- Ależ oczywiście i pewnie wyciągniesz ten argument w najmniej oczekiwanym momencie. - Bardzo dobrze wiedziała, że łapał ją za słówka, zapamiętywał te, które mógłby być użyte przeciwko niej w przyszłości, nawet się z tym jakoś specjalnie nie krył. Sama dawała mu argumenty do ręki. Powinna się chyba zastanowić nad swoim zachowaniem, tak, zdecydowanie. Aktualnie było to tylko i wyłącznie dorczenie się, ale wiedziała, że potrafi być dużo bardziej bezwzględny, gdy nadarzała się okazja.
Na szczęście te nie do końca przyjemne wymiany zdań i wyrzuty mieli już za sobą. To miało nie wrócić. To nie tak, że sama mu w tym nie wtórowała, bo Yaxleyówna potrafiła być naprawdę nieprzyjemna, kiedy ktoś nadepnął jej na odcisk. Odwdzięczała się pięknym za nadobne, przekraczała granice. Teraz jednak znajdowali się w zupełnie innej sytuacji. To nie tak, że nie zakładała, że nie dojdzie między nimi ponownie do żadnej kłótni, wręcz przeciwnie, wiedziała, że z ich charakterami było to nieuniknione, jednak nie chciałaby go zranić chociażby słowem, a miała świadomość, że słowa potrafiły ranić zdecydowanie głębiej od czynów. Zostawały wyryte w pamięci i bardzo często nic nie było w stanie ich z niej usunąć. Później wracały, w tych najgorszych momentach gotowe przynosić ze sobą niepewność.
Mimo tego, że potrafił ją wkurwiać jak nikt inny, starała się jakoś nad sobą panować. Jasne, nie miała problemu z tym, żeby na niego warknąć, jeśli akurat tego potrzebowała, ale starała się nie korzystać ze słów, które nie powinny nigdy zostać niewypowiedziane, tych, które faktycznie mogły zranić. Mogła w niego uderzać, ale nieco delikatniej, to wydawało się być rozsądnym rozwiązaniem, nawet podczas sytuacji, w których zazwyczaj brakowało jej rozsądku. Zresztą miała wrażenie, że zaczęła nieco inaczej patrzeć na świat, starała się dużo bardziej wyrozumiała, łagodniejsza, kiedy chodziło o jego zachowanie. Zmieniała się trochę, akceptowała to, uważała, że sytuacja tego wymagała.
Nie mogła patrzeć tylko i wyłącznie na czubek własnego nosa, musiała teraz myśleć o nich jako o jedności, co wcale jej nie przeszkadzało. Okazało się bowiem, że troszczenie się o drugą osobę może być naprawdę ciekawym doświadczeniem, czego wcześniej nie wiedziała. Nie znała tego uczucia, a teraz przychodziło jej całkiem naturalnie. Zależało jej na tym, aby zawsze czuł się dobrze w jej towarzystwie, szczególnie w miejscach w które zdarzało się jej go zaciągać, chciała, żeby polubił jej przyjaciół, starała się go przedstawić większości tych najbliższych. Powoli zaczynali budować wspólne życie, może działo się to dosyć szybko, ale nie wydawało jej się, że mogłoby to w czymkolwiek przeszkodzić. Zresztą, nie umiała się nasycić jego obecnością, najchętniej w ogóle nie wypuszczałaby go ze swojego mieszkania, aby móc się nim odpowiednio nacieszyć. Nie było to jednak możliwe, chociaż i tak spędzali praktycznie każdą wolną chwilę razem. Zostawali głównie w jej mieszkaniu przy Horyzontalnej, bo to było całkiem wygodne. Zdecydowanie bardziej nadawała się do życia dla dwóch osób od tej kawalerki Ambroisa, chociaż czasem lądowali i w niej. Zauważyła też, że mężczyzna zaczynał powoli przejmować jej przestrzeń, nie, żeby jej to przeszkadzało jakoś specjalnie, przynajmniej dopóki nie dotykał jej zabawek, to znaczy broni, która była dla niej najważniejszym elementem w jej mieszkaniu.
