył zęby w uśmiechu, widząc jak Yaxleyówna wywraca oczami na jego klasyczne słowa.
- Czasami jest mi przykro za moje zachowanie - rzucił wymijająco bez dodawania tego, co było jasne - tym razem nie miał wyrzutów sumienia z powodu narażania się na przeziębienie, bo potrafił o siebie zadbać.
Mieli w domu składzik eliksirów wyposażony znacznie lepiej niż w większości gospodarstw domowych. Nie brakowało im tam praktycznie nic, co mogłoby się przydać. W tym również na pierwsze objawy kataru, gorączki czy wychłodzenia.
Mieli też naprawdę pokaźną wannę, stały dopływ gorącej wody, rozmaite lecznicze sole, wyciągi z ziół, torebeczki z suszem do kąpieli. Herbaty w kuchni, której obsługa po tylu latach w dalszym ciągu bywała lekkim wyzwaniem, szczególnie gdy coś się psuło i nie dało się tego naprawić przy pomocy magii, ale nie bez powodu mieli również standardowe palenisko i kominek.
Jeśli miałby się pochorować to prawdopodobnie nie było lepszego miejsca, w którym mógłby to zrobić i osoby, która mimo braku medycznego przeszkolenia otoczyłaby go skuteczniejszą opieką. Szczególnie, że nawet przy wysokiej gorączce zazwyczaj upierał się przy tym, aby leczyć się sam i tylko od czasu do czasu przyjmować naprawdę miłe przejawy troski.
Pod tym kątem był niemal stereotypowym uzdrowicielem burczącym o tym, że zatkany nos to w żadnym razie nie jest choroba a marna wymówka, poniżej czterdziestu stopni to jeszcze nie koniec świata, natomiast na kaszel jest prawoślaz i do tego wszystkiego okazjonalny kieliszek nalewki z derenia na ognistej.
Pewne nawyki były trudne do wyplewienia. Nawet po tak wielu latach miewał problem z bycia ciężarem, toteż z powodzeniem przeciągał się przez około czternaście godzin od pierwszych symptomów (tyle ile wymagało to od niego kiedyś, żeby nie paść zanim nie wróci do domu).
Przez ten czas prychał, wywracał oczami, deklarował całkowicie dobre samopoczucie. Z tym, że później niejednokrotnie po prostu padał na łóżko i spędzał tam dwa czy trzy dni w półprzytomnym stanie. Wtedy albo wracając do dawnych przyzwyczajeń i nie chcąc przyjmować zbyt jawnej opieki. Albo wręcz przeciwnie - całkiem łagodniejąc i bez protestów wykonując wszystkie polecenia. Nie było nic pomiędzy. Zdecydowanie nie był najłatwiejszym chorym.
W tej chwili w żadnym razie nie planował wpadać w pułapkę trudnych warunków atmosferycznych. Był całkiem ciepło ubrany. Przynajmniej, jeśli nie brać pod uwagę braku rękawiczek i czapki. Tych pierwszych z uwagi na to, że nie chciał ich zniszczyć a robocze zielarskie były zbyt grube. Natomiast czapek najzwyczajniej nie lubił. Możliwe, że tego dnia wszystkie czynności zajmowały mu dłużej, bo czuł się trochę bardziej rozkojarzony niż zwykle, ale zamierzał zbyć to machnięciem ręki... ...albo różdżki.
Zdecydowanie zbyć to machnięciem różdżki, bo mieli jeszcze trochę do pomachania, skoro Geraldine wyraziła chęć towarzyszenia mu podczas spaceru. Doceniał ten gest. Nieco mniej te jednoznaczne spojrzenie, które miało na celu sprowadzenie go na ziemię. Stojąc po pas w porannej mgle było łatwo odnosić wrażenie, że stąpa się w chmurach.
- Możliwe. Ten ziąb przenika wgłąb kości - przyznał bez wahania, poprawiając poły płaszcza, do którego kieszeni sięgnął po sakiewkę. - To zbyteczna skromność - prychnął przy tym, wyciągając czarną sól w stronę otwartej dłoni ukochanej i spojrzeniem zachęcając ją do działania, samemu również ruszając na powolną, milczącą przechadzkę, żeby rozstawić wszystkie cztery świece (po jednej w każdym punkcie okręgu odpowiadającego kierunkowi świata), przy każdej butem na śniegu rozrysowując swoje pokraczne wersje dwóch nachodzących na siebie run, wsypując w nie drobno sproszkowany piołun.
Niemal nie dostrzegł skierowanego ku niemu spojrzenia, na które zareagował znacząco wiodąc wzrokiem po świecach.
