05.11.2024, 11:59 ✶
Jej mhm było dla Ambroisa wyjątkowo wymowne. Znał je, więc mniej więcej wiedział, czego powinien się spodziewać. Prawdopodobnie mógłby pociągnąć temat w taki sposób, żeby dodatkowo obadać całą sprawę wraz z tymi wszystkimi drobnymi szczegółami odnośnie planów swojej dziewczyny, ale nie sądził, że to wiele zmieni.
Dostrzegła jakąś możliwość, którą chciała wykorzystać. Wręcz to on jej ją mimowolnie podsunął. Raczej nie miała tak łatwo odpuścić i zapomnieć o czymś, co uznała za warte uwagi. Zbyt dobrze ją znał, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, że decyzja już padła a nie chciał się z nią kłócić o coś, co ostatecznie mogło być całkiem przydatne.
Jasne. Bez wątpienia wolałby, żeby Geraldine nie angażowała się w zbyt wiele kontaktów z najróżniejszymi typami spod ciemnej gwiazdy, którymi bez wątpienia byli niemalże wszyscy łowcy. Natomiast wierzył w to, że tym razem będzie ostrożna. Jak do tej pory nie dała mu ponownie odczuć, że ich zaufanie nie może zostać odbudowane.
Nadkruszyło się wtedy, kiedy zarzucił jej całkowicie niepotrzebną porywczość i stawianie obcych ludzi ponad ich własną rodzinę, ale od tamtej pory próbowali naprawiać to pęknięcie. Nie je pogłębiać.
Nie wyobrażał sobie życia bez niej. Nie chciał doprowadzić do tego, żeby starając się coś mu udowodnić doprowadziła do czegoś, co wywołałoby trwałe szkody. On również usiłował ze swojej strony nie zrobić nic, co mogłoby przynieść im zgubę. W każdym przypadku fizyczną, bo nie wątpił, że to o takie zniszczenia mogłoby chodzić.
Słowa, mimo że potrafią ranić gorzej niż naostrzone sztylety, nie wyrządziłyby tego rodzaju krzywdy, której podświadomie się obawiał. Wiedział, że byłby w stanie wybaczyć jej wszystko, nawet jeśli przeżyliby w związku z tym wiele trudnych chwil.
Wszystko, tylko nie ponowne narażenie się na śmierć, gdy nie byłby w stanie przy niej być i odegnać to widmo. Nie mógłby żyć ze świadomością, że stało się coś, czemu nie mógł zaradzić i nawet nie był w stanie podjąć próby, bo wszystko wydarzyło się poza jego kontrolą. Nie mógłby żyć w pustym świecie.
Jeśli uważała, że chce zaangażować się w naukę czegoś, co było w stanie ochronić jej plecy na tyle długo, że zdąży umknąć przed ujawnionym niebezpieczeństwem; to kim był, żeby ją od tego odwodzić?
Rzecz jasna, gdy powoli kiwnął głową, w jego spojrzeniu kryło się co najmniej kilka warunków. Przede wszystkim to, że musiała ufać osobie, do której uda się po wskazówki. Nie było innej możliwości. Patrzył na nią z powagą, spojrzeniem wręcz wymuszając odwzajemnienie pozawerbalnego przekazu.
Szczególnie, że zdecydowanie wierzył w to, czym ją zarzucał. Pod żartobliwymi określeniami kryła się świadomość, że nie bez powodu oboje trafili kiedyś do domu Godryka Gryffindora. Mieli skłonności do ładowania się w kłopoty, przyciągali je jak magnes a potem instynktownie reagowali jeszcze głębszym zaangażowaniem w sprawę.
- Dla ciebie potrafię wznosić się na wyżyny kreatywności - odkaszlnął z rozbawieniem, nie dodając już tego, co padło wielokrotnie wcześniej: przecież jego dziewczyna tak bardzo uwielbia poetów i ludzi słowa.
