Słowa nie były tu potrzebne. Geraldine wiedziała, jak wygląda sytuacja, nie potrzebowała ani potwierdzenia, ani zaprzeczenia. Spodziewała się tego, że prędzej, czy później wyciągnie tę kartę. Pokiwała jedynie głową przewracając przy tym oczami. Cóż, wiedziała też, że on wie, że ona wie. Jakoś tak. To też nie było nic nowego, całkiem dobrze rozumieli się bez słów. Nie zawsze były one im potrzebne do tego, aby wyciągać wnioski, wręcz przeciwnie. Miała wrażenie, że sporo im dał ten czas spędzony razem. Kiedy się tylko przyjaźnili, poznali się wtedy bardzo blisko, sporo o sobie dowiedzieli, nic ich nie rozpraszało. Mieli czas na to, aby nauczyć się pewnych zachowań drugiej strony. To było całkiem przydatne doświadczenie, chociaż może trochę trudne, bo nie mogła nie myśleć o tym, że ta przyjaźń to za mało. Na szczęście jakoś sobie w końcu wszystko ułożyli, chociaż nadal uważała go za swojego przyjaciela, tyle, że zdecydowanie wolała taką formę przyjaźni w której nie musiała trzymać swoich rąk przy sobie. To było coś specyficznego, nigdy nie połączyła z nią równie silna więź, jakby ich serca i dusze były ze sobą połączone niewidzialną więzią. Może faktycznie było coś w tych historiach o tym, że można spotkać na świecie kogoś, kto jest dopasowany idealnie do tej drugiej osoby, była skłonna w to uwierzyć, chociaż jeszcze całkiem niedawno twierdziła iż są to farmazony. Jak widać punkt widzenia mógł się bardzo zmienić w zależności od okoliczności...
a te mówiły jej, że nie było lepszych. Dostała więcej niż się spodziewała. Jej życie zmieniło się dosyć mocno w przeciągu tych kilku miesięcy, uważała jednak, że to wywrócenie do góry nogami tego co miała, do czego przywykła było całkiem ciekawym doświadczeniem. Lepszym niż to, czego mogła się kiedykolwiek spodziewać. Zakładała raczej, że przyjdzie jej spędzić życie w samotności, że będzie się z dala trzymać od jakichkolwiek zobowiązujących relacji, a teraz doceniała to, że znalazła swoją kotwicę. Miała do kogo wracać, miała po co żyć, to było zupełnie nowe.
Zmieniali swoje życia dosyć szybko, dostosowywali do sytuacji w jakiej się znaleźli, ale nie widziała w tym nic złego. Chyba właśnie w ten sposób powinno się żyć, brać od życia to, co dawało i czynić to jeszcze lepszym. Planowanie wspólnej przyszłości okazało się być całkiem miłym doświadczeniem, zaskakującym na pewno, ale przy tym pozytywnym. Nie sądziła, że tak łatwo jej będzie przywyknąć do tych zmian w jej poglądach i nastawieniu do życia.
Razem mogli osiągnąć naprawdę wiele, była tego świadoma, mieli dość specyficzne charaktery, które w zgodzie ze sobą przynosiły dużo możliwości. Byleby tylko mieli chęć nadal patrzeć w tym samym kierunku. Nie zakładała, że szybko się to im odmieni, wręcz przeciwnie, czuła, że z czasem może być tylko lepiej.
- Tak, po prostu jesteśmy w tym razem. - Nie sugerowała broń Merlinie tego, że by sobie sam nie poradził z tym, żeby utrzymać sytuację taką, jaka im odpowiadała. Czuła jednak, że jeśli zaangażują się w to razem, to może uda im się uzyskać lepsze efekty. Zresztą po prostu sama też chciała mieć na to wpływ. Byli partnerami, więc wydawało jej się, że zainteresowanie będzie mile widziane.
Nie sądziła, że w ogóle mogłyby się pojawić jakiekolwiek naciski, na pewno nie szybko. Podzielenie się tym, że się sobą zainteresowali i tak było sporym krokiem, na pewno w przypadku Yaxleyówny, która raczej stroniła od pokazywania się z kimkolwiek. Jej rodzina miała tego świadomość. Zdawali sobie sprawę, że to musi być coś co faktycznie ma dla niej znaczenie. To powinno im wystarczyć na sporo czasu. Jasne, kiedyś będą musieli pomyśleć o sformalizowaniu tej relacji, również dla siebie samych, ale na pewno nie chciała tego robić w najbliższej przyszłości. Nigdzie im się przecież nie spieszyło.
- To będzie musiał być wyjątkowy kamień, nie wiem, czy dasz radę do maja znaleźć taki, który faktycznie by się mi spodobał. - Skoro chciał ją dzięki niemu zbałamucić nie mógł to być pierwszy, lepszy kamyk (nie, żeby udało mu się to bez żadnego kamienia, ale to nie było w tej chwili istotne). Dalej ciągnęła temat i próbowała udawać bardzo, ale to bardzo niedostępną.
- To prawda, mam wrażenie, że wredna jędza też cię lubi. - Była jedna osoba, która zawsze stanowiła dla niej ciężki orzech do zgryzienia, ale w sumie Ambroise i z nią sobie radził. Jennifer nie ostrzyła na niego swoich pazurów, ani nie strzępiła języka. Cóż, może miało tak pozostać, chociaż Geraldine podejrzewała, że na pewno będzie się zastanawiała jak właściwie do tego doszło, była kurewsko ciekawska i lubiła wsadzać nos w nieswoje sprawy. - Interesujące, nie mogę się doczekać, aż pokażesz mi te wszystkie przypadki, w których będę mogła ci się do czegoś przydać. - Jej myśli niestety zmierzały ku jednemu przez to, że jego palce nadal błądziły po jej kolanie.
