- Jak we wszystkim. - Dodała jeszcze, bo właściwie tak to właśnie widziała. Mieli być wspólnikami we wszystkim co działo się w ich życiu, w końcu wreszcie stało się ono czymś co tworzyli razem. Geraldine nie zamierzała pozwalać mu decydować o wszystkim, brać odpowiedzialności za każdą decyzję, nie była takim typem człowieka, na szczęście Roise zdawał sobie z tego sprawę i na to przystał. Raczej musieli zacząć dążyć do kompromisów, nauczyć się wymieniać opinie, szukać najlepszych rozwiązań dla ich dwójki. Takich, które spodobają się każdej ze stron. Żadne z nich nie było raczej skłonne do ustępowania, nie byli takimi typami osób. Właściwie to ją cieszyło, chyba nie potrafiłaby się odnaleźć w życiu z kimś, kto nie miał swojego zdania, bardzo szybko by jej się to znudziło. W tym przypadku życie było pełne niespodzianek, a przy okazji tę dyskusje potrafiły otwierać oczy, pokazywać inny punkt widzenia, to było całkiem wartościowe i wiele ją mogło nauczyć.
- Zdaję sobie z tego sprawę, Mój Drogi. - Miała świadomość, że Roise potrafił się fiksować na punkcie różnych rzeczy, szczególnie jeśli traktował je jako wyzwania. Wolałaby, żeby w tym przypadku tak nie było, bo nie do końca jej na tym zależało, to była tylko głupia gra i prowokacje, bez sensu aby marnował na coś takiego swoją energię. Nie potrzebowała tego do szczęścia, na pewno nie teraz, kto wie, może kiedyś jej się odmieni, ale aktualnie była naprawdę zadowolona z tego, co mieli.
Była zadowolona z tego, w jaki sposób układała się ich relacja, robili wszystko po swojemu, nie przejmowali się zdaniem innych i bardzo by chciała, aby tak pozostało. Zdecydowanie odpowiadało jej to, że tylko i wyłącznie oni byli odpowiedzialni za ich wspólny los. Nikt inny nie miał się w to mieszać, co pozwalało im kontrolować wszystko, co się między nimi działo, każdy następny krok, a to było przecież dla nich bardzo ważne.
- Może kiedyś się o tym przekonam. - Mruknęła teraz nieco ciszej. Nie była przecież w stanie przewidzieć co stanie się ich celem w przyszłości, nie zakładała, że przez całe życie będą omijać te bardziej oficjalne zobowiązania, to mogło się im odmienić, kto wie, może faktycznie kiedyś przyjdzie jej ocenić kamyk, jaki wybierze dla niej Ambroise?
Nie zakładała, że stanie się to tak szybko, musieli odpowiednio nacieszyć się tym stanem rzeczy, chciała wykorzystać to wszystko co zostało im danej jak najbardziej, nie wchodziły w grę półśrodki. Nie po tym trudnym okresie przyjaźni, kiedy niemalże chodziła przez niego po ścianach. Mogli nadrobić stracony czas, chociaż właściwie, czy aż tak stracony? Nie wydawało jej się, żeby tamten okres zupełnie nie miał sensu. Sporo się o sobie dowiedzieli, poznali się naprawdę bardzo blisko, chociaż teraz mieli szansę eksplorować te jeszcze niezbadane odmęty, poznawać się na zupełnie innej płaszczyźnie. To podobało jej się jeszcze bardziej.
- Bardzo dobrze się składa, na szczęście sami zainteresowani wiedzą, jak to faktycznie było. - Cóż, nie miała zbyt wielkiego wpływu na to, jakim człowiekiem była jej matka, wręcz przeciwnie, przez wiele lat nawet próbowała jej zasugerować, że jej zachowanie nie do końca powinno być akceptowalne, ale kobieta jakoś niezbyt specjalnie się tym przejmowała. Yaxleyówna więc nieco się od niej odsunęła, bo nie chciała, żeby ta za bardzo ingerowała w jej życie. Nie bez powodu niemalże od razu po Hogwarcie poprosiła ojca, aby kupił jej mieszkanie w Londynie, chciała trzymać matkę na dystans. Gdyby została w Snowdonii pewnie by się pozabijały, prędzej, czy później. W takiej sytuacji widywały się od święta, kiedy Ger wpadała tutaj z niezapowiedzianymi wizytami to raczej tylko po to, aby porozmawiać z ojcem. Zresztą nawiedzała go przede wszystkim w Londynie, w ministerstwie. To, że tam pracował było całkiem wygodne, bo miała go na wyciągnięcie ręki, a dosyć często czegoś od niego potrzebowała.