- Północ, południe, wschód, zachód. Z wnętrza kręgu - stwierdził bezgłośnie poruszając ustami, a potem po prostu pochylając głowę i sięgając do kieszeni, żeby wyjąć stamtąd mocno powycieraną, pogiętą stronę wydartą z jakiejś książki zanim do niego trafiła.
Już na głos mamrocząc to, co zostało tam napisane. Mogło się udać, mogło jebnąć. Ryzyko było mniej więcej takie samo.
Nie chciał, żeby musiała brać na siebie zajmowanie się ochroną przed ludźmi mającymi wobec nich złe intencje. Wolał, aby pozostała przy samotnych polowaniach na zwierzęta, okazjonalnie go w nie włączając, ale ograniczyła kontakty z ludźmi. Czynnik ludzki był ryzykowny jeszcze przed nadejściem wojny. Obecnie stał się naprawdę skomplikowaną grą wymagającą nie tylko ostrożności, ale w razie czego również skłonności do instynktownego odpowiedzenia przemocą na przemoc. Nawet w sposób, którego nie dopuszczano w świetle prawa.
Jego ukochana była silna. Nie podważał tego. Potrafiła sobie radzić. Pokładał dużą wiarę w jej zaawansowane umiejętności. Wielokrotnie widział ją w akcji. Wiedział, że jest wręcz zabójczo skuteczna, ale nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby być zmuszona do wejścia na ścieżkę, z której nie było łatwego odwrotu. Już raz tam byli. Wspólnie zabili człowieka, jednak nawet wtedy instynktownie wziął na siebie faktyczny akt odebrania życia Rosierowi.
Nie chciał, żeby musiała żyć z krwią na rękach inną niż ta zwierzęca. Magiczne bestie go nie interesowały, ale to? Nie chciał, żeby się tym kalała. Nie przy nim. Nie, gdy był w pobliżu, żeby wziąć to na siebie, bo była jego świętością, jego moitié, lepszą połówką trzymającą go w ryzach, zawsze sprawiającą, że był w stanie pokonać trudności i przestawiać granice.
Nie idealizował jej tak jak ona z pewnością nie idealizowała jego. Znali się na wylot, ale w dalszym ciągu uważał, że jest lepsza. Tak po prostu. Nawet ze swoim uporem i zaciętością.
- Zadzierzystość? - Zasugerował, przy czym bez wahania odwzajemnił spojrzenie, ani na chwilę nie odwracając wzroku od jej niebieskich oczu, które w tym świetle przybrały kolor kwiatów barwinka. - Wichrzycielstwo? Gorąca krew? - Przygryzł wargę starając się nie uśmiechać. - Ułańska fantazja? - jak na zupełną improwizację i wymienianie pierwszych słów z brzegu, szło mu całkiem nieźle.
Nigdy nie dysponował zbyt szerokim zasobem słownictwa. Umiał wysławiać się w zależności od potrzeby. Zdarzało się, że mówił w piękny, kulturalny sposób będący w stanie oczarować wyrafinowane towarzystwo. Potrafił również nie przejmować się inwektywami i twardo przechodzić do rzeczy.
To nie tak, że był w tym ograniczony. Najzwyczajniej słowa nie były jego główną domeną, zdecydowanie preferował czyny. Mimo to całkiem łatwo mu przyszło znalezienie kilku bardziej odpowiednich zamienników dla gryfońskiej odwagi, która w jego oczach w dalszym ciągu była bardziej brawurą, ale ładnie okraszoną czarem osobistym i humorem.
- Poza tym jesteś straszną szelmą i łajzą - dopowiedział zaczepnie z błyskiem w oku, nachylając się, żeby poprawić nogawkę spodni, ale w rzeczywistości zbierając w dłoń trochę śniegu, który ułamek sekundy poleciał prosto w czubek głowy blondynki w towarzystwie kolejnego uśmiechu i krótkiego śmiechu.
- Największą - podkreślił to, jak bardzo potrafiła go tym doprowadzać do szaleństwa.
Teraz rozmawiali całkiem lekko. Wszystkie wypowiadane słowa padały gładko spomiędzy jego warg, ale nie zawsze było to takie proste. Bywały chwile, kiedy zastanawiał się nad tym, czy ta porywczość ich nie zgubi. Nie robił tego zbyt często, jednakże w ostatnim czasie nie mógł już tak łatwo ignorować myśli, że to, w jaki sposób żyli przez lata nie miało już bezpiecznego przełożenia na nową rzeczywistość.
Starali się odnaleźć w nowych realiach. Uważali, szczególnie po styczniowych wydarzeniach. Natomiast żadne z nich nie zwykło chować się po kątach. Nie mogli wiecznie unikać brania poważniejszych zleceń, bo to oznaczałoby utratę pozycji i przywilejów, na które pracowali od dekad. Jednocześnie Ambroise nie wyobrażał sobie machnąć ręką na informację, że od teraz Geraldine chciałaby zacząć wracać do dawnego trybu życia, bo ten tutaj nie był dla niej.