- Miło mi, że pamiętasz o tym, że próbowałam hojnie wynagrodzić twoje ogromne zaangażowanie. - Wtedy robiła to w złości, chciała się go jak najszybciej pozbyć ze swojej sypialni i na pewno zdawał sobie z tego sprawę. Jak zawsze jednak wiedział, kiedy sięgnąć po którą kartę.
- Podejrzewam, że jestem jedną z tych osób, które nawet podczas snu potrafią gadać bez sensu, więc może jednak nie był to, aż taki wielki wyczyn? - Nie do końca tak myślała, ale chciała się z nim dalej nieco podroczyć. Zdawała sobie sprawę, że wtedy było naprawdę blisko tego, by zakończyła swój żywot. Przypominała jej o tym blizna ciągnąca się przez plecy, nie chciała się jej pozbywać, aby nie zapominać o tym, że nie jest nieśmiertelna. Potrzebowała tej lekcji, aby nieco się ogarnąć, chociaż odrobinę, bo wtedy faktycznie dosyć mocno przesadzała i była bardzo lekkomyślna.
Jej duma była wtedy urażona. Odrzucił dłoń, którą do niego wyciągnęła, zabolało ją to dosyć mocno, zdecydowanie bardziej niż się spodziewała. Do tego to właśnie on musiał jej uratować życie, to było trochę jak policzek, bycie zależnym od kogoś, z kim nie chciało się mieć doczynienia. Musiała się na czymś wyładować, a że akurat on znalazł się wtedy pod ręką, to cóż, postanowiła skorzystać z okazji. Nie, żeby była dumna z tego zachowania, wręcz przeciwnie, wypadało okazać chociaż odrobinę wdzięczności, jednak jak zawsze dała się ponieść emocjom.
- Nie sądziłam, że zasłużyłam sobie na rabat... - Ich relacja była wtedy bardzo mocno skomplikowana, nie dało się temu zaprzeczyć. Skakali sobie do gardeł bez większego powodu. Na szczęście udało im się pozbyć tego rozdrażnienia, właściwie to zastąpił je zupełnie inny rodzaj napięcia. Zdecydowanie wolała tę aktualną wersję.
Nie można było jednak nie zauważyć, że od zawsze reagowali jakoś na swoją obecność, były to najsilniejsze z emocji, może gdyby nie była wtedy tak zadufana w sobie, to mogłoby się skończyć dużo szybciej i przekształcić w coś innego. Właściwie dobrze, że w ogóle udało im się zmienić nastawienie, zabawne, że do zbliżenia się do siebie potrzebowali wizyty w nawiedzonym dworze i postrzelenia Ambroisa z kuszy, cóż prawdziwa łowcza w swoim żywiole.
- Nie wiem, jakie macie tam u siebie zwyczaje... ale tutaj chyba nie do końca jest to jedno i to samo. - Kontynuowała, chociaż powoli zaczynało jej brakować argumentów, nie zamierzała jednak odpuszczać, nigdy tego nie robiła. Był to bardzo zły nawyk.
- Może trochę? Dawno tego nie robiliśmy w ten sposób. - Znajdowali się w końcu w nieco innym otoczeniu niż zazwyczaj, co mogło przynieść im nieco inne doznania. Całkiem podobało jej się to w jaką stronę zmierzali. Odsunęła się nieco od swojej części ściany, kiedy sięgnął po swoja marynarkę, aby łatwiej było mu ją narzucić na ramiona. Nie zamierzała oponować, bo miała świadomość, że gdyby wspomniała o tym, że ten gest jest zupełnie niepotrzebny to by nic nie dało. Zresztą faktycznie robiło się nieco chłodno, burza dopiero się zaczęła. Kiedy ich twarze znalazły się blisko siebie była bliska tego, żeby musnąć jego usta swoimi, tyle, że najwyraźniej wziął do siebie to, że był to wieczór wodzenia się za nos i się od niej odsunął. Wymsknęło jej się mruknięcie, które świadczyło o niezadowoleniu z takiego rozwoju sytuacji.
Westchnęła głośno kiedy bardzo bezpośrednio powiedział o co dokładnie mu chodziło. Sama się o to prosiła, ale nadal mogła jednak odpuścić ten temat.
- Nie spodziewałam się, że parapet może być dla ciebie takim problematycznym rozwiązaniem, ale skoro tak mówisz, to nie zamierzam nalegać. - Może dość opatrznie odebrał jej słowa, ale nie miała zamiaru się teraz z tego wykręcać, w sumie to sam jej to umożliwił. - Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby nie wrócić do domu, tak właściwie to już bym się chciała tam znaleźć. - Wcale nie dlatego, że bała się tego, jak przebiegnie dalsza część dnia. Zdecydowanie jednak chciała się z nim aktualnie znaleźć w jakimś ustronnym miejscu, tak, najlepiej jak najszybciej.
Jasne, mogli zostać na noc w Snowdonii, ale to wiązałoby się z pewnymi komplikacjami do których nie byli przyzwyczajeni. Nie zamierzała się do niego skradać, jakby wcale do siebie nie należeli. Zresztą wydawało jej się, że przy kilku następnych wizytach będą mogli nieco zmienić to w jaki sposób kreowali swoją relację. Nie miała zamiaru zbyt długo trzymać rąk przy sobie, to było zupełnie niepotrzebne, no i lepiej, aby jej rodzina szybciej przywykła do tego, co faktycznie ich łączy.
Odsunęła dosyć szybko od siebie te myśli, które się pojawiły. Pewnie kiedyś jeszcze wróci do tego tematu, ale nie chciała tego robić teraz. Powinna przypomnieć sobie więcej z tego dnia do którego doprowadziły ją jego słowa, nie chciała teraz czegoś przeinaczyć.