Była zadowolona z tego, że udało jej się zaskoczyć matkę, która pewnie nie raz myślała o tym, że mogłaby spróbować namówić Ambroisa do spotkania ze swoją córką, tyle, że gdyby Yaxleyówna dowiedziała się o takim pomyśle na pewno bardzo szybko posłałaby ją w diabły. Nie znosiła, kiedy ktoś ingerował w jej decyzje i próbował układać jej życie. Nic jej tak nie wkurwiało, jak to.
W tym wypadku jednak sami jakoś na siebie trafili, przeznaczenie zdecydowanie chciało tego, aby ich losy się splotły, nie pojawili się w swoich życiach przypadkowo, mimo dosyć lekkiego podejścia do wiary, to w to naprawdę wierzyła.
Zagryzła dolną wargę, gdy poczuła, że jego dłoń zmierzaj coraz wyżej, w stronę jej uda. Tak, to było bardzo przyjemne, ale nie powinien jej teraz tego robić, to zdecydowanie nie był odpowiedni moment, wiedziała, że jeszcze kilka takich zagrywek, a faktycznie zamknie się z nim w swojej sypialni, co mogłoby wzbudzić może nawet drobne kontrowersje. Mogłaby to jakoś przeżyć, byleby móc się w tym zatracić. Nieszczególnie się przejmowała opinią innych na swój temat, zresztą jej rodzicom powinno zależeć na tym, żeby inni myśleli, iż jest przyzowita, więc pewnie woleliby o tym nie mówić, a z nimi jakoś by sobie poradziła. Poopowiadała by bajki o tym, że młodość rządzi się swoimi prawami, jak zawsze.
- Gdyby tylko co? Jak tak dalej pójdzie to nie wtrzymam do wieczora. - Wolała go uprzedzić, żeby miał świadomość, że może mieć problem z tym, aby utrzymać ręce przy sobie.
- Zanudziłbyś się, gdybym była taka przyjemna przez cały dzień, nie może być zbyt prosto. - Miała świadomość, że życie z nią nie było lekkie, ale dzięki temu mieli trochę rozrywki, zresztą on też nie należał do najprostszych w obyciu osób - byli siebie warci. - Cóż, być może reakcja zależy od charakteru, jak widać, ja nawet po takim przeżyciu byłam gotowa do walki. Myślę, że bardziej głupio by mi było mimo wszystko, gdybym jednak wybrała te pokojowe rozwiązanie. - Tak, gdyby postanowiła się wtedy do niego przytulić, to na pewno byłoby dla niej jeszcze gorszym doświadczeniem. Wolała sobie radzić z tym, że była odebrana jako rozpieszczona gówniara, która nie doceniła uzdrowiciela odpowiedzialnego za to, że udało jej się przeżyć. To na pewno było prostsze od tej pierwszej wersji.
- Cóż, skoro ci się nie podoba ten pomysł, to oznacza, że go odrzucamy. - Tak, nie zamierzała robić nic przeciwko niemu. Mieli się razem w tym dobrze bawić, to miało sprawiać przyjemność ich dwójce, a nie tylko jej.
Yaxleyówna poczuła ciepło na swoich ustach kiedy przysunęła do nich papierosa, aby po raz kolejny zaciągnąć się dymem. Paliła filtr. Tak się zagadali, że nie zauważyła, kiedy skończyła jej się fajka. Pstryknęła niedopałkiem przez okno. W taką pogodę nie powinna spowodować pożaru, który mógłby spalić ich rezydencję. Deszcz bowiem zaczynał padać coraz bardziej. Pioruny też pojawiały się bliżej, a grzmoty stawały się zdecydowanie głośniejsze. Silny podmuch wiatru wdarł się do pomieszczenia. Cóż, chyba właśnie zaczynał się punkt kulminacyjny tego spektaklu.
- Myślę, że ten parapet może być rozwiązaniem wszystkich palących problemów. - Niby taki niepozorny, a jednak, gdyby go odpowiednio wykorzystać, to cóż, można by opatentować dla niego nowe zastosowanie.
- Wydaje mi się, że niezbyt długo, zejdziemy do nich zaraz, pouśmiechamy się przez chwilę, później przekażemy, że bardzo nam się spieszy, bo trafił ci się jakiś pilny przypadek w Mungu i niestety nie możesz dłużej zostać w Snowdonii, wyjdę z tobą i będziemy mogli znaleźć się w domu. - Mung wydawał się być całkiem dobrą wymówką, nie wydawało jej się, żeby ktokolwiek raczył to kwestionować, a ona po prostu zniknie razem z nim, żeby się nie zgubił po drodze, czy coś. Plan idealny.