Tak, pytała go… czy raczej oznajmila mu, że jest pewna, że da się to zrobić. Powiedziała mu też, jakie słowa przekazała jej babcia przez Laurenta, ale wtedy nie miała tego brakującego elementu układanki: informacji o kamieniu filozofów. Jednak powiedziała Saurielowi tyle, ile na tamten dzień wiedziała: że da się wrócić do żywy. I że nie musi podejmować decyzji teraz, gdy to takie mgliste, oraz… Że tym razem nie będzie z tym sam.
Wtedy jeszcze nie usłyszała, że jest duża szansa, że umrze.
Teraz już sama nie wiedziała, co ma myśleć o tym umieraniu i energii, której jej brakowało, albo cholera wie co się właściwie stało. Nie chciała żyć z dnia na dzień z myślą, że każda chwila może być dla niej tą ostatnią. I… pochłonęły ją badania nad śmiercią, czy raczej… nad życiem w śmierci – nad wampirami. Pomalutku torowała sobie też drogę do tej wiedzy jak odczynić ten zły czar, który zamieniał człowieka w wampira, nikomu nie mówiąc nic, ani słówka. Była więc pewna, że nikomu nie powiedziała o tej biżuterii i o jaką dokładnie chodzi, ani, przede wszystkim, dlaczego. Stawiała ostrożne, małe kroczki, chcąc wybadać grunt, by przygotować sobie miejsce na późniejsze działanie. Saurielowi nic nie mówiła, bo tamtego dnia, gdy zobaczyła to… Ich spotkanie nie poszło najlepiej. Był to wręcz eufemizm: bo poszło beznadziejnie. Tak, że kilka dni później Sauriel pokazał jej mroczny znak na przedramieniu i mówił o rozstaniu, nie pytając jej nawet o zdanie, ona płakała, a kolejne dni później próbował popełnić samobójstwo, a ich relacja… Wydawałoby się, że się cofnęła, chociaż jak teraz Victoria o tym myślała, to uważała, że po prostu się zamroziła, a ich kolejne, nieczęste spotkania, kręciły się wokół innych rzeczy. Stanley był pierwszą osobą, której w ogóle napomknęła cokolwiek o jakiejś biżuterii babci i to na tyle mgliście, że nie mówiła o żadnych konkretach.
– O pierścionku i kolii wiem. Ale nie wiem czy nie było tego więcej, albo czy jednak nie zrobiła tego inaczej, a mi się coś… Pomieszało. Dlatego poprosiłam go, żeby poszukał wszystkich wzmianek o jakiejkolwiek biżuterii – nie zamierzała tego zrobić po łebkach, wręcz przeciwnie. – Parkinson – poprawiła go bez cienia urazu. – Elisabeth Parkinson z domu Crouch. Ale nie sądzę żeby takie ogłoszenie coś dało. Zresztą… Wolałabym to zrobić po cichu. To bardzo cenna biżuteria – a jak cenna… być może wiedziała tylko Victoria. Tylko Victoria oraz… – Możliwe też, że ma ją moja… Że ma ją Isabella. Ale na początek chciałam się upewnić, czego mam w ogóle szukać – z matką… jej relacja zawsze była napięta. Zaczęły ze sobą rozmawiać po tamtej wielkiej awanturze sprzed miesiąca, wtedy, gdy Victoria oznajmiła, że się wyprowadza i żadną siłą jej nie zatrzymają. Kiedy wyreferowała im, że możliwe, że nie zostało jej zbyt dużo życia i nie ma zamiaru go marnować na przepychanie się z nimi. Przyjęli to do wiadomości… Jakoś. I nawet wyglądało, że przejęli się rokowaniami, jakie przedstawił jakiś nekromanta skądś tam.
Nie, Victoria wcale nie chciała myśleć o tym, że miłość istnieje, by testować naszą wytrzymałość. Miłość była piękna, była darem, który warto było pielęgnować, o który należało dbać – dodawała skrzydeł, szczęścia, spokoju, pewności siebie, poczucia, że nie jest się samotnym i pozostawionym samemu sobie. Że gdy się potkniesz i upadniesz, to ktoś poda ci dłoń i pomoże wstać, a jeśli nie będziesz mieć siły, to cię podniesie i przez jakiś czas nawet poniesie. Nie skreślała też tego, co było pomiędzy nią i Saurielem, bo inaczej by w to nie brnęła. A słowa Szeptuchy… Mówiły też o miłości i szczęściu, chociaż Victoria nadal nie do końca wierzyła w przepowiednie. Poczuła, jak Sauriel nagle się naprężył pod jej gestem, znieruchomiał jak słup soli, jak wykuty z kamienia – a to był tylko nieszkodliwy buziak. A czemu? By okazać mu swoją sympatię, czułość… Nie nabuczał jednak na nią, ani nie odsunął. Był tylko skrzywiony jakby właśnie polizał cytrynę. Aż takie to było niemiłe? Victoria pomyślała, że się pospieszyła, że nie powinna… Tym bardziej się zwinęła, przytulona, by ukryć swój wstyd. Bała się zapytać, czy mu to przeszkadza, bo bała się, że powie, że tak, a nie była gotowa na taką odpowiedź.
– Chesterowi udało się wkurzyć co najmniej pół naszego Departamentu. Ale ponoć poszedł już na emeryturę? Snuje się teraz po domu i wszystkim działa na nerwy? – wymruczała, doskonale sobie wyobrażając, jak Sauriel bardzo próbuje dopiąć swego: wkurwienia Josepha. – Ach tak, to musi być bardzo duża nienawiść. Tylko co, jak element łączący zniknie wam z oczu? Jeszcze niedawno wolałeś się trzymać z daleka – a przynajmniej coś w ten deseń mówił jej w czerwcu… Albo też coś pokręciła. Sama rozluźnila się dopiero, gdy Sauriel zaczął głaskać ją po włosach. Była łasa na te gesty, spragniona ich, jak rozbitek zbyt długo dryfujący po morzu, gdzie wody było mnóstwo, tylko nie takiej, która nadaje się do picia.
W tym czasie mogli usłyszeć ciche stuknięcie i miauczek, który przemieścil się po podłodze do kanapy, którą zajmowali.
– Miau – odpowiedziała Victoria i raz jeszcze się podniosła, by zaraz wychylić się i jedna ręką złapać mała Lunę, która koniecznie chciała się dostać na górę. Zaraz zresztą wróciła do poprzedniej pozycji, a w tym czasie mała czarna kulka zaczęła szukac sobie swojego miejsca, by się położyć obok człowieków, którzy byli jej całym małym światem. Kwiatuszek za to rozłożył się szczęśliwy na fotelu.