Ulica Śmiertelnego Nokturnu rządziła się swoimi prawami – takimi, w których funkcjonariusze byli niemile widziani. I nic dziwnego, przecież w tym zakątku Magicznego Londynu nie od wczoraj było wiadome, że nie wszystkie transakcje robiono… całkowicie legalnie. I nikt nie lubił, jeśli Ministerstwo patrzyło im się w takich momentach na ręce. Victoria nie raz już była świadkiem tego, jak mieszkańcy Nokturnu utrudniają życie brygadzistom czy aurorom, choćby tylko dla zasady, wydłużając jakieś ich czynności, pozwalając uciec komuś, kto był poszukiwany, rzucając nieprzychylne spojrzenia a nie raz szukając zaczepki. Na Nokturnie nie było bezpiecznie, zwłaszcza nie w pojedynkę, bez munduru i gdy nie miało się tu jakichś pleców… Ale Lestrange dzisiaj była tutaj w pracy. I co prawda wielu ludziom mogło się to nie podobać, ale… w gruncie rzeczy w największym stopniu mogła na tym ucierpieć Lorraine, która najwyraźniej jakoś sobie z tym radziła. A odkąd Victoria tego dnia znalazła się w Necronomiconie, to nikt nie ośmielił się tu wejść, jakby doskonale wiedzieli, że ona tu jest i nie chcieli wchodzić w drogę komuś, kto mógł zobaczyć za dużo.
I to chyba lepiej, biorąc pod uwagę to, co miało tutaj miejsce. Nie tę żmudną robotę, jakąś wykonywała Lorraine, której myśli mogły odpłynąć i zatańczyć wokół kwestii śmiertelności i jej nieśmiertelnego wymiaru. Dla ludzi mogło się to wydawać zadziwiające, ale Sauriel miał naprawdę zadziwiającą samokontrolę i nigdy nie ośmielił się nawet tknąć jej krwi; Lestrange zastanawiała się jak to działa, czy to dlatego, że była dla niego nieapetyczna, czy dlatego, że była zimna i wydawało mu się, że taka sama będzie jej krew, czy dlatego, że obawiał się, że jak raz spróbuje, to już nie będzie mógł skończyć. W jego przypadku zdawało się, że mogła to być wypadkowa wszystkich trzech rzeczy, albo równie żadna z nich, choć ciemnowłosa strzelała, że mogło chodzić o to ostatnie. Że… Bał się straty. Tej samej straty, która szła w udziale przemijaniu i starzeniu się. Bo przyjdzie taki moment… Że jej czas po prostu się skończy, a on zostanie sam – z ziejącą pustką i tęsknotą za tym, co miał, a co utracił, bo nie ważył się po to sięgnąć i to zatrzymać. Zdjęcia będą wtedy jedyną pamiątką. Rookwood był istotą, która potrzebowała czasu, by dojrzeć do właściwych wniosków; wylęknioną, straumatyzowaną, przez większość życia całkowicie samotną, bo zdradziła go nawet własna rodzina. Własny ojciec. Własna matka. Niełatwo było mu zaufać, Victoria wiedziała to doskonale. Nie był przywykły do aktów bezinteresowności w niego wycelowanych, obliczonych tylko na to, by sprawić mu przyjemność. Czasami nie wiedział też, jak za to podziękować. Mogłoby się wydawać, że ten mężczyzna nie ma hamulców, że jeśli czegoś zapragnie, to po to sięgnie – jak po Nokturn, ale miłość…? Ha. Miłość dopiero poznawał, stawiał w tym tańcu pierwsze, nieśmiałe kroki. Skoro zaś nie miał tej śmiałości i nawet pocałunek był dla niego sprawą wielką, tak wielką, że zrobił to raz pod wpływem chwili, a później nie wiedział, co ma dalej robić, to jak można było mówić o czymś tak wielkim, jak podarunek nieskończoności?
