05.11.2024, 19:29 ✶
Rzecz jasna dostrzegł znaczące spojrzenia posyłane mu przez siostrę, ale postanowił je zignorować. Potrafił być nieutytułowanym ekspertem w dziedzinie stwarzania pozorów, że czegoś nie widzi albo nie słyszy. Przez większość czasu udawało mu się być ignorantem, korzystając z tej umiejętności we wszystkich chwilach, w których było to dla niego wygodne. Czyli dokładnie takich jak te teraz.
Wzruszył ramionami. Nie wiem nie musiało opuszczać jego ust. Było dostatecznie wymowne. Dokładnie tak jak cisza, która zapadła między nimi na dłuższą chwilę, gdy Roselyn potwierdziła jego obawy. Powoli pokiwał głową w zamyśleniu, masując kciukiem wnętrze swojej dłoni.
- To dobrze, bo z połączenia jasnowidza z czarnowidzem mogłabyś zostać co najwyżej dzbankiem na herbatę z krzywym uszkiem - skwitował z wymuszonym przekornym uśmieszkiem, aż nazbyt sztucznie dziarskim tonem odnosząc się do tego, że nie powinna być jednym i drugim na raz.
Tak właściwie to nie życzył jej bycia ani jednym, ani drugim, bo wszystkie te rzekomo fascynujące, ułatwiające życie umiejętności były dla niego jednym wielkim grząskim bagnem. Szczególnie teraz, gdy zdążył nabyć całkiem sporo praktyki wymuszonej przez niesprzyjające okoliczności.
Niektórzy z pewnością byliby w stanie oddać wszystkie swoje dobra za to, żeby być bardziej wrażliwym na przekazy zza Zasłony. Inni byli w stanie kogoś dla tego pokroić. Jeszcze inny byli w stanie dlatego kogoś pokroić, bo wydawało im się, że musi istnieć coś więcej i tkwi to na przykład w szyszynce, którą warto wyciąć.
Chcieli dowiedzieć się coś o samych podstawach, dojść do genezy, stwierdzić, skąd to się bierze, być może spróbować pozyskać to dla siebie. Żyli mrzonkami o tym, że uda im się ukraść cudze talenty. Chcieli je zagarnąć dla siebie. Znał co najmniej kilka takich osób tytułujących się badaczami niejasnego czy alternatywnymi naukowcami.
W rzeczywistości byli jedynie fanatykami czegoś, co uważali za dar, nawet jeśli dla osób takich jak Ambroise to było raczej niechciane przekleństwo. Bywały chwile na samym początku, kiedy najchętniej oddałby to komuś, kto naprawdę mógł z tego skorzystać. Nieważne w jakim stylu. Ważne, że ktoś z pewnością by to przyjął i pozbawił go kłopotu. Z tym, że to nigdy nie wchodziło w grę.
Nawet nie próbował szukać rozwiązań, które nie istnieją. Uczył się z tym żyć. Po fazie wyparcia zaczął podejmować próby wykorzystywania tego na swoją korzyść. Mimo że nie wychylał się z tym nawet do najbliższych, zaczął akceptować to, kim jest.
Czasami wyłącznie żałując tego, kim nigdy nie był, przełykając gorycz świadomości, że to zawsze były wyłącznie złudzenia. Tamta jego wersja z przeszłości nigdy nie istniała. Była przygłaskana i przymaskowana na ostrych krawędziach, ale te zabezpieczenia zaczęły puszczać aż wreszcie musiał samodzielnie zerwać plaster i nauczyć się z tym żyć. Ostatnio coraz bardziej utwierdzał się w tym przekonaniu.
Szczególnie, że świat dookoła nich nieustannie się zmieniał. To, co znali z wczesnej młodości już dawno nie istniało. Tak naprawdę również nigdy nie było prawdziwe, bo gdzieś tam pod skorupą cały czas kryła się nieopisana groza zbierająca siły, aby wybić się na powierzchnię i rozlać się niczym niszczycielska fala.
- Wiem - przytaknął, nie odsuwając się jako pierwszy ani nie przerywając tego niespodziewanego kontaktu.