On był człowiekiem czynu. Mógł raz czy dwa razy pokusić się o to, żeby wpleść między nie kilka słownych deklaracji, ale to nie było coś w czym kiedykolwiek czuł się dobrze. Pomazana, pokreślona kartka w kieszeni jego płaszcza była na to dowodem. Szczególnie w tym wypadku po prostu brakowało mu słów.
W teorii miał je wszystkie. Doskonale wiedział jaki powinien być przekaz. Natomiast przelanie go na papier, żeby przekaz był składny i nie pozostawiał żadnych wątpliwości było już naprawdę wyjątkowo trudne. O ironio, chyba cięższe od wszystkiego, z czym kiedykolwiek się mierzył. Przynajmniej tak mu się zdawało.
Z początku twierdził, że przyjdzie samo z siebie, ale cholera wcale tak nie było. Nie chciał, żeby go to ograniczało, jednakże po takim czasie nie mógł pozwolić sobie na potraktowanie tego po macoszemu. Zdecydowanie wolałby wybrnąć z tego w jakiś sposób nie wymagający bycia poetą.
- No dobrze - szerszy uśmiech ponownie pojawił się na jego twarzy. - Jesteś moją łajzą i szelmą, i doskonale mi się z tym żyje. Tak lepiej? - Niby nie musiał się upewniać, ale te słowa brzmiały na tyle dobrze, że ich dźwięk przyjemnie odbił się od uszu.
Nie było prawdziwszej prawdy.
Odruchowo pogłębił pocałunek, przyciągając ją do siebie w talii i unosząc kąciki ust, kiedy ich usta przestały na siebie napierać. Nie od razu się odsunął. Z jego gardła wydobył się cichy śmiech ogarniający usta dziewczyny ciepłym oddechem tworzącym mgiełkę na siarczystym mrozie. Wcale nie chciał wypuszczać ją z rąk, stanie w tej sposób pod pastelowym niebem w niemal całkowitej ciszy kusiło, aby spędzić tak jeszcze kilka długich chwil, ale chłód panujący dookoła powoli zaczął dawać o sobie znać.
Nagły podmuch szarpnął brzegi płaszczu, zawierając nogi sypkim śniegiem. Jeśli chcieli dokończyć wspólnie to, co Ambroise zaczął, musieli działać natychmiast. Zanim zerwie się mocniejszy wiatr i niemal idealne (jak na tę porę roku) warunki rozwieją się w lodowatych porywach wiatru. Ta zima była wyjątkowo mroźna i nie zamierzała ustąpić miejsca pierwszym subtelnym przebłyskom odległej wiosny. A nad ich morzem pogoda zmieniała się dosłownie z godziny na godzinę, czasem jeszcze szybciej.
Greengrass z wyraźnie dostrzegalną niechęcią odsunął się od Yaxleyówny o pół kroku, jednocześnie zabierając rękę z jej talii a drugą powoli przesuwając wzdłuż miękkiego płaszcza. Najpierw po boku Geraldine, później wzdłuż przedramienia, aby bez słowa ująć ją za dłoń, składając pocałunek na jej wierzchu.
Nie przestawał unosić kącików ust, choć tym razem był to uśmiech subtelny, bardzo rzadko pojawiający się na jego twarzy. Czuły, trochę porozumiewawczy, ale jednocześnie sugerujący, że wiedział coś, czego ona nie wiedziała. Mam swój własny sekret sugerował zawadiacki błysk w oczach mężczyzny, jaki przemknął po jego twarzy a potem zniknął, jakby rozmył się we mgle ogarniającej ich stopy, która powoli zaczynała opadać. Idealnie w czas, by widzieć wszystko, co zamierzali robić.
- Wobec tego spróbuj je zapamiętać. Powiesz mi w domu - odezwał się cicho, przerywając milczenie nieco zachrypniętym głosem z przebijającym się w nim wyraźnym akcentem.
