07.11.2024, 00:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.11.2024, 03:02 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Tegoroczna zima była piękna. Miękki puch okrywał Londyn skrzącą się kołderką, wirując w migoczącym świetle latarni i wdzięcznie opadając na ziemię. Było chłodno, wręcz mroźno, ale pomiędzy budynkami wiatr był znacznie łagodniejszy. Momentami mogłoby się nawet zdawać, że było tam całkiem ciepło.
Mrowie czarodziejów w kolorowych, znacznie bardziej odświętnych niż zazwyczaj strojach (choć przecież nie mieli jeszcze co świętować) spieszyło do domów robiąc po drodze zakupy na tymczasowych kramikach rozstawionych niemalże jak okiem sięgnąć - wzdłuż Pokątnej, Horyzontalnej i wszystkich sąsiadujących spokojnych uliczek.
Niektórzy z przechodniów przystawali na chwilę na brukowanym chodniku oczarowani słodkim zapachem jeszcze ciepłych ciast wystawionych tuż za przeszkloną witryną cukierni, której drzwi otwierały się i zamykały niemalże bez przerwy pod napływem klientów. W okolicach zimowego sabatu w takich miejscach panował wyjątkowy ruch.
Ambroise również w ostatniej chwili uległ pokusie wstąpienia na moment do jednego z miejsc oferujących świeże słodycze, choć całkiem celowo ominął te, w których tłum wydawał się być zbyt duży.
I tak spędził tam stanowczo nazbyt dużo czasu zanim wreszcie dopchał się do lady, składając zamówienie i wkrótce znów wychodząc na mróz. Tym razem z zamiarem nie odbijania już nigdzie tylko powrotu do domu.
Tym razem udało im się przeżyć dzień bez większych rewelacji. Tak właściwie nieczęsto zdarzały się równie spokojne dyżury, jednak ten zdecydowanie do nich należał. Nie obfitował w żadne większe wydarzenia.
Nie mieli ani jednego przypadku, który mogliby przyjąć na oddział a nie szybko odesłać do domu. Był długi i obrzydliwie leniwy, wypełniony snuciem się po korytarzach i przesiadywaniem w części wspólnej dyżurki, w której zrobiło się aż nietypowo tłoczno i rozmownie.
Jak na okres przedświąteczny to było całkiem podejrzane, jednakże wszyscy wymownie spuścili na to zasłonę milczenia, poruszając inne tematy, bo jak wiadomo - komentowanie takich faktów na głos zazwyczaj działało niczym błyskawiczne przypomnienie dla wszechświata, że coś powinno się należycie spieprzyć.
Być może nie wierzył w żadne zabobony i przesądy (miał swoje teorie, ale wyłącznie poparte faktami), ale nie próbował wyłamać się z grupy. Całkiem miło spędzając czas na słuchaniu ploteczek i wieści ze świata, okazjonalnie komentując coś, co wyjątkowo go rozbawiło i ani przez chwilę nie uznając tego za stratę czasu. Takie dni były całkiem potrzebne.
Tym bardziej, że dzięki temu mógł wrócić do domu w wyjątkowo dobrym humorze, spodziewając się ochoczego przywitania, a zastając...
...nic. No, może poza światłem rozlewającym się z kuchni na ciemny korytarz i charakterystycznym zapachem grzańca winnego, na który uniósł kącik ust, otrzepując płaszcz przed odwieszeniem go na wieszak, ściągając buty i ruchem różdżki pozbywając się kałuży wody z podłogi. Dopiero wtedy skierował kroki do kuchni, gdzie przystanął w drzwiach, opierając się o futrynę i stukając w nią kilka razy.
- Zostało coś dla mnie czy spędzacie ten wieczór tylko we dwoje? - Odezwał się gładko, lokalizując wzrokiem kubek z winem i pustą butelkę na blacie.
Nawet z tej odległości dostrzegał, że raczej nie ma zbyt dużych szans na to, by ostała się tam choć kropelka płynu, jednak kociołek nad niedawno wygaszonym paleniskiem wyglądał całkiem obiecująco. Bez słowa przeszedł wgłąb kuchni, zaglądając do środka naczynia i kiwając do siebie głową. Pustka.
Stłumił westchnienie I przeszedł jeszcze dwa kroki w kierunku okna.
- Widzę, że ciebie też to dopadło - przekrzywił głowę rzucając przelotne spojrzenie na artykuł i nachylił się, żeby pocałować Geraldine na przywitanie. - Nie lubię gościa, ale spuszczanie się nad tym, że lubi się zabawić to już przesada. Choć nie przeczę, że mógłby to robić mniej publicznie - skwitował krótko, prostując się i odstawiając paczkę z ciastem pekanowym na blat kuchenny.