Pozwolił Roselyn podjąć decyzję o tym, kiedy znowu staną pół kroku od siebie. To było całkiem miłe. Nieoczekiwane, ale miłe. Przyjął to z nieznacznie łagodniejszym spojrzeniem.
- Cieszy mnie to, że podchodzisz do tego w ten sposób - być może poczuł posmak goryczy na języku, gdy to mówił, ale taka była prawda.
Mieli naprawdę trudne czasy. Należało być tego świadomym. Zbroić się na różne okoliczności. Już dawno przestał sądzić, że wojna ich ominie tylko dlatego, że są czystokrwiści i nie przyjmują żadnej strony. Obecnie coraz trudniej było być neutralnym wobec wydarzeń.
W dodatku nie tylko tych mających bezpośredni związek z poplecznikami Voldemorta, lecz również tych poza głównymi ośrodkami magicznymi. W ich Kniei, którą też coś skaziło. Na to też musieli być przygotowani. To już była ich walka, nawet jeśli jeszcze nie wiedzieli, w jaki sposób się rozegra.
- To nie łój tylko mieszanka ziołowych olejów. Powinnaś kiedyś spróbować, żeby nie mieć memortkowego gniazda na głowie - spojrzał na nią ze śmiertelną powagą, choć kącik jego ust drgał leciutko, jakby Roise zaraz miał parsknąć śmiechem.
Powstrzymał ten przejaw wesołości, obdarzając siostrę bardzo wymownym spojrzeniem, szczególnie wtedy, gdy wytarła rękę o swoje ubranie. No, skrzaty domowe miały mieć nie lada problem z usunięciem plamy. Choć tak właściwie to radziły sobie z dużo gorszymi zabrudzeniami po ogrodniczych pracach.
- No, tak właściwie to - zaczął chcąc powtórzyć poprzednie słowa, po czym momentalnie zorientował się, że znów brnie naokoło, nie mając dać żadnej konkretnej odpowiedzi.
Potrząsnął głową. Po części zrezygnowany, po części kpiąc z tego, że robiąc te wszystkie eksperymenty ani razu nie dopuścili możliwości, że stanie się coś równie nieoczekiwanego. A przecież takie rzeczy były naturalnym pokłosiem eksperymentowania z substancjami przeznaczonymi dla ludzi. Nie po to, żeby pchać je w ziemię albo wstrzykiwać bezpośrednio w łodygi.
No. To teraz mieli przed sobą właśnie to, co Rose powiedziała na głos a on tylko kiwnął głową. Roślinne zwierzę. W dodatku na tyle świadome, by mieć poczucie integralności i wspólnoty z innymi, całe szczęście już nieożywionymi drzewkami wiggenowymi.
- Taak. Zgadza się - stwierdził z wahaniem, które zupełnie do niego nie pasowało.
W przypadku tych wszystkich badań zazwyczaj zachowywał się znacznie bardziej do przodu. Nie miał najmniejszego problemu z przebojowym, czasami wręcz bezczelnym sugerowaniem sięgania po najróżniejsze środki i robienia rzeczy uznawanych za co najmniej niekonwencjonalne. Kiedy dostrzegał odpowiednio dużo przestrzeni na to, aby móc sobie pozwolić na mieszanie kroków, raczej to robił.
A gdy to nie przynosiło oczekiwanych skutków, czasami irytował się, ale machał na to ręką i po prostu szedł dalej. Wiele nieudanych eksperymentów lądowało w specjalnie przygotowanym koszu, z którego później znikało do utylizacji. Gdzieś tam w notesie pojawiała się wzmianka o tym, aby czegoś nie robić, bo to strata czasu, ale to byłoby na tyle.
Raczej nie spinał się do przesady i nie dawał się zbić z tropu nieoczekiwanemu przebiegowi zdarzeń, bo to był stały element prowadzenia badań.
Poza oficjalnymi spędami Towarzystwa Herbologicznego, rzecz jasna, na których w ostatnim czasie zachowywał się z coraz większą rezerwą, zaczynając podważać metody badawcze ludzi mających się za wybitnych specjalistów. Szczególnie po lipcowym spotkaniu.