Był w domu, nie musiał trzymać gardy ani pozować na kogoś innego. Mógł pozwolić sobie na tę najbardziej naturalną wersję siebie bez masek i pozorów. Z każdym dniem przychodziło mu to coraz łatwiej. Wbrew temu, co dzieje się dookoła, zawsze czuł, że może przy niej być po prostu sobą. Nawet z tym wszystkim, co nie czyniło z niego prawego, dojrzałego i opanowanego człowieka.
Za to ją kochał. Za bycie przy nim nawet wtedy, gdy śmierdział śmiercią i wojną, wracając z ponurych miejsc. Z rozproszonymi myślami i dłońmi szorowanymi niemalże do krwi. To dlatego robił to wszystko. Trzymał się przez lata zachowując neutralność. Równoważył swoje uczynki.
Przynajmniej podświadomie wybierał wiarę w to, że jedno chociaż trochę wymazuje drugie, bo wcale nie chciał być postrzegany w kategorii kogoś kto zawsze patrzył wyłącznie na własne korzyści i czubek swojego nosa.
Nie uważał się za dobrego człowieka, ale przy niej był dobry. Starał się być. Nie mógł dla wszystkich, więc był chociaż dla nich. Zapewnienie im bezpieczeństwa było nadrzędnym celem. Robiąc to rzeczywiście czuł się tak, jakby spełniał swoją powinność w byciu lepszym mężczyzną.
Nie odpowiedział na kolejne pytanie. Kąciki ust uniosły się znacznie wyżej, oczy zabłyszczały a zęby błysnęły w szerokim uśmiechu. Ambroise wzruszył ramionami.
No nie - teraz nie było mu przykro. Musiała to jakoś przeżyć. Wiedział, że to zrobi, bo nie pierwszy raz któreś z nich upierało się przy swoim planie a drugie mogło wyłącznie brać w nim udział albo patrzeć na wszystko z boku, wywracając przy tym oczami. Niewątpliwie sprawiało mu przyjemne ciepło to, że tym razem wybrała tę pierwszą opcję.
- Cieszy mnie to, że jej nie masz - odrzekł bez mrugnięcia okiem.
Może to było niekonwencjonalne podejście, ale porównując ich początki do momentu i ludzi, którymi byli teraz nie dało się nie dostrzec, że to nie był ten rodzaj braku skromności, który przeszkadzał Greengrassowi.
Wręcz przeciwnie. Może przyłożył rękę do wyhodowania potwora, ale sam uważał, że odpowiednią dawka zdrowego egoizmu i wiary we własną wartość dało się wiele osiągnąć. Prócz tego bez wątpienia to było bardzo pociągające.
Tak samo jak skupienie wymalowane na twarzy kobiety, kiedy bardzo poważnie podeszła do powierzonej jej roli. Przykładając rękę do tego, że mógł skupić się na próbach wypowiadania inkantacji we właściwy sposób, choć spojrzenie paliło go w plecy i sprawiało, że walczył, żeby się nie rozproszyć.
Jakimś cudem doczytał tekst do końca, kątem oka widząc rozbłysk i przesuwając pytające spojrzenie na ukochaną zanim jeszcze zdążyła utwierdzić go w przekonaniu, że bez wątpienia coś się stało.
Przez moment przyglądał się otoczeniu. Podążył za spojrzeniem Geraldine w kierunku nieba. Nieznacznie wydął wargi w zamyśleniu, drapiąc się po policzku i poruszając nosem.
- Hm - odmruknął pełen zastanowienia. - Nie wydaje ci się. Chyba wszystko jest w porządku - odpowiedział powoli w dalszym ciągu marszcząc brwi i któryś raz z rzędu obrzucając okolicę wzrokiem, zanim ruszył się z miejsca i wcisnął kartkę do kieszeni. - Trzeba ostrożnie przysypać krąg śniegiem i zebrać świece. Chcesz zrobić to drugie? - Spytał pozwalając zadowolonemu uśmiechowi wpłynąć na jego zaczerwienioną od mrozu twarz.
