06.11.2024, 01:12 ✶
Mówiła z naturalną dla siebie prostotą, bo, tak jak wcześniej określił ją Anthony, lubiła bezceremonialność. Niestety zaliczała się ona tylko i wyłącznie do kilku starannie wyselekcjonowanych segmentów codzienności, bo nie można było powiedzieć, że w jej życiu brakowało pompy. W ostatnim miesiącu było jej nawet trochę za dużo.
Chciała do tego wrócić, możliwie pokazać Anthony’emu, że chciała go wspierać; że nieważne, co los miał zgotować, to Tessa zawsze będzie stała tuż za nim, gotowa popchnąć go delikatnie do przodu. Niestety były też momenty, gdy stali tuż przy krawędzi klifu i kobieta usilnie szturchała go w bok, szczypała policzki, jakby miała nadzieję, że spadnie. Nie o to chodziło, nigdy nie chodziło o to.
Nie przepraszała, choć słowa cisnęły się na zasznurowane gardło. Trzymała jednak, zaciśnięte, milczące usta na wodzy, nie chcąc znowu powiedzieć czegoś głupiego. Bo naprawdę, czasami czuła się przy nim, jak speszona nastolatka — jakby oboje mieli po piętnaście lat i przez wyszeptanie kilku słów za dużo nie mogli już siedzieć razem przy stole w wielkiej sali.
— Ale właśnie, że chodzi — rzuciła zaraz, słysząc wręcz deprawujące jego własne dobro słowa. Tessa nie mogłaby żyć w ten sposób, choć… może właśnie to robiła. Wierzyła, że większość rzeczy robi tylko i wyłącznie dla swojego dobra, ale chyba tak naprawdę trzymała zaciśniętą pięść na własnym sercu. Czy mogła zatem mówić Shafiqowi, co dla niego dobre? Jednogłośnie była tutaj za tak. Bo pani Longbottom miała okropną, wręcz straszliwą, tendencję do zmuszania kochanych przez siebie osób do tego, aby najpierw na względzie miały swoje szczęście. Niestety w tej sytuacji było to trochę bardziej skomplikowane.
I na wzmiankę o teściu skrzywiła się lekko, ale tylko kapkę i no, prawie niezauważalnie. Kochała Godryka jak własnego ojca, uważała go też za naprawdę cudownego człowieka, ale… Tak, było tutaj to ale. Było i raziło w oczy, stojąc na środku ich stolika i najwyraźniej miało ochotę kopnąć w ich talerze z niedojedzonymi naleśnikami. Spuściła na chwilę spojrzenie, jakby ukłucie wstydu i żalu skutecznie nie pozwoliło jej utrzymać kontaktu wzrokowego z przyjacielem. Od dawna zastanawiała się i głowiła nad tym, jak poprawić relacje starego Longbottoma z Anthonym. Ale w tej sytuacji, nieważne jak bardzo chciała, nie mogła tego zrobić sama. Myślała o zaproszeniu czarodzieja na Yule do warowni. Może przy świątecznej atmosferze, przy żarze kominka i smaku ognistej whisky, gorącej jeszcze w przełyku, a także gałązce jemioły w holu, serce Godryka choć na chwilę pozwoliłoby sobie na sekundę zawahania?
— A co o tym wszystkim sądzi Erik? — zapytała po krótkiej chwili ciszy, wypełnionej wyłącznie ściśnięciem jego dłoni i smutnym spojrzeniem. — Rozmawialiście o tym? Czy on również uważa, że stoisz mu na drodze do szczęścia? Czy może sam tym szczęściem jesteś.
Urwała na chwilę i przesunęła swoje krzesło nieco bliżej, tak, aby mogła złapać go za ramię, a potem wierzchem dłoni przejechać po jego policzku.
— Nie powinnam podchodzić do tego z taką prostotą, masz rację. Nie możemy zapominać, że mamy takie czasy, jakie mamy. — Byłoby to za łatwe. Nikt w Londynie nie mógł być za długo szczęśliwy. — Ale nie możesz wykluczać go z tego równania, samemu uznając, że jest to zbyt niebezpiecznie. Bo, owszem, jest, ale Erik nie ma już czternastu lat i może sam odpowiadać za siebie, za swoje czyny i decyzje. Pozwól i jemu powiedzieć, co myśli. A mnie pozwól się przytulić, bo naprawdę sądzę, że tego potrzebujesz.