Teraz wydawał się rozbrajająco zakłopotany. Przesuwał górnym rzędem zębów po dolnym i wykrzywiał kąciki ust w bardzo niezręcznym wyrazie. No za cholerę tego nie potnie.
Wzruszył ramionami. Nie wiem nie musiało opuszczać jego ust. Było dostatecznie wymowne. Dokładnie tak jak cisza, która zapadła między nimi na dłuższą chwilę, gdy Roselyn potwierdziła jego obawy. Powoli pokiwał głową w zamyśleniu, masując kciukiem wnętrze swojej dłoni.
- To dobrze, bo z połączenia jasnowidza z czarnowidzem mogłabyś zostać co najwyżej dzbankiem na herbatę z krzywym uszkiem - skwitował z wymuszonym przekornym uśmieszkiem, aż nazbyt sztucznie dziarskim tonem odnosząc się do tego, że nie powinna być jednym i drugim na raz.
Tak właściwie to nie życzył jej bycia ani jednym, ani drugim, bo wszystkie te rzekomo fascynujące, ułatwiające życie umiejętności były dla niego jednym wielkim grząskim bagnem. Szczególnie teraz, gdy zdążył nabyć całkiem sporo praktyki wymuszonej przez niesprzyjające okoliczności.
Niektórzy z pewnością byliby w stanie oddać wszystkie swoje dobra za to, żeby być bardziej wrażliwym na przekazy zza Zasłony. Inni byli w stanie kogoś dla tego pokroić. Jeszcze inny byli w stanie dlatego kogoś pokroić, bo wydawało im się, że musi istnieć coś więcej i tkwi to na przykład w szyszynce, którą warto wyciąć.
Chcieli dowiedzieć się coś o samych podstawach, dojść do genezy, stwierdzić, skąd to się bierze, być może spróbować pozyskać to dla siebie. Żyli mrzonkami o tym, że uda im się ukraść cudze talenty. Chcieli je zagarnąć dla siebie. Znał co najmniej kilka takich osób tytułujących się badaczami niejasnego czy alternatywnymi naukowcami.
W rzeczywistości byli jedynie fanatykami czegoś, co uważali za dar, nawet jeśli dla osób takich jak Ambroise to było raczej niechciane przekleństwo. Bywały chwile na samym początku, kiedy najchętniej oddałby to komuś, kto naprawdę mógł z tego skorzystać. Nieważne w jakim stylu. Ważne, że ktoś z pewnością by to przyjął i pozbawił go kłopotu. Z tym, że to nigdy nie wchodziło w grę.
Nawet nie próbował szukać rozwiązań, które nie istnieją. Uczył się z tym żyć. Po fazie wyparcia zaczął podejmować próby wykorzystywania tego na swoją korzyść. Mimo że nie wychylał się z tym nawet do najbliższych, zaczął akceptować to, kim jest.
Czasami wyłącznie żałując tego, kim nigdy nie był, przełykając gorycz świadomości, że to zawsze były wyłącznie złudzenia. Tamta jego wersja z przeszłości nigdy nie istniała. Była przygłaskana i przymaskowana na ostrych krawędziach, ale te zabezpieczenia zaczęły puszczać aż wreszcie musiał samodzielnie zerwać plaster i nauczyć się z tym żyć. Ostatnio coraz bardziej utwierdzał się w tym przekonaniu.
Szczególnie, że świat dookoła nich nieustannie się zmieniał. To, co znali z wczesnej młodości już dawno nie istniało. Tak naprawdę również nigdy nie było prawdziwe, bo gdzieś tam pod skorupą cały czas kryła się nieopisana groza zbierająca siły, aby wybić się na powierzchnię i rozlać się niczym niszczycielska fala.
- Wiem - przytaknął, nie odsuwając się jako pierwszy ani nie przerywając tego niespodziewanego kontaktu.
Pozwolił Roselyn podjąć decyzję o tym, kiedy znowu staną pół kroku od siebie. To było całkiem miłe. Nieoczekiwane, ale miłe. Przyjął to z nieznacznie łagodniejszym spojrzeniem.