Mrowie czarodziejów w kolorowych, znacznie bardziej odświętnych niż zazwyczaj strojach (choć przecież nie mieli jeszcze co świętować) spieszyło do domów robiąc po drodze zakupy na tymczasowych kramikach rozstawionych niemalże jak okiem sięgnąć - wzdłuż Pokątnej, Horyzontalnej i wszystkich sąsiadujących spokojnych uliczek.
Niektórzy z przechodniów przystawali na chwilę na brukowanym chodniku oczarowani słodkim zapachem jeszcze ciepłych ciast wystawionych tuż za przeszkloną witryną cukierni, której drzwi otwierały się i zamykały niemalże bez przerwy pod napływem klientów. W okolicach zimowego sabatu w takich miejscach panował wyjątkowy ruch.
Ambroise również w ostatniej chwili uległ pokusie wstąpienia na moment do jednego z miejsc oferujących świeże słodycze, choć całkiem celowo ominął te, w których tłum wydawał się być zbyt duży.
I tak spędził tam stanowczo nazbyt dużo czasu zanim wreszcie dopchał się do lady, składając zamówienie i wkrótce znów wychodząc na mróz. Tym razem z zamiarem nie odbijania już nigdzie tylko powrotu do domu.
Tym razem udało im się przeżyć dzień bez większych rewelacji. Tak właściwie nieczęsto zdarzały się równie spokojne dyżury, jednak ten zdecydowanie do nich należał. Nie obfitował w żadne większe wydarzenia.
Nie mieli ani jednego przypadku, który mogliby przyjąć na oddział a nie szybko odesłać do domu. Był długi i obrzydliwie leniwy, wypełniony snuciem się po korytarzach i przesiadywaniem w części wspólnej dyżurki, w której zrobiło się aż nietypowo tłoczno i rozmownie.
Jak na okres przedświąteczny to było całkiem podejrzane, jednakże wszyscy wymownie spuścili na to zasłonę milczenia, poruszając inne tematy, bo jak wiadomo - komentowanie takich faktów na głos zazwyczaj działało niczym błyskawiczne przypomnienie dla wszechświata, że coś powinno się należycie spieprzyć.
Być może nie wierzył w żadne zabobony i przesądy (miał swoje teorie, ale wyłącznie poparte faktami), ale nie próbował wyłamać się z grupy. Całkiem miło spędzając czas na słuchaniu ploteczek i wieści ze świata, okazjonalnie komentując coś, co wyjątkowo go rozbawiło i ani przez chwilę nie uznając tego za stratę czasu. Takie dni były całkiem potrzebne.
Tym bardziej, że dzięki temu mógł wrócić do domu w wyjątkowo dobrym humorze, spodziewając się ochoczego przywitania, a zastając...
...nic. No, może poza światłem rozlewającym się z kuchni na ciemny korytarz i charakterystycznym zapachem grzańca winnego, na który uniósł kącik ust, otrzepując płaszcz przed odwieszeniem go na wieszak, ściągając buty i ruchem różdżki pozbywając się kałuży wody z podłogi. Dopiero wtedy skierował kroki do kuchni, gdzie przystanął w drzwiach, opierając się o futrynę i stukając w nią kilka razy.
- Zostało coś dla mnie czy spędzacie ten wieczór tylko we dwoje? - Odezwał się gładko, lokalizując wzrokiem kubek z winem i pustą butelkę na blacie.
Nawet z tej odległości dostrzegał, że raczej nie ma zbyt dużych szans na to, by ostała się tam choć kropelka płynu, jednak kociołek nad niedawno wygaszonym paleniskiem wyglądał całkiem obiecująco. Bez słowa przeszedł wgłąb kuchni, zaglądając do środka naczynia i kiwając do siebie głową. Pustka.
Stłumił westchnienie I przeszedł jeszcze dwa kroki w kierunku okna.
- Widzę, że ciebie też to dopadło - przekrzywił głowę rzucając przelotne spojrzenie na artykuł i nachylił się, żeby pocałować Geraldine na przywitanie. - Nie lubię gościa, ale spuszczanie się nad tym, że lubi się zabawić to już przesada. Choć nie przeczę, że mógłby to robić mniej publicznie - skwitował krótko, prostując się i odstawiając paczkę z ciastem pekanowym na blat kuchenny.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down