A wiedział, że nie był. Nie na dłuższą metę. Dla niego również nie. Oboje lubili swój zakątek z dala od Londynu. Mieszkało im się tu dobrze. Mieli tu ciszę i spokój. Mogli złapać kilka głębokich oddechów. Cenił sobie możliwość wyjścia rano na zewnątrz i zaciągnięcia się czystym, rześkim powietrzem o lekko słonym posmaku. Nie przeszkadzała mu konieczność dokonywania napraw, które zdawały się nie mieć końca.
Zabezpieczanie domu i terenu dookoła było naturalnym krokiem, nad którym nie musiał zbyt dużo myśleć. Nie zastanawiał się, co to oznacza. Czy zechcą tu pozostać na kolejne kilka tygodni, które już teraz zamieniło się w długie miesiące, czy postanowią zrobić coś innego. Ta decyzja nie została jeszcze podjęta, ale podświadomie czuł, że była całkiem blisko.
Oboje byli stanowczo zbyt przyzwyczajeni do innego trybu życia, który przez lata uczynili wspólnym i to nie miało ulec żadnej zmianie. Nie obawiał się o to, że nagle ich życie jeszcze bardziej wywróci się do góry nogami w tym zakresie. Natomiast zawodowo i mieszkalnie powinni być bardziej realistyczni. Nie mogli wiecznie chować głowy w piasek w swojej Piaskownicy, nawet jeśli otaczali ją bezpiecznymi zaklęciami.
Starał się oddalić od siebie myśli tego typu, bo stawiały ich przyszłość i stabilność życia pod znakiem zapytania a do ustawiania zabezpieczeń należało mieć przejrzyste, bardzo konkretne intencje. Nastawienie było jedną z głównych składowych udanej pracy. Może dlatego tego dnia zajmowało mu to aż tyle czasu?
Dopóki nie pojawiła się Geraldine, myśli Ambroisa mimowolnie raczej biły w strapione tony. Aktualnie czuł się już znacznie spokojniejszy, doceniał jej towarzystwo. Nawet w tej chwili wyciągnął dłoń, żeby musnąć wierzchem zaczerwieniony od wiatru policzek dziewczyny i strzepnąć resztki płatków śniegu z jej długich włosów.
- A powiesz mi, że jestem do tego najlepszą partią i idealnym kawalerem? - Spytał żartobliwie, w tej samej chwili nachylając się, żeby zamknąć jej kojąco ciepłe usta pocałunkiem, bo odpowiedź w żadnym wypadku nie była mu potrzebna.
Nie potrzebował utwierdzać się w tym przekonaniu. Szczególnie, że z całkiem dużą satysfakcją wracał myślami do tego, że co najmniej ta jedna prawda miała stać się nieaktualna. Liczył na to, że prędzej niż później, bo przecież nie sądził, aby którekolwiek z nich musiało weryfikować coś jeszcze. Nie potrzebował badać gruntu. Tak właściwie od lat wiedział, że nadejdzie ten moment, kiedy wszystko samo zacznie do siebie pasować. Elementy układanki pomieszały się wtedy kilka miesięcy temu, ale teraz pasowały do siebie jeszcze lepiej, jeśli to w ogóle było możliwe.
- Pytaj, jeśli potrzebujesz wiedzieć coś więcej - podkreślił świadomy tego, że nie może odpowiedzieć na wszystko, ale zamierzał postarać się tak jak tylko mógł.
To było coś znacznie bardziej zagmatwanego, kiedy nie znało się zbytnio teoretycznych podstaw wykonywanych czynności. W jego środowisku kładziono nacisk na cześć praktyczną. Maksymalnie upraszczano wszelkie reguły. Nie dawano zbyt wielu nazw ani nie posługiwano się żadnymi podręcznikowymi zwrotami. Na coś, co wprawiony ekspert nazwałby Aegis Terrarum mówiono coś w rodzaju Ziemny Zamek dodając do tego swoje prywatne akcenty. Obcuratio Terram było na tej samej zasadzie Niewidzialną Barierą, która ze względu na swoją ogólnikową nazwę mogła też oznaczać Aegis Protectus albo Protektio Territorialis. To nie było tak oczywiste jak mogłoby się wydawać.
Posłał jej kolejne pytające spojrzenie.
Po czym na ułamek sekundy wyszczerzył zęby w uśmiechu, widząc jak Yaxleyówna wywraca oczami na jego klasyczne słowa.
- Czasami jest mi przykro za moje zachowanie - rzucił wymijająco bez dodawania tego, co było jasne - tym razem nie miał wyrzutów sumienia z powodu narażania się na przeziębienie, bo potrafił o siebie zadbać.