Tak właściwie to nie chciała się za bardzo dzielić tym, że to wcale nie jest dopiero początek. Wolała unikać niewygodnych pytań, łatwiej było zasugerować rodzinie, że to było coś nowego. Zresztą to kupowało im nieco dodatkowego czasu, przecież dopiero się poznawali. Tak, dobre sobie. Znali się bardzo dobrze, byli zdecydowanie na dalszym etapie znajomości, niż mogliby przypuszczać, jednak wolała zachować to dla siebie. Zawsze robiła wszystko po swojemu, tak samo miało być i tym razem. Nie sądziła bowiem, że ktokolwiek mógłby negować to, że chcieli oficjalnie przedstawiać się jako para. Nie było sensu z nią dyskutować, bo i tak zawsze robiła to na co miała ochotę. Rodzice na pewno byli usatysfakcjonowani tym, kogo przyprowadziła do domu. Nie oszukujmy się, w przypadku Yaxley bowiem, można było się spodziewać dosłownie wszystkiego, pewnie nawet tego, że kiedyś przedstawi im jakąś dziewczynę jako swoją bardzo bliską przyjaciółkę. Ambroise na pewno wydawał się im być idealnym kandydatem na przyszłego męża dla ich córki. Miała tego świadomość, może póki co nie dzielili się swoim entuzjazmem, ale to było wskazane, pewnie nie chcieli go wystraszyć.
Miała świadomość, że związki rządziły się swoimi własnymi prawami. Nigdy nie spodziewała się tego, że wpadnie w taką relację po uszy, że będzie potrafiła szukać kompromisów, kiedy zawsze to jej zdanie było dla niej najważniejsze. To się zmieniło, bardzo. Nie podejmowała już irracjonalnych decyzji, rzadko kiedy pozwalała sobie na spontaniczność, raczej przychodziła po prostu do domu i przegadywała z nim wszystkie możliwe opcje. Nie chciała już decydować sama, wiedziała, że to raczej szybko nie wróci. Ważne było to, że mieli teraz budować coś wspólnie, starała się więc podchodzić do tego jak najbardziej fair. Wiedziała, że ją też irytowałoby, gdyby robił coś za jej plecami. Zdawała sobie sprawę, że są między nimi jeszcze pewne tematy, które powinni bardziej przedyskutować, jednak to na pewno przyjdzie z czasem. Nie mogli się nimi dzielić ot tak, bo to niosło ze sobą inne konsekwencje. Pewnie kiedyś dojrzeją i do tego, aby o tym porozmawiać. Póki co mogli skupiać się na wszystkim innym, cieszyć wspólnym czasem.
- Nigdy w to nie wątpiłam, ale mogę wziąć część odpowiedzialności na swoje barki. - Tak, to nie musiał być tylko jego problem. Ona także miała swoje metody w odsuwaniu powinności, które dla niektórych wydawały się być nie do obejścia. - Jeśli będziemy tego pilnować we dwójkę, to może uda nam się dłużej ich zwodzić. - Przede wszystkim o to jej chodziło. Chciała im dać jak najwięcej czasu. Nie wątpiła w to, że Ambroise nie dałby ich wmanewrować w coś czego nie chcieli, ale miała zamiar również mieć na to wpływ. Lubiła mieć kontrolę nad swoim życiem.
Może i był starszy i bardziej doświadczony w tych grach, to wcale nie oznaczało jednak tego, że mu w tym nie dorównywała. Zresztą kobiety szybciej musiały wyznaczać granice, bo dosyć szybko próbowano im wciskać, że niedługo minie ich czas przydatności. Tak, jasne, uwielbiała słuchać te teksty o tym, że jeszcze chwila, a będzie starą panną. To było strasznie budujące, nie ma się co oszukiwać. Tyle, że jej nigdy nie zależało na małżeństwie, nie miała marzeń związanych ze zmianą stanu cywilnego, to nie było to, co miało dla niej znaczenie. Zauważyła, że mogłoby jej się odmienić, pewnie kiedyś będzie liczyła na to, że Roise zdecyduje się na to, aby ich relacja stała się bardziej formalna, ale to nie był jeszcze ten moment. Mieli czas na takie posunięcia. Aktualnie zależało jej na tym, żeby przede wszystkim skupili się na budowaniu swojego, wspólnego świata. Zaczęli już to robić i miała wrażenie, że szło im to całkiem nie najgorzej, ale mogli posunąć się do czegoś więcej.
