04.11.2024, 22:30 ✶
Wiele znaków zapytania, mało odpowiedzi. Annaleigh milczała, Dolohov zaś tracił cierpliwość. Za oknem coraz mocniej wrzało, przyjęcie na Pokątnej musiało być o wiele popularniejsze, niż się tego spodziewano, ale kim musiałby być Dolohov, żeby tego nie przewidzieć? Dzisiaj nie czekali na niego żadni klienci. Drzwi Praw Czasu były zamknięte, a on nie zamierzał opuszczać bezpiecznej kamienicy.
Święto żniw poświęcił na sprzątanie i próbę zamknięcia męczących go wątków. Niestety najważniejszy z nich - ten dotyczący jego przyszłości z żoną, wciąż nie dawał mu spokoju. Co dokładnie miał zrobić z Annaleigh? Nie mógł się z nią tak po prostu dogadać, zaufać... nie, to nie wchodziło w grę, jej obecność napawała go obrzydzeniem, ale ważniejszy niż to obrzydzenie był brak poczucia komfortu. Kiedy miał nastać dzień, w którym się już nie obudzi? Kiedy alchemiczka doleje mu coś do herbaty albo wbije mu w ciało igłę z trucizną, a śladu po tym nikt nie odkryje na oględzinach zwłok? Sytuacja z panem Yaxleyem uświadomiła go, że ludzie podstępni potrafili knuć w naprawdę wymagających warunkach, a ktoś mądry powiedział kiedyś, że najciemniej jest pod latarnią i Vakel dostrzegał w tym przynajmniej ziarno prawdy. Miałby jej grozić, nastraszyć ją, gnębić...? Cokolwiek by jej powiedział, do jakichkolwiek słów by jej nie zmusił, wciąż nie mógłby zasnąć we własnym łóżku. Bo wobec takich kobiet jak Anneleigh słowa były co najwyżej strachem na wróble, do którego z czasem się przywykało, nawet jeżeli zrobiły pierwsze, mocne wrażenie. Zbyt analityczny umysł.
- Jest tylko jedna rzecz, jaką zaakceptuję jako rozwiązanie tej sytuacji - zapowiedział wreszcie i pierwszy raz w tej rozmowie ruszył się w miejsca, aby obejść pomieszczenie w poszukiwaniu komody ze świecami. Wyciągnął dwie z nich, ale zapalił tylko jedną, żeby umieścić ją w pozłacanym świeczniku stojącym na środku dębowego, bejcowanego na ciemny, chłodny brąz blatu. - Złożysz mi wieczystą przysięgę, że nie wymierzysz świadomie żadnych działań przeciwko instytucji, jaką zmierzam tu zbudować, przeciwko moim pracownikom, przeciwko osobom, które tu żyją i mi pomagają. I nie chodzi mi tylko o to, że nie poderżniesz nam w nocy gardeł. Nie ośmieszysz nas też. - Mówił, pozwalając wystającej ponad wosk części knota zająć się ogniem.
I faktycznie, Annaleigh Dolohov zgodziła się na to przystać.
Tym razem nie zapytał dlaczego.
Wziął to, co mu obiecała, zdmuchnął świecę, a później zapalił drugą z nich.
- Nie obchodzi mnie to, czy jesteś wierząca, szalona kobieto, ale to jest dzień, w którym przyjdzie nam się razem pomodlić o to miejsce i porozmawiać, bo moje ostatnie wizje mówią wyraźnie, że nie chcesz iść przez to wszystko sama.
Wskazał głową na jedno z krzeseł wsuniętych teraz pod blat.
- Siadaj.
W jej milczeniu było coś wymownego, ale kłaniając się słońcu i Matce, oboje pomyśleli o swoim domu.
Święto żniw poświęcił na sprzątanie i próbę zamknięcia męczących go wątków. Niestety najważniejszy z nich - ten dotyczący jego przyszłości z żoną, wciąż nie dawał mu spokoju. Co dokładnie miał zrobić z Annaleigh? Nie mógł się z nią tak po prostu dogadać, zaufać... nie, to nie wchodziło w grę, jej obecność napawała go obrzydzeniem, ale ważniejszy niż to obrzydzenie był brak poczucia komfortu. Kiedy miał nastać dzień, w którym się już nie obudzi? Kiedy alchemiczka doleje mu coś do herbaty albo wbije mu w ciało igłę z trucizną, a śladu po tym nikt nie odkryje na oględzinach zwłok? Sytuacja z panem Yaxleyem uświadomiła go, że ludzie podstępni potrafili knuć w naprawdę wymagających warunkach, a ktoś mądry powiedział kiedyś, że najciemniej jest pod latarnią i Vakel dostrzegał w tym przynajmniej ziarno prawdy. Miałby jej grozić, nastraszyć ją, gnębić...? Cokolwiek by jej powiedział, do jakichkolwiek słów by jej nie zmusił, wciąż nie mógłby zasnąć we własnym łóżku. Bo wobec takich kobiet jak Anneleigh słowa były co najwyżej strachem na wróble, do którego z czasem się przywykało, nawet jeżeli zrobiły pierwsze, mocne wrażenie. Zbyt analityczny umysł.
- Jest tylko jedna rzecz, jaką zaakceptuję jako rozwiązanie tej sytuacji - zapowiedział wreszcie i pierwszy raz w tej rozmowie ruszył się w miejsca, aby obejść pomieszczenie w poszukiwaniu komody ze świecami. Wyciągnął dwie z nich, ale zapalił tylko jedną, żeby umieścić ją w pozłacanym świeczniku stojącym na środku dębowego, bejcowanego na ciemny, chłodny brąz blatu. - Złożysz mi wieczystą przysięgę, że nie wymierzysz świadomie żadnych działań przeciwko instytucji, jaką zmierzam tu zbudować, przeciwko moim pracownikom, przeciwko osobom, które tu żyją i mi pomagają. I nie chodzi mi tylko o to, że nie poderżniesz nam w nocy gardeł. Nie ośmieszysz nas też. - Mówił, pozwalając wystającej ponad wosk części knota zająć się ogniem.
I faktycznie, Annaleigh Dolohov zgodziła się na to przystać.
Tym razem nie zapytał dlaczego.
Wziął to, co mu obiecała, zdmuchnął świecę, a później zapalił drugą z nich.
- Nie obchodzi mnie to, czy jesteś wierząca, szalona kobieto, ale to jest dzień, w którym przyjdzie nam się razem pomodlić o to miejsce i porozmawiać, bo moje ostatnie wizje mówią wyraźnie, że nie chcesz iść przez to wszystko sama.
Wskazał głową na jedno z krzeseł wsuniętych teraz pod blat.
- Siadaj.
W jej milczeniu było coś wymownego, ale kłaniając się słońcu i Matce, oboje pomyśleli o swoim domu.
Koniec sesji
with all due respect, which is none