05.11.2024, 01:28 ✶
Szukanie pod ladą szarego papieru prezentowego, w który zazwyczaj pakowała sprzedawane artefakty, było dla niej zadziwiająco… uspokajające. To samo mogła śmiało powiedzieć o obecności Morpheusa, który zdążył się już rozgościć, ukraść kawałek papeterii i jednocześnie zarzucić kilkoma pytaniami. Przez chwilę nie odpowiadała, milczała, krzątając się przy kontuarze, na kolanach przetrząsając wszystkie pieprzone półki i zakamarki tej cholernej— O, był zaraz przy jej lewej dłoni.
Chwyciła rolkę, zabrała też srebrne nożyczki i zaniosła wszystko na zaplecze, aby postawić wszystko na stoliku, tuż obok fotela, na którym rozłożył się szwagier. Nie usiadła jednak, a gdy czuła, że musi jeszcze spożytkować cząstkową energię, która jej pozostała — zajęła się szukaniem swojej torebki. Zostawiła ją tutaj w ostatni poniedziałek i jakoś nie było jej po drodze, aby ją zabrać z powrotem. W końcu to nie tak, że brakowało jej w domu innych. Miała przecież jeszcze żakardową, potem inną, zrobioną z chabrowej plecionki; była też jedna z jej ulubionych, z prawdziwej skóry tebo, a także, gdzieś z tyłu szafy zachowała się jeszcze…
Potrząsnęła nagle głową i zadecydowała, że przyszedł czas na oświecenie Morpheusa.
— Nie — odparła krótko, prosto. Najzwyczajniej w świecie. Tematy animagii nigdy nie były jej po drodze, bo jakoś zwyczajnie nie miała czasu, żeby nosić liść mandragory pod językiem przez cały miesiąc. Za jej czasów w Hogwarcie wiele osób mówiło, że się tego podejmie, ale na postanowieniach się kończyło. Dobrze, że ta moda prędko przeminęła.
Spojrzała zaraz potem na niego spod rzęs, pakując posążek z wprawą godną kogoś, kto zawijał w papier magiczne przedmioty na co dzień, i mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem.
— Najwyżej go powiększymy — rzuciła, wzruszając ramionami. Zaraz po tym jej wzrok zmienił nieco wyraz, przemienił się z lekkiego zobojętnienia na wyraźne zaskoczenie. Żywość na nowo zawitała w jej spojrzeniu, gdy rozmowa skręciła na odleglejsze tory. — Czterometrowa? Merlinie, nie wspomniałeś nawet słowem!
Brakowało jej tego. Jego. Morpheusa.
Czasami zastanawiała się nad tym, jakby to było, gdyby utrzymała kontakt z ojcem. Gdyby to on utrzymał kontakt z nią. Czy teraz zamiast wróża siedziałby w tym fotelu Morven? A może Wyndham. A może oboje.
Może odwiedzialiby ją w antykwariacie, piliby razem kawę i plotkowali żywo i wesoło o tym, co u nich. Rozpamiętywała to naprawdę rzadko, ale teraz ścisk w gardle powrócił i nie chciał puścić. Szarpał ją bezlitośnie za kosmyki włosów i zmuszał do opuszczenia wzroku. Ale chyba nie żałowała tego nigdy. Nie wymieniłaby swojego życia na nic innego. Chyba nie mogła wymarzyć sobie lepszego młodszego brata od Morpheusa.
— Zanim pójdziemy powiedz mi — zaczęła, wsadzając starannie zabezpieczony posążek do torby na ramię. Wstała, choć powoli, wyraźnie się ociągała. — co się dzieje? Co to wszystko znaczy? Dlaczego pytasz mnie o animagię? Dlaczego zabraliście mnie do Azylu? Dlaczego oboje z Brenną patrzycie na mnie w ten sposób?
Chwyciła rolkę, zabrała też srebrne nożyczki i zaniosła wszystko na zaplecze, aby postawić wszystko na stoliku, tuż obok fotela, na którym rozłożył się szwagier. Nie usiadła jednak, a gdy czuła, że musi jeszcze spożytkować cząstkową energię, która jej pozostała — zajęła się szukaniem swojej torebki. Zostawiła ją tutaj w ostatni poniedziałek i jakoś nie było jej po drodze, aby ją zabrać z powrotem. W końcu to nie tak, że brakowało jej w domu innych. Miała przecież jeszcze żakardową, potem inną, zrobioną z chabrowej plecionki; była też jedna z jej ulubionych, z prawdziwej skóry tebo, a także, gdzieś z tyłu szafy zachowała się jeszcze…
Potrząsnęła nagle głową i zadecydowała, że przyszedł czas na oświecenie Morpheusa.
— Nie — odparła krótko, prosto. Najzwyczajniej w świecie. Tematy animagii nigdy nie były jej po drodze, bo jakoś zwyczajnie nie miała czasu, żeby nosić liść mandragory pod językiem przez cały miesiąc. Za jej czasów w Hogwarcie wiele osób mówiło, że się tego podejmie, ale na postanowieniach się kończyło. Dobrze, że ta moda prędko przeminęła.
Spojrzała zaraz potem na niego spod rzęs, pakując posążek z wprawą godną kogoś, kto zawijał w papier magiczne przedmioty na co dzień, i mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem.
— Najwyżej go powiększymy — rzuciła, wzruszając ramionami. Zaraz po tym jej wzrok zmienił nieco wyraz, przemienił się z lekkiego zobojętnienia na wyraźne zaskoczenie. Żywość na nowo zawitała w jej spojrzeniu, gdy rozmowa skręciła na odleglejsze tory. — Czterometrowa? Merlinie, nie wspomniałeś nawet słowem!
Brakowało jej tego. Jego. Morpheusa.
Czasami zastanawiała się nad tym, jakby to było, gdyby utrzymała kontakt z ojcem. Gdyby to on utrzymał kontakt z nią. Czy teraz zamiast wróża siedziałby w tym fotelu Morven? A może Wyndham. A może oboje.
Może odwiedzialiby ją w antykwariacie, piliby razem kawę i plotkowali żywo i wesoło o tym, co u nich. Rozpamiętywała to naprawdę rzadko, ale teraz ścisk w gardle powrócił i nie chciał puścić. Szarpał ją bezlitośnie za kosmyki włosów i zmuszał do opuszczenia wzroku. Ale chyba nie żałowała tego nigdy. Nie wymieniłaby swojego życia na nic innego. Chyba nie mogła wymarzyć sobie lepszego młodszego brata od Morpheusa.
— Zanim pójdziemy powiedz mi — zaczęła, wsadzając starannie zabezpieczony posążek do torby na ramię. Wstała, choć powoli, wyraźnie się ociągała. — co się dzieje? Co to wszystko znaczy? Dlaczego pytasz mnie o animagię? Dlaczego zabraliście mnie do Azylu? Dlaczego oboje z Brenną patrzycie na mnie w ten sposób?
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you