W tym wypadku mogli się zamienić albo zrobić to wspólnie. Tę decyzję pozostawiał Geraldine.
Dostrzegła jakąś możliwość, którą chciała wykorzystać. Wręcz to on jej ją mimowolnie podsunął. Raczej nie miała tak łatwo odpuścić i zapomnieć o czymś, co uznała za warte uwagi. Zbyt dobrze ją znał, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, że decyzja już padła a nie chciał się z nią kłócić o coś, co ostatecznie mogło być całkiem przydatne.
Jasne. Bez wątpienia wolałby, żeby Geraldine nie angażowała się w zbyt wiele kontaktów z najróżniejszymi typami spod ciemnej gwiazdy, którymi bez wątpienia byli niemalże wszyscy łowcy. Natomiast wierzył w to, że tym razem będzie ostrożna. Jak do tej pory nie dała mu ponownie odczuć, że ich zaufanie nie może zostać odbudowane.
Nadkruszyło się wtedy, kiedy zarzucił jej całkowicie niepotrzebną porywczość i stawianie obcych ludzi ponad ich własną rodzinę, ale od tamtej pory próbowali naprawiać to pęknięcie. Nie je pogłębiać.
Nie wyobrażał sobie życia bez niej. Nie chciał doprowadzić do tego, żeby starając się coś mu udowodnić doprowadziła do czegoś, co wywołałoby trwałe szkody. On również usiłował ze swojej strony nie zrobić nic, co mogłoby przynieść im zgubę. W każdym przypadku fizyczną, bo nie wątpił, że to o takie zniszczenia mogłoby chodzić.
Słowa, mimo że potrafią ranić gorzej niż naostrzone sztylety, nie wyrządziłyby tego rodzaju krzywdy, której podświadomie się obawiał. Wiedział, że byłby w stanie wybaczyć jej wszystko, nawet jeśli przeżyliby w związku z tym wiele trudnych chwil.
Wszystko, tylko nie ponowne narażenie się na śmierć, gdy nie byłby w stanie przy niej być i odegnać to widmo. Nie mógłby żyć ze świadomością, że stało się coś, czemu nie mógł zaradzić i nawet nie był w stanie podjąć próby, bo wszystko wydarzyło się poza jego kontrolą. Nie mógłby żyć w pustym świecie.
Jeśli uważała, że chce zaangażować się w naukę czegoś, co było w stanie ochronić jej plecy na tyle długo, że zdąży umknąć przed ujawnionym niebezpieczeństwem; to kim był, żeby ją od tego odwodzić?
Rzecz jasna, gdy powoli kiwnął głową, w jego spojrzeniu kryło się co najmniej kilka warunków. Przede wszystkim to, że musiała ufać osobie, do której uda się po wskazówki. Nie było innej możliwości. Patrzył na nią z powagą, spojrzeniem wręcz wymuszając odwzajemnienie pozawerbalnego przekazu.
Szczególnie, że zdecydowanie wierzył w to, czym ją zarzucał. Pod żartobliwymi określeniami kryła się świadomość, że nie bez powodu oboje trafili kiedyś do domu Godryka Gryffindora. Mieli skłonności do ładowania się w kłopoty, przyciągali je jak magnes a potem instynktownie reagowali jeszcze głębszym zaangażowaniem w sprawę.
- Dla ciebie potrafię wznosić się na wyżyny kreatywności - odkaszlnął z rozbawieniem, nie dodając już tego, co padło wielokrotnie wcześniej: przecież jego dziewczyna tak bardzo uwielbia poetów i ludzi słowa.
On był człowiekiem czynu. Mógł raz czy dwa razy pokusić się o to, żeby wpleść między nie kilka słownych deklaracji, ale to nie było coś w czym kiedykolwiek czuł się dobrze. Pomazana, pokreślona kartka w kieszeni jego płaszcza była na to dowodem. Szczególnie w tym wypadku po prostu brakowało mu słów.
