05.11.2024, 15:57 ✶
Całe ciepło, jakie odczuwał jeszcze przed kilkoma minutami zniknęło zastąpione przejmującym chłodem. Nawet nie zdawał sobie sprawy z dygotania w mroźnych podmuchach, które ogarniały go od środka.
Cały ten przeraźliwy ziąb brał się nie z zewnątrz a z wnętrza umysłu wypełnionego przeraźliwym krzykiem śmierci gorszym nawet od fatalistycznego wycia banshee.
Ambroise miał wrażenie, że ta chwila będzie trwać już wiecznie a oni na utkną tu w tej widmowej pętli przejmującego bólu, któremu nie będą w stanie zaradzić. Nieważne, co by uczynili. Byli bezradni wobec tego, co działo się tuż przed nimi na ich ogarniętych ciemnością oczach. Nie mogli rzucić się do przodu, spróbować przegonić istotę, odegnać ją od cierpiącej ofiary - to nic by nie dało. Los dębu został przypieczętowany.
Drzewo, które powinno przez kolejne wieki wznosić swoje gałęzie ku górze, wyciągając się w stronę słońca i szumiąc listowiem w tak dobrze znanej im pieśni życia, teraz dogorywało w męczarniach. Wysysano z niego ostatnie krople esencji, skazując je na agonię, która wkrótce umilkła pozostawiając po sobie duszącą ciszę i wrażenie przejmującej pustki.
W ostatniej godzinie nie zostało samo. Byli przy nim wypełniając swoją część powinności, ale to nie było żadne pocieszenie. Nie, jeśli nie mogli teraz nic zaradzić. Nieważne jak bardzo starał się wymyślić coś, żeby przerwać proces karmienia się duszą dębu. Wewnątrz wiedział, że nie są w stanie nic zrobić. Nie teraz. Było za późno.
Roise kątem oka dostrzegał u Roselyn niemalże lustrzane odbicia własnego bólu biorącego się z głębi tej więzi z Knieją, która teraz wprawiała ich w dygotanie i wywoływała szum w głowie, otwierając im oczy na to, co musiało dziać się tutaj tygodniami.
W tym czasie istoty, które przejęły głuszę rosły w siłę. Dając makabryczny pokaz tego, do czego są w stanie się posunąć, żeby pochłonąć jeszcze więcej energii zamieniając ją w niszczycielską, ciemną siłę. Zostali tu przyzwani, aby dostrzec skalę zagrożenia, ale jeszcze nie wiedział jaki powinien być ten następny krok. Chwilowo przetwarzał ten widok.
Tylko część kart została przed nimi odkryta. Cała reszta rozdania zależała do nich. Ale czy aby na pewno? Nie wiedział.
Czuł chłód i pustkę, coraz bardziej boleśnie racjonalne myśli powracały do jego głowy jak lodowata fala na wezbranym morzu. W przeciwieństwie do siostry, on wyłącznie dygotał, zaciskając i prostując palce. Z jego oczu nie pociekły łzy. Zamknął wszystko w sobie jak to zawsze robił, gdy te najbardziej pierwotne instynkty przejmowały nad nim władzę.
Gdyby spróbował wyrzucić to z siebie, być może przyniosłoby mu to nawet odrobinę ulgi koniecznej do tego, żeby nie czuć tego odrealnienia.
Szczególnie wtedy, gdy Roselyn ruszyła do przodu targana emocjami, które dla niego były lodowatą skorupą ogarniającą ciało. Z ich dwojga zawsze była bardziej ekspresyjna. Oboje mieli krótki lont, potrafili być bardzo intensywni w kontaktach międzyludzkich, ale zawsze miał wrażenie, że Roo znacznie lepiej radzi sobie ze wszystkimi emocjami. Również z tymi, które on uważał u siebie za wyraz słabości.
