Zatrzymał się w połowie listu. Wziął go, zmiął i podpalił zaklęciem, bezpiecznie, aby nie rozpalić ognia w antykwariacie, ale żeby pozbyć się jakichkolwiek dowodów na to, że kiedykolwiek cokolwiek zapisał. Pisał tak lekko, że na drugim arkuszu nie odbiło się nic, ani wgniecenie z tkliwych słów. Nie potrzebował ich. Czasem jednak łatwiej jest napisać swoje myśli i puścić je z dymem, jak swoją miłość. Może dlatego bracia Longbottom byli tak bardzo do siebie podobni. Ulepieni ze skał wulkanicznych, kochający żarliwie, wypalający kwiaty miłości zanim zdążą zakwitnąć i zawiązać owoce.
— Tak, będzie witać w holu. Jest wielkie, na dwie kondygnacje, z antresolą. Gdy będziesz wchodzić, będzie stała pomiędzy dwoma przejściami. Po stronie ręki, a której będzie trzymała włócznię, pięć metrów, pozłacana, będzie sala zbrojna z miejscem do ćwiczeń, a po stronie, w której będzie trzymać zwój, będzie mój gabinet. Muszę mieć w końcu swoje miejsce. Będzie odziana w prawdziwe tkaniny, żeby zmieniać je zgodnie z sezonami.
Przed wyjazdem do Grecji, Morpheus wynajmował małą kawalerkę na cele biurowe w bardziej mieszkalnej części Alei Horyzontalnej, gdzie czynsz był znacznie mniejszy, ale i ruch. Wcale nie z powodów finansowych, ale dlatego, aby było jak najdalej od Praw Czasu. Teraz żałował, że nie kupił lokalu naprzeciw w imię słynnego cytatu: You said I killed you-haunt me, then! [...] Be with me always-take any form-drive me mad! only do not leave me in this abyss, where I cannot find you!*
Z nadzieją obserwował, jak jej piękna twarz rozjaśniła się na chwilę, powróciło do jego siostry światło życia, iskra chęci. Widział melancholię już na ognisku na plaży, ale teraz Tessa wyglądała jak cień samej siebie. Gorzej wyglądała tylko raz, w tej historii, która nie była jego do opowiedzenia, a która zaznaczyła się permanentnymi bliznami na jej życiu. Nie opuścił wzroku, gdy zapytała, nie był speszony. Mógł skłamać, ale uważał, że Quintessa zasługiwała na szczerość w tym momencie. Odłożył pióro na bok, podszedł do szwagierki i ujął jej twarz w swoje miękkie, kojąco chłodne dłonie, otulił ją znanym zapachem kadzidła i śliwki swoich perfum.
— Ponieważ istnieje ryzyko, że w ciągu następnych trzech dni umrzesz i ma to coś wspólnego z tym rytuałem. Musimy dowiedzieć się co, żebyś przeżyła.
Morpheus poruszał się pośród zagadek, tajemnic i cieni, ale teraz mówił prawdę w szczerości wybielonych słońcem kości na pustyni. Białość lśniła, transparentnie. To nie była metafora. Śmiertelność dotykała ich i teraz próbowała wyciągnąć swoje szpony w stronę Tessy.
*Emily Bronte, Wichrowe Wzgórza