W teorii miał je wszystkie. Doskonale wiedział jaki powinien być przekaz. Natomiast przelanie go na papier, żeby przekaz był składny i nie pozostawiał żadnych wątpliwości było już naprawdę wyjątkowo trudne. O ironio, chyba cięższe od wszystkiego, z czym kiedykolwiek się mierzył. Przynajmniej tak mu się zdawało.
Z początku twierdził, że przyjdzie samo z siebie, ale cholera wcale tak nie było. Nie chciał, żeby go to ograniczało, jednakże po takim czasie nie mógł pozwolić sobie na potraktowanie tego po macoszemu. Zdecydowanie wolałby wybrnąć z tego w jakiś sposób nie wymagający bycia poetą.
- No dobrze - szerszy uśmiech ponownie pojawił się na jego twarzy. - Jesteś moją łajzą i szelmą, i doskonale mi się z tym żyje. Tak lepiej? - Niby nie musiał się upewniać, ale te słowa brzmiały na tyle dobrze, że ich dźwięk przyjemnie odbił się od uszu.
Nie było prawdziwszej prawdy.
Odruchowo pogłębił pocałunek, przyciągając ją do siebie w talii i unosząc kąciki ust, kiedy ich usta przestały na siebie napierać. Nie od razu się odsunął. Z jego gardła wydobył się cichy śmiech ogarniający usta dziewczyny ciepłym oddechem tworzącym mgiełkę na siarczystym mrozie. Wcale nie chciał wypuszczać ją z rąk, stanie w tej sposób pod pastelowym niebem w niemal całkowitej ciszy kusiło, aby spędzić tak jeszcze kilka długich chwil, ale chłód panujący dookoła powoli zaczął dawać o sobie znać.
Nagły podmuch szarpnął brzegi płaszczu, zawierając nogi sypkim śniegiem. Jeśli chcieli dokończyć wspólnie to, co Ambroise zaczął, musieli działać natychmiast. Zanim zerwie się mocniejszy wiatr i niemal idealne (jak na tę porę roku) warunki rozwieją się w lodowatych porywach wiatru. Ta zima była wyjątkowo mroźna i nie zamierzała ustąpić miejsca pierwszym subtelnym przebłyskom odległej wiosny. A nad ich morzem pogoda zmieniała się dosłownie z godziny na godzinę, czasem jeszcze szybciej.
Greengrass z wyraźnie dostrzegalną niechęcią odsunął się od Yaxleyówny o pół kroku, jednocześnie zabierając rękę z jej talii a drugą powoli przesuwając wzdłuż miękkiego płaszcza. Najpierw po boku Geraldine, później wzdłuż przedramienia, aby bez słowa ująć ją za dłoń, składając pocałunek na jej wierzchu.
Nie przestawał unosić kącików ust, choć tym razem był to uśmiech subtelny, bardzo rzadko pojawiający się na jego twarzy. Czuły, trochę porozumiewawczy, ale jednocześnie sugerujący, że wiedział coś, czego ona nie wiedziała. Mam swój własny sekret sugerował zawadiacki błysk w oczach mężczyzny, jaki przemknął po jego twarzy a potem zniknął, jakby rozmył się we mgle ogarniającej ich stopy, która powoli zaczynała opadać. Idealnie w czas, by widzieć wszystko, co zamierzali robić.
- Wobec tego spróbuj je zapamiętać. Powiesz mi w domu - odezwał się cicho, przerywając milczenie nieco zachrypniętym głosem z przebijającym się w nim wyraźnym akcentem.
Był w domu, nie musiał trzymać gardy ani pozować na kogoś innego. Mógł pozwolić sobie na tę najbardziej naturalną wersję siebie bez masek i pozorów. Z każdym dniem przychodziło mu to coraz łatwiej. Wbrew temu, co dzieje się dookoła, zawsze czuł, że może przy niej być po prostu sobą. Nawet z tym wszystkim, co nie czyniło z niego prawego, dojrzałego i opanowanego człowieka.