- Cieszy mnie to, że podchodzisz do tego w ten sposób - być może poczuł posmak goryczy na języku, gdy to mówił, ale taka była prawda.
Mieli naprawdę trudne czasy. Należało być tego świadomym. Zbroić się na różne okoliczności. Już dawno przestał sądzić, że wojna ich ominie tylko dlatego, że są czystokrwiści i nie przyjmują żadnej strony. Obecnie coraz trudniej było być neutralnym wobec wydarzeń.
W dodatku nie tylko tych mających bezpośredni związek z poplecznikami Voldemorta, lecz również tych poza głównymi ośrodkami magicznymi. W ich Kniei, którą też coś skaziło. Na to też musieli być przygotowani. To już była ich walka, nawet jeśli jeszcze nie wiedzieli, w jaki sposób się rozegra.
- To nie łój tylko mieszanka ziołowych olejów. Powinnaś kiedyś spróbować, żeby nie mieć memortkowego gniazda na głowie - spojrzał na nią ze śmiertelną powagą, choć kącik jego ust drgał leciutko, jakby Roise zaraz miał parsknąć śmiechem.
Powstrzymał ten przejaw wesołości, obdarzając siostrę bardzo wymownym spojrzeniem, szczególnie wtedy, gdy wytarła rękę o swoje ubranie. No, skrzaty domowe miały mieć nie lada problem z usunięciem plamy. Choć tak właściwie to radziły sobie z dużo gorszymi zabrudzeniami po ogrodniczych pracach.
- No, tak właściwie to - zaczął chcąc powtórzyć poprzednie słowa, po czym momentalnie zorientował się, że znów brnie naokoło, nie mając dać żadnej konkretnej odpowiedzi.
Potrząsnął głową. Po części zrezygnowany, po części kpiąc z tego, że robiąc te wszystkie eksperymenty ani razu nie dopuścili możliwości, że stanie się coś równie nieoczekiwanego. A przecież takie rzeczy były naturalnym pokłosiem eksperymentowania z substancjami przeznaczonymi dla ludzi. Nie po to, żeby pchać je w ziemię albo wstrzykiwać bezpośrednio w łodygi.
No. To teraz mieli przed sobą właśnie to, co Rose powiedziała na głos a on tylko kiwnął głową. Roślinne zwierzę. W dodatku na tyle świadome, by mieć poczucie integralności i wspólnoty z innymi, całe szczęście już nieożywionymi drzewkami wiggenowymi.
- Taak. Zgadza się - stwierdził z wahaniem, które zupełnie do niego nie pasowało.
W przypadku tych wszystkich badań zazwyczaj zachowywał się znacznie bardziej do przodu. Nie miał najmniejszego problemu z przebojowym, czasami wręcz bezczelnym sugerowaniem sięgania po najróżniejsze środki i robienia rzeczy uznawanych za co najmniej niekonwencjonalne. Kiedy dostrzegał odpowiednio dużo przestrzeni na to, aby móc sobie pozwolić na mieszanie kroków, raczej to robił.
A gdy to nie przynosiło oczekiwanych skutków, czasami irytował się, ale machał na to ręką i po prostu szedł dalej. Wiele nieudanych eksperymentów lądowało w specjalnie przygotowanym koszu, z którego później znikało do utylizacji. Gdzieś tam w notesie pojawiała się wzmianka o tym, aby czegoś nie robić, bo to strata czasu, ale to byłoby na tyle.
Raczej nie spinał się do przesady i nie dawał się zbić z tropu nieoczekiwanemu przebiegowi zdarzeń, bo to był stały element prowadzenia badań.
Poza oficjalnymi spędami Towarzystwa Herbologicznego, rzecz jasna, na których w ostatnim czasie zachowywał się z coraz większą rezerwą, zaczynając podważać metody badawcze ludzi mających się za wybitnych specjalistów. Szczególnie po lipcowym spotkaniu.
Teraz wydawał się rozbrajająco zakłopotany. Przesuwał górnym rzędem zębów po dolnym i wykrzywiał kąciki ust w bardzo niezręcznym wyrazie. No za cholerę tego nie potnie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down