Mieli w domu składzik eliksirów wyposażony znacznie lepiej niż w większości gospodarstw domowych. Nie brakowało im tam praktycznie nic, co mogłoby się przydać. W tym również na pierwsze objawy kataru, gorączki czy wychłodzenia.
Mieli też naprawdę pokaźną wannę, stały dopływ gorącej wody, rozmaite lecznicze sole, wyciągi z ziół, torebeczki z suszem do kąpieli. Herbaty w kuchni, której obsługa po tylu latach w dalszym ciągu bywała lekkim wyzwaniem, szczególnie gdy coś się psuło i nie dało się tego naprawić przy pomocy magii, ale nie bez powodu mieli również standardowe palenisko i kominek.
Jeśli miałby się pochorować to prawdopodobnie nie było lepszego miejsca, w którym mógłby to zrobić i osoby, która mimo braku medycznego przeszkolenia otoczyłaby go skuteczniejszą opieką. Szczególnie, że nawet przy wysokiej gorączce zazwyczaj upierał się przy tym, aby leczyć się sam i tylko od czasu do czasu przyjmować naprawdę miłe przejawy troski.
Pod tym kątem był niemal stereotypowym uzdrowicielem burczącym o tym, że zatkany nos to w żadnym razie nie jest choroba a marna wymówka, poniżej czterdziestu stopni to jeszcze nie koniec świata, natomiast na kaszel jest prawoślaz i do tego wszystkiego okazjonalny kieliszek nalewki z derenia na ognistej.
Pewne nawyki były trudne do wyplewienia. Nawet po tak wielu latach miewał problem z bycia ciężarem, toteż z powodzeniem przeciągał się przez około czternaście godzin od pierwszych symptomów (tyle ile wymagało to od niego kiedyś, żeby nie paść zanim nie wróci do domu).
Przez ten czas prychał, wywracał oczami, deklarował całkowicie dobre samopoczucie. Z tym, że później niejednokrotnie po prostu padał na łóżko i spędzał tam dwa czy trzy dni w półprzytomnym stanie. Wtedy albo wracając do dawnych przyzwyczajeń i nie chcąc przyjmować zbyt jawnej opieki. Albo wręcz przeciwnie - całkiem łagodniejąc i bez protestów wykonując wszystkie polecenia. Nie było nic pomiędzy. Zdecydowanie nie był najłatwiejszym chorym.
W tej chwili w żadnym razie nie planował wpadać w pułapkę trudnych warunków atmosferycznych. Był całkiem ciepło ubrany. Przynajmniej, jeśli nie brać pod uwagę braku rękawiczek i czapki. Tych pierwszych z uwagi na to, że nie chciał ich zniszczyć a robocze zielarskie były zbyt grube. Natomiast czapek najzwyczajniej nie lubił. Możliwe, że tego dnia wszystkie czynności zajmowały mu dłużej, bo czuł się trochę bardziej rozkojarzony niż zwykle, ale zamierzał zbyć to machnięciem ręki... ...albo różdżki.
Zdecydowanie zbyć to machnięciem różdżki, bo mieli jeszcze trochę do pomachania, skoro Geraldine wyraziła chęć towarzyszenia mu podczas spaceru. Doceniał ten gest. Nieco mniej te jednoznaczne spojrzenie, które miało na celu sprowadzenie go na ziemię. Stojąc po pas w porannej mgle było łatwo odnosić wrażenie, że stąpa się w chmurach.
- Możliwe. Ten ziąb przenika wgłąb kości - przyznał bez wahania, poprawiając poły płaszcza, do którego kieszeni sięgnął po sakiewkę. - To zbyteczna skromność - prychnął przy tym, wyciągając czarną sól w stronę otwartej dłoni ukochanej i spojrzeniem zachęcając ją do działania, samemu również ruszając na powolną, milczącą przechadzkę, żeby rozstawić wszystkie cztery świece (po jednej w każdym punkcie okręgu odpowiadającego kierunkowi świata), przy każdej butem na śniegu rozrysowując swoje pokraczne wersje dwóch nachodzących na siebie run, wsypując w nie drobno sproszkowany piołun.
Niemal nie dostrzegł skierowanego ku niemu spojrzenia, na które zareagował znacząco wiodąc wzrokiem po świecach.
- Północ, południe, wschód, zachód. Z wnętrza kręgu - stwierdził bezgłośnie poruszając ustami, a potem po prostu pochylając głowę i sięgając do kieszeni, żeby wyjąć stamtąd mocno powycieraną, pogiętą stronę wydartą z jakiejś książki zanim do niego trafiła.
Już na głos mamrocząc to, co zostało tam napisane. Mogło się udać, mogło jebnąć. Ryzyko było mniej więcej takie samo.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down