Czasami zazdrościł jej umiejętności wyrażania wszystkiego tego, co jego doprowadzało do wewnętrznego szaleństwa i wreszcie do gwałtownego wybuchu, gdy nie był w stanie już dłużej tłumić w sobie tych najbardziej autodestrukcyjne zapędów. Biło od niej ciepło, które sprawiło, że ludzie pragnęli się nią opiekować.
On sam gardził większością przejawów troski kierowanych wobec niego. Szczególnie w ostatnim czasie, gdy jego życie przypominało bagno, w które niechybnie wciągnąłby wszystkie bliskie mu osoby, gdyby przyjął ich wyciągnięte ręce. Jego własne decyzje sprawiły, że zboczył z właściwej ścieżki (choć czy jakaś istniała? wątpił) i musiał sam znaleźć drogę powrotną, zagryźć zęby i brnąć przed siebie.
Tak również w tej chwili wziął głęboki wdech i ruszył się z miejsca. Wpierw w kierunku siostry, którą chciał przede wszystkim otoczyć opieką, ale odruchowo wycofał się, gdy Samuel go uprzedził. W tym wypadku posłał mężczyźnie badawcze spojrzenie, po czym sam w kilku ostrożnych krokach zbliżył się do martwego drzewa.
Było cieniem siebie. Spróchniałym, martwym, wykrzywionym w urwanym krzyku. Nie mogli nic zrobić, by przywrócić mu życie.
Bardzo ostrożnie zbliżył dłoń do dębu aż niemalże dotknął tego, co po nim zostało. Nie zrobił tego jednak. Zawiesił dłoń kilka milimetrów ponad zaschniętym pniem, przyglądając się korze, która niechybnie rozsypałaby się pod naciskiem jego palców. Drugą dłoń bardzo powoli uniósł w górę, chcąc podziękować duchom lasu i pożegnać przodka.
Na kilka sekund przymknął oczy, szepcząc kilka słów pod nosem, wyrażając smutek, lecz również wdzięczność za to wszystko, co drzewo dało - cień, tlen, schronienie dla zwierząt, oparcie. Sięgnął do kieszeni, wyciągając stamtąd monetę i kładąc ją pod drzewem, po czym skinął głową, biorąc kolejny oddech i obracając się do towarzyszy.
Nie dotarł do niego dźwięk głosu Samuela. Szept wymamrotany w czoło jego siostry przez tego osobliwego mężczyznę nie zwrócił uwagi Greengrassa, więc gdy McGonagall podjął próbę przemiany i wzbił się w powietrze, oczy Ambroisa gniewnie się rozszerzyły.
Mógł spodziewać się, że ten człowiek prędzej czy później postanowi ich zostawić. W obliczu zagrożenia tyle było z ludzkich odruchów. Szczególnie u osób, które tak bardzo szastały swoimi zwierzęcymi formami, choć to było wyłącznie jego własne spostrzeżenie.
Nigdy wcześniej nie spotkał kogoś, kto w przeciągu kilku chwil byłby w stanie tak skrajnie zmieniać formy. U metamorfomagów to było całkowicie normalne, ale pośród animagów? Nie znał się na tym, ale raczej uważał to za osobliwe. W tym momencie również godne obdarzenia zwierzęcia twardym spojrzeniem.
- Chodź, Roo - odezwał się przez spieczone gardło, przełykając ślinę, gdy zamiast tego zacharczał jak stary palacz (którym tak właściwie był, ale nie do tego stopnia). - Dasz radę...?... ...nie - wystarczyło jedno spojrzenie, żeby sam sobie odpowiedział, nachylając się ku siostrze i wyciągając ku niej ramiona. - Chodź, złap się, spróbuję cię trochę ponieść - powiedział cicho, zamierzając przezwyciężyć własną słabość i skupić się na tym, by jak najszybciej stąd wyszli.
Dostrzegł rozcięcia na jej skórze, ale mógł się tym zająć w domu, gdy będą już bezpieczniejsi. Bowiem bezpieczni nie byli już nigdzie.