Za to ją kochał. Za bycie przy nim nawet wtedy, gdy śmierdział śmiercią i wojną, wracając z ponurych miejsc. Z rozproszonymi myślami i dłońmi szorowanymi niemalże do krwi. To dlatego robił to wszystko. Trzymał się przez lata zachowując neutralność. Równoważył swoje uczynki.
Przynajmniej podświadomie wybierał wiarę w to, że jedno chociaż trochę wymazuje drugie, bo wcale nie chciał być postrzegany w kategorii kogoś kto zawsze patrzył wyłącznie na własne korzyści i czubek swojego nosa.
Nie uważał się za dobrego człowieka, ale przy niej był dobry. Starał się być. Nie mógł dla wszystkich, więc był chociaż dla nich. Zapewnienie im bezpieczeństwa było nadrzędnym celem. Robiąc to rzeczywiście czuł się tak, jakby spełniał swoją powinność w byciu lepszym mężczyzną.
Nie odpowiedział na kolejne pytanie. Kąciki ust uniosły się znacznie wyżej, oczy zabłyszczały a zęby błysnęły w szerokim uśmiechu. Ambroise wzruszył ramionami.
No nie - teraz nie było mu przykro. Musiała to jakoś przeżyć. Wiedział, że to zrobi, bo nie pierwszy raz któreś z nich upierało się przy swoim planie a drugie mogło wyłącznie brać w nim udział albo patrzeć na wszystko z boku, wywracając przy tym oczami. Niewątpliwie sprawiało mu przyjemne ciepło to, że tym razem wybrała tę pierwszą opcję.
- Cieszy mnie to, że jej nie masz - odrzekł bez mrugnięcia okiem.
Może to było niekonwencjonalne podejście, ale porównując ich początki do momentu i ludzi, którymi byli teraz nie dało się nie dostrzec, że to nie był ten rodzaj braku skromności, który przeszkadzał Greengrassowi.
Wręcz przeciwnie. Może przyłożył rękę do wyhodowania potwora, ale sam uważał, że odpowiednią dawka zdrowego egoizmu i wiary we własną wartość dało się wiele osiągnąć. Prócz tego bez wątpienia to było bardzo pociągające.
Tak samo jak skupienie wymalowane na twarzy kobiety, kiedy bardzo poważnie podeszła do powierzonej jej roli. Przykładając rękę do tego, że mógł skupić się na próbach wypowiadania inkantacji we właściwy sposób, choć spojrzenie paliło go w plecy i sprawiało, że walczył, żeby się nie rozproszyć.
Jakimś cudem doczytał tekst do końca, kątem oka widząc rozbłysk i przesuwając pytające spojrzenie na ukochaną zanim jeszcze zdążyła utwierdzić go w przekonaniu, że bez wątpienia coś się stało.
Przez moment przyglądał się otoczeniu. Podążył za spojrzeniem Geraldine w kierunku nieba. Nieznacznie wydął wargi w zamyśleniu, drapiąc się po policzku i poruszając nosem.
- Hm - odmruknął pełen zastanowienia. - Nie wydaje ci się. Chyba wszystko jest w porządku - odpowiedział powoli w dalszym ciągu marszcząc brwi i któryś raz z rzędu obrzucając okolicę wzrokiem, zanim ruszył się z miejsca i wcisnął kartkę do kieszeni. - Trzeba ostrożnie przysypać krąg śniegiem i zebrać świece. Chcesz zrobić to drugie? - Spytał pozwalając zadowolonemu uśmiechowi wpłynąć na jego zaczerwienioną od mrozu twarz.
W tym wypadku mogli się zamienić albo zrobić to wspólnie. Tę decyzję pozostawiał Geraldine.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down