- Oczywiście, że się nie godzi, mogłam się tego domyślić. - Wydawało jej się, że może uda jej się go wmanewrować w tę grę, był jednak krok przed nią. Niedobrze. - Czy ja wiem, czy szczególnie miłe widziane jest pojawianie się podczas Beltane razem, kiedy tak naprawdę nie podjęło się oficjalnych kroków, wiesz, to mogłoby przynieść sporo kontrowersji... - Nie sądziła, że ktokolwiek zwróciłby na to uwagę, ale brnęła w te swoje opowieści tylko po to, aby chociaż trochę utrzeć mu nosa.
Miała wrażenie, że jego dłoń wędrowała coraz wyżej, przeniosła na nią wzrok dosłownie na sekundę, jakby chciała się upewnić, że dobrze jej się wydawało. Nie reagowała jednak w żaden sposób na to co robił, nie zamierzała mu przeszkadzać, chociaż wiedziała, że nie do końca wypadało, aby zachowywali się w ten sposób. Nie sądziła jednak, żeyb ktokolwiek mógł wejść do tej biblioteki. Zresztą nawet jeśli, to co? Na pewno nie będą długo udawać takich ułożonych. Nie sądziła, że będzie w stanie trzymać swoje ręce z daleka od niego na kolejnych spotkaniach, czy to z rodziną, jedną, czy drugą, czy podczas spędów arystokracji. Nie do końca potrafiła nad sobą panować w jego obecności.
- Czy ja wiem, czy takie specjalne względy? - Zamierzała to zakwestionować, chociaż nie dało się nie zauważyć, że faktycznie tak było. Sama to zauważyła, już wtedy, kiedy bardzo się mijali, gdy spędził przy jej łóżku zdecydowanie więcej czasu niż powinien. Ojciec nie zapominał takich rzeczy. - Myślę, że w tym przypadku może się okazać, że wcale mnie do niczego nie potrzebujesz. - Nie zamierzała dłużej udawać, że jest inaczej. Ambroise powinien wiedzieć, że faktycznie tak było, zresztą znając jego to zdawał sobie z tego sprawę. Potrafił czytać ludzi, jak mało kto, a jej ojciec podobnie do niej był niemalże otwartą księgą.
- Nie spodziewałam się, że tyle liczysz sobie za swoje usługi. - Tak i zdawała sobie sprawę, że nie zamierza domagać się od niej pieniędzy, będzie musiała znaleźć jakiś sposób na to, aby mu to odpowiednio wynagrodzić, właściwie to zastanawiała się, jak to było w ogóle możliwe, że jeszcze tego nie zrobiła.
- Miejsca zbrodni? Chcesz zobaczyć jezioro? Czy jednak chodzi ci o moją sypialnię? - Już bardzo dobrze wiedziała, o co mu chodzi, wolała jednak dalej udawać niewiniątko. Ta zabawa podobała się jej coraz bardziej, szczególnie, że miała świadomość, że póki co nie będą mogli sobie pozwolić na zbyt wiele pod dachem jej rodziców, chociaż, to też nie było do końca prawdą. Znała ten dom i wiedziała, gdzie mogliby się udać, aby uniknąć kontaktu z kimkolwiek na odpowiednią ilość czasu.
- Na pewno znajdę cały wachlarz innych propozycji, ale niech to pozostanie moją słodką tajemnicą, przynajmniej jak na razie. - Nie chciała dzielić się z nim wszystkim od razu, mógłby nieco wysilić swoją wyobraźnię, to mogło przynieść same pozytywy.
- Nie wydaje mi się, żeby to przeszło Roise. - Z oddzielania siebie dwoma krzesłami przeszli do dzielenia się jednym, co będzie dalej, bardzo szybko przesuwały się te śmieszne granice, które próbowała im stawiać. Wiedziała, że nie miały racji bytu, ale przeciez tylko sobie gdybali.
- No jasne, jak zawsze wszystko jest moją winą, powinnam chyba do tego przywyknąć. - Spojrzała odruchowo na swoją fajkę, jakby chciała sprawdzić jak właściwie pali tego peta. Nie było to jednak potrzebne, bo Greengrass bardzo szybko jej to zobrazował swoimi słowami.
- Tak jak czego? - Mrugnęła pospiesznie dwa razy, wpatrywała się w niego przez chwilę, chociaż znała odpowiedź na to pytanie, nagle ją olśniło, że ktoś już kiedyś zasugerował jej coś podobnego. Jej spojrzenie się zmieniło, zmrużyła oczy, jakby bardzo intensywnie nad czymś myślała, po chwili jednak wróciła do rzeczywistości, bo ta myśl, która ją nawiedziła wydawała się jej być bardzo głupia.