AF na skuteczne podniesienie Roselyn i mozolne ruszenie w drogę powrotną
Cały ten przeraźliwy ziąb brał się nie z zewnątrz a z wnętrza umysłu wypełnionego przeraźliwym krzykiem śmierci gorszym nawet od fatalistycznego wycia banshee.
Ambroise miał wrażenie, że ta chwila będzie trwać już wiecznie a oni na utkną tu w tej widmowej pętli przejmującego bólu, któremu nie będą w stanie zaradzić. Nieważne, co by uczynili. Byli bezradni wobec tego, co działo się tuż przed nimi na ich ogarniętych ciemnością oczach. Nie mogli rzucić się do przodu, spróbować przegonić istotę, odegnać ją od cierpiącej ofiary - to nic by nie dało. Los dębu został przypieczętowany.
Drzewo, które powinno przez kolejne wieki wznosić swoje gałęzie ku górze, wyciągając się w stronę słońca i szumiąc listowiem w tak dobrze znanej im pieśni życia, teraz dogorywało w męczarniach. Wysysano z niego ostatnie krople esencji, skazując je na agonię, która wkrótce umilkła pozostawiając po sobie duszącą ciszę i wrażenie przejmującej pustki.
W ostatniej godzinie nie zostało samo. Byli przy nim wypełniając swoją część powinności, ale to nie było żadne pocieszenie. Nie, jeśli nie mogli teraz nic zaradzić. Nieważne jak bardzo starał się wymyślić coś, żeby przerwać proces karmienia się duszą dębu. Wewnątrz wiedział, że nie są w stanie nic zrobić. Nie teraz. Było za późno.
Roise kątem oka dostrzegał u Roselyn niemalże lustrzane odbicia własnego bólu biorącego się z głębi tej więzi z Knieją, która teraz wprawiała ich w dygotanie i wywoływała szum w głowie, otwierając im oczy na to, co musiało dziać się tutaj tygodniami.
W tym czasie istoty, które przejęły głuszę rosły w siłę. Dając makabryczny pokaz tego, do czego są w stanie się posunąć, żeby pochłonąć jeszcze więcej energii zamieniając ją w niszczycielską, ciemną siłę. Zostali tu przyzwani, aby dostrzec skalę zagrożenia, ale jeszcze nie wiedział jaki powinien być ten następny krok. Chwilowo przetwarzał ten widok.
Tylko część kart została przed nimi odkryta. Cała reszta rozdania zależała do nich. Ale czy aby na pewno? Nie wiedział.
Czuł chłód i pustkę, coraz bardziej boleśnie racjonalne myśli powracały do jego głowy jak lodowata fala na wezbranym morzu. W przeciwieństwie do siostry, on wyłącznie dygotał, zaciskając i prostując palce. Z jego oczu nie pociekły łzy. Zamknął wszystko w sobie jak to zawsze robił, gdy te najbardziej pierwotne instynkty przejmowały nad nim władzę.
Gdyby spróbował wyrzucić to z siebie, być może przyniosłoby mu to nawet odrobinę ulgi koniecznej do tego, żeby nie czuć tego odrealnienia.
Szczególnie wtedy, gdy Roselyn ruszyła do przodu targana emocjami, które dla niego były lodowatą skorupą ogarniającą ciało. Z ich dwojga zawsze była bardziej ekspresyjna. Oboje mieli krótki lont, potrafili być bardzo intensywni w kontaktach międzyludzkich, ale zawsze miał wrażenie, że Roo znacznie lepiej radzi sobie ze wszystkimi emocjami. Również z tymi, które on uważał u siebie za wyraz słabości.
Czasami zazdrościł jej umiejętności wyrażania wszystkiego tego, co jego doprowadzało do wewnętrznego szaleństwa i wreszcie do gwałtownego wybuchu, gdy nie był w stanie już dłużej tłumić w sobie tych najbardziej autodestrukcyjne zapędów. Biło od niej ciepło, które sprawiło, że ludzie pragnęli się nią opiekować.