Chciała do tego wrócić, możliwie pokazać Anthony’emu, że chciała go wspierać; że nieważne, co los miał zgotować, to Tessa zawsze będzie stała tuż za nim, gotowa popchnąć go delikatnie do przodu. Niestety były też momenty, gdy stali tuż przy krawędzi klifu i kobieta usilnie szturchała go w bok, szczypała policzki, jakby miała nadzieję, że spadnie. Nie o to chodziło, nigdy nie chodziło o to.
Nie przepraszała, choć słowa cisnęły się na zasznurowane gardło. Trzymała jednak, zaciśnięte, milczące usta na wodzy, nie chcąc znowu powiedzieć czegoś głupiego. Bo naprawdę, czasami czuła się przy nim, jak speszona nastolatka — jakby oboje mieli po piętnaście lat i przez wyszeptanie kilku słów za dużo nie mogli już siedzieć razem przy stole w wielkiej sali.
— Ale właśnie, że chodzi — rzuciła zaraz, słysząc wręcz deprawujące jego własne dobro słowa. Tessa nie mogłaby żyć w ten sposób, choć… może właśnie to robiła. Wierzyła, że większość rzeczy robi tylko i wyłącznie dla swojego dobra, ale chyba tak naprawdę trzymała zaciśniętą pięść na własnym sercu. Czy mogła zatem mówić Shafiqowi, co dla niego dobre? Jednogłośnie była tutaj za tak. Bo pani Longbottom miała okropną, wręcz straszliwą, tendencję do zmuszania kochanych przez siebie osób do tego, aby najpierw na względzie miały swoje szczęście. Niestety w tej sytuacji było to trochę bardziej skomplikowane.
I na wzmiankę o teściu skrzywiła się lekko, ale tylko kapkę i no, prawie niezauważalnie. Kochała Godryka jak własnego ojca, uważała go też za naprawdę cudownego człowieka, ale… Tak, było tutaj to ale. Było i raziło w oczy, stojąc na środku ich stolika i najwyraźniej miało ochotę kopnąć w ich talerze z niedojedzonymi naleśnikami. Spuściła na chwilę spojrzenie, jakby ukłucie wstydu i żalu skutecznie nie pozwoliło jej utrzymać kontaktu wzrokowego z przyjacielem. Od dawna zastanawiała się i głowiła nad tym, jak poprawić relacje starego Longbottoma z Anthonym. Ale w tej sytuacji, nieważne jak bardzo chciała, nie mogła tego zrobić sama. Myślała o zaproszeniu czarodzieja na Yule do warowni. Może przy świątecznej atmosferze, przy żarze kominka i smaku ognistej whisky, gorącej jeszcze w przełyku, a także gałązce jemioły w holu, serce Godryka choć na chwilę pozwoliłoby sobie na sekundę zawahania?
— A co o tym wszystkim sądzi Erik? — zapytała po krótkiej chwili ciszy, wypełnionej wyłącznie ściśnięciem jego dłoni i smutnym spojrzeniem. — Rozmawialiście o tym? Czy on również uważa, że stoisz mu na drodze do szczęścia? Czy może sam tym szczęściem jesteś.
Urwała na chwilę i przesunęła swoje krzesło nieco bliżej, tak, aby mogła złapać go za ramię, a potem wierzchem dłoni przejechać po jego policzku.
— Nie powinnam podchodzić do tego z taką prostotą, masz rację. Nie możemy zapominać, że mamy takie czasy, jakie mamy. — Byłoby to za łatwe. Nikt w Londynie nie mógł być za długo szczęśliwy. — Ale nie możesz wykluczać go z tego równania, samemu uznając, że jest to zbyt niebezpiecznie. Bo, owszem, jest, ale Erik nie ma już czternastu lat i może sam odpowiadać za siebie, za swoje czyny i decyzje. Pozwól i jemu powiedzieć, co myśli. A mnie pozwól się przytulić, bo naprawdę sądzę, że tego potrzebujesz.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you