Rodzina robiła co mogła tak naprawdę – czyli niewiele. Widziała zmartwienie sióstr, nawet tej najmłodszej, z którą była związana najbardziej, widziała, że nawet jej zimna (w znaczeniu czysto metaforycznym) matka też na swój sposób się martwi. Ale co oni mogli zrobić? Coś takiego nigdy wcześniej się nie wydarzyło. Victoria dostała dostęp nawet do tekstów kowenu, a i tak… wszystko było mgliste. Została zbadana przez gości z Departamentu Tajemnic, ona i reszta Zimnych i… wszyscy rozkładali ręce. Ale wiedziała dlaczego, nie było sensu się od tego znowu odbijać; wszystko sprowadzało się do nekromancji.
Drgnęła lekko, czując obcy dotyk – dłoń Rodolphusa na swojej własnej. Nie dlatego, że było to niechciane, a dlatego, że było niespodziewane. Rodolphus, tak jak i ona, był powściągliwy i oszczędny w gestach i nie zauważyła, by do tej pory miał chęć na dotykanie ludzi w trakcie rozmowy. Uniosła spojrzenie na kuzyna, może nawet trochę pytająco, ale nie zabrała rąk.
– To prawo, które chroni tych, którzy jak zaczną, to nie wiedzą kiedy przestać – czyli tak, ludzi słabych. Żarłocznych. Którzy chcieli więcej i więcej, bo apetyt rósł im w miarę jedzenia. – Życie i śmierć są ze sobą ciasno splecione. Nasz świat jest światłem żywych, a Limbo umarłych i śmierci. A ja weszłam wprost do niego i mnie zmienił – nie zgadzała się z tym, że nic co tam robili jej nie pomoże. Bo badali Limbo, tak? Z jakiegoś powodu to Departament Tajemnic odgrodził Polanę Ognisk i ktoś od nich ją badał. Być może Rodolphus chciał jej myśli odsunąć od tamtej Komnaty, może mieli coś, czego nie powinna wiedzieć, a może nie mieli nic… w każdym razie nie zamierzała tutaj polegać na Ministerstwie. Już zresztą się umówiła z Brenną na wyjazd do Afryki.
Grymas widziała… ale nie zamierzała na niego reagować. Bo mógł być wynikiem niezadowolenia na cokolwiek tak naprawdę, stawiała, że na opieszałość rządzących.
– Były rozmieszczone wokół ogniska rytualnego. Mogę je narysować mniej-więcej, nie pamiętam w jakiej dokładnie odległości były od ogniska ani od siebie wzajemnie, zresztą byłam tylko przy dwóch. Zgasiłam jedno, pobiegliśmy do drugiego, je też zgasiłam… nie wiem czy w tym czasie paliła się reszta, byłam trochę zajęta tym, żeby żywiołak mnie nie zmiażdżył jakimś kamieniem, którym rzucał. W każdym razie jak weszliśmy do Limbo to zgaszone były przynajmniej dwa – trochę za dużo się wtedy działo i byli najbliżej ogniska, by mogła zwrócić uwagę na to, co działo się po drugiej stronie. Wzięła pergamin i pióro od Rodolphusa i przyłożywszy sobie kartkę do nogi, wyprostowała ją na swoim kolanie. Na środku zaznaczyła duże ognisko, obok niego koślawego ludzika nktory miał oznaczać żywiołaka, wokół nich, w pewnej odległości narysowała okrąg, s jeszcze bardziej na zewnątrz pięć kropek, które miały symbolizować swiatła.
– To jest ognisko, to żywiołak. Tu jest krąg czarnego ognia, który odgradzał ognisko od reszty. Tu są światła. Ale to wszystko nie jest w skali – pokazała palcem na konkretne rzeczy, które znajdowały się wtedy na polanie ognisk. – Weszliśmy w ognisko na środku. Nie wiem co mówią raporty, ale ja swój bardzo dokładnie zreferowałam przed Moody i Bonesem – spojrzała jeszcze raz na swój rysunek. Może i pięknie pisała, ale Picasso to z niej nie był. Zaraz dorysowała jeszcze żywiołaków dwie kropki na oczy i ( jako buzię i V pomiędzy oczami, pokazując że był wkurwiony. – Z ogniska leciał fioletowy dym, ale moi towarzysze tego nie widzieli – dodała jeszcze po chwili namysłu.