Lestrange odnajdywała tutaj pewien spokój. Nie z powodu trupów, a atmosfery – ciszy, spokoju. Lorraine, piękna jak najdroższa laleczka z porcelany, zdawałoby się, że nie powinna pasować do tak obskurnego miejsca i przybytku, że jej miejsce rzeczywiście jest na salonach, pośród tej całej śmietanki towarzyskiej, gdzie mogłaby się obracać, brylować, wsuwać swoje chude ramiona pod ręce spragnionych takiej piękności czarodziejów. Ale Victoria musiała przyznać, że to jej pasowało. Jej eteryczna uroda, równie ulotna, co ulotne było życie tych, których ciałami się teraz zajmowała, próbując wydobyć z nich piękno, jakiego być może nie posiadali nawet za życia. Jej sylwetka, wątła i krucha, zadziwiająco dobrze wpasowywała się pomiędzy ciała, które teraz były już tylko pustą skorupą, opuszczonym opakowaniem dla duszy. Ciemnooka była dla niej prawdziwym kontrastem – całkowitym przeciwieństwem z urody. Bo oto były – biel i czerń. Ying i yang.
Coś jednak zmącało spokój przynajmniej jednego z ciał, które miało przecież być puste.
– Lubię wierzyć, że jednak mamy coś do powiedzenia w swoim życiu. Że to, co robimy, ma jakiś oddźwięk na świat, a nie odgrywamy jedynie roli, jaką zapisano nam setki miliardów lat temu w gwiazdach. Nigdy nie byłam dobrą aktorką – Victoria nie wierzyła w przepowiednie i wróżby, nie tak do końca. Nie podobało jej się, że Szeptucha na Beltane ot tak podeszła do niej i Sauriela i wypluła z siebie słowa, o które nikt nie poprosił. Że jasnowidzowie wpychają swoje mądrości tam, gdzie ludzie wcale nie chcą ich słyszeć, bo odbierają im, nawet jeśli tylko pozorną, wolność wyboru. Kiedy usłyszysz o „przyszłości”, podświadomie możesz się ku niej kierować, a po fakcie to każdy był mądry. Lestrange miała też nieco inne spojrzenie na religię, odkąd jej noga stanęła w Limbo. Kiedyś nie była zbyt wierząca, czasami obchodziła sabaty, ale bardziej dla świętego spokoju i towarzystwa, niż dlatego, że w nie wierzyła. Ale – zobaczyła i uwierzyła. Rudowłosa kobieta, o ciele pokrytym piegami od stóp do głowy, za którą przeszła przez ogień, by ją chronić, sprawiła, że całe jej życie wywróciło się do góry nogami. – Myślę, że bogowie są jedynie obserwatorami, a nie tymi, którzy każdemu przydzielają dostępny mu czas – odparła spokojnie, dając się wciągnąć w filozoficzne rozważania Lorraine, tak diametralnie odległe od jej własnego zdania, jak diametralnie różna była ich uroda. – Dlaczego? Nie mam nic przeciwko rozmowie – nawet jeśli na wszystko, co powiedziała Malfoy, miała kompletnie inną odpowiedź. – Myślę, że ich śmierć była całkowitym zaskoczeniem dla jakiegokolwiek losu, który złośliwie pląta nasze ścieżki, tak jak nasza wizyta w Limbo była tym dla całego świata – och, miała niemal pewność, że całego. Nic o tym nie wiedzieli w Szwecji, ani w Egipcie, a w obu tych krajach ze spokojem można było studiować nekromancję. Stare czy nowe teksty – ich egzystencja była wynikiem… błędu w kodzie świata. – I wydaje mi się, ale mogę się oczywiście mylić, że skoro my weszliśmy do Limbo, to tak samo coś mogło stamtąd wyjść i oto efekt – to była oczywiście tylko hipoteza, teoria, której raczej nikt nie chciał słuchać. Ale Victoria wiedziała co czuła w Limbo i wiedziała co czuła w obecności tych… widm. A było to na swój sposób… zbieżne. Mogło też być czystym przypadkiem.
– Miejmy więc nadzieję, że i temu odpadnie cokolwiek, co chciałby na nas użyć. Schowaj się za mną – mruknęła i wycelowała różdżką w ruszające się chwilę temu zwłoki, chcąc za pomocą magii odrzucić okrywający je całun. Nie była tak narwana, by odkrywać je ręką, nie w takim momencie.
Była też gotowa w razie czego otoczyć ją i Lorraine ochronną tarczą, tak na wszelki wypadek.
Rozpraszanie IV
Akcja nieudana
!Zwłoki