On sam gardził większością przejawów troski kierowanych wobec niego. Szczególnie w ostatnim czasie, gdy jego życie przypominało bagno, w które niechybnie wciągnąłby wszystkie bliskie mu osoby, gdyby przyjął ich wyciągnięte ręce. Jego własne decyzje sprawiły, że zboczył z właściwej ścieżki (choć czy jakaś istniała? wątpił) i musiał sam znaleźć drogę powrotną, zagryźć zęby i brnąć przed siebie.
Tak również w tej chwili wziął głęboki wdech i ruszył się z miejsca. Wpierw w kierunku siostry, którą chciał przede wszystkim otoczyć opieką, ale odruchowo wycofał się, gdy Samuel go uprzedził. W tym wypadku posłał mężczyźnie badawcze spojrzenie, po czym sam w kilku ostrożnych krokach zbliżył się do martwego drzewa.
Było cieniem siebie. Spróchniałym, martwym, wykrzywionym w urwanym krzyku. Nie mogli nic zrobić, by przywrócić mu życie.
Bardzo ostrożnie zbliżył dłoń do dębu aż niemalże dotknął tego, co po nim zostało. Nie zrobił tego jednak. Zawiesił dłoń kilka milimetrów ponad zaschniętym pniem, przyglądając się korze, która niechybnie rozsypałaby się pod naciskiem jego palców. Drugą dłoń bardzo powoli uniósł w górę, chcąc podziękować duchom lasu i pożegnać przodka.
Na kilka sekund przymknął oczy, szepcząc kilka słów pod nosem, wyrażając smutek, lecz również wdzięczność za to wszystko, co drzewo dało - cień, tlen, schronienie dla zwierząt, oparcie. Sięgnął do kieszeni, wyciągając stamtąd monetę i kładąc ją pod drzewem, po czym skinął głową, biorąc kolejny oddech i obracając się do towarzyszy.
Nie dotarł do niego dźwięk głosu Samuela. Szept wymamrotany w czoło jego siostry przez tego osobliwego mężczyznę nie zwrócił uwagi Greengrassa, więc gdy McGonagall podjął próbę przemiany i wzbił się w powietrze, oczy Ambroisa gniewnie się rozszerzyły.
Mógł spodziewać się, że ten człowiek prędzej czy później postanowi ich zostawić. W obliczu zagrożenia tyle było z ludzkich odruchów. Szczególnie u osób, które tak bardzo szastały swoimi zwierzęcymi formami, choć to było wyłącznie jego własne spostrzeżenie.
Nigdy wcześniej nie spotkał kogoś, kto w przeciągu kilku chwil byłby w stanie tak skrajnie zmieniać formy. U metamorfomagów to było całkowicie normalne, ale pośród animagów? Nie znał się na tym, ale raczej uważał to za osobliwe. W tym momencie również godne obdarzenia zwierzęcia twardym spojrzeniem.
- Chodź, Roo - odezwał się przez spieczone gardło, przełykając ślinę, gdy zamiast tego zacharczał jak stary palacz (którym tak właściwie był, ale nie do tego stopnia). - Dasz radę...?... ...nie - wystarczyło jedno spojrzenie, żeby sam sobie odpowiedział, nachylając się ku siostrze i wyciągając ku niej ramiona. - Chodź, złap się, spróbuję cię trochę ponieść - powiedział cicho, zamierzając przezwyciężyć własną słabość i skupić się na tym, by jak najszybciej stąd wyszli.
Dostrzegł rozcięcia na jej skórze, ale mógł się tym zająć w domu, gdy będą już bezpieczniejsi. Bowiem bezpieczni nie byli już nigdzie.
AF na skuteczne podniesienie Roselyn i mozolne ruszenie w drogę powrotną
Rzut Z 1d100 - 26
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 37
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down