07.11.2024, 15:06 ✶
Krzyki nie były dla Mackenzie niczym nowym: kapitan Srok bardzo lubił na nich krzyczeć, a trener drużyny narodowej lubił krzyczeć jeszcze bardziej. Krzyki nie robiły na niej wrażenia. Nie raniły. Zjadliwe, celne uwagi, wygłaszane cichym głosem, często o stokroć bardziej bolały, tak jak szpileczki, wbijane w odpowiednie miejsca, mogły boleć bardziej niż cios w twarz. Matka nigdy nie krzyczała. Była w końcu damą, wychowaną w dobrym domu, córką rodu czystej krwi. W przeciwieństwie do jej córki, największej życiowej porażki.
Greengrass patrzyła w rozzłoszczoną twarz Marlene, wsłuchując się niby w krzyki, ale nie do końca pojmując ich znaczenie. W uszach Mackenzie wciąż brzmiały echa pieśni i szum złowrogiego morza tuż za plecami. Strach wygasał powoli, ale jego wspomnienie jeszcze przez moment trzymało dziewczynę w swoich sidłach: bo mało brakowało, a byłaby umarła. Co gorsza, byłaby umarła w wodzie.
Dopiero gdy Chang zaczęła dźgać ją w ramię, zareagowała jakoś żywiej, bardziej w odruchu niż wiedziona świadomą myślą – dłoń błyskawicznie wystrzeliła w górę, by pochwycić nadgarstek. Mackenzie nie była utalentowaną czarodziejką. Nie była myślicielką, nigdy nie zbierała dobrych ocen. Ale quidditch i miotły były dla niej sensem istnienia, a to wymagało sprawności fizycznej – i tej od lat Greengrass podporządkowała większość swojego istnienia. Refleks i siła były niezbędne, aby łapać kafla i ciskać nim do obręczy, aby unikać tłuczków, którymi pałkarze próbowali połamać ci nos.
– Tak, dzięki – powtórzyła, bo Azjatka uratował ją, nawet jeżeli teraz wrzeszczała na nią i wyzywała od idiotek, a co gorsza od księżniczek (Mackenzie nie była księżniczką: nie czuła się taką nawet przez pięć minut swojego życia, i nikt jako takiej jej nie traktował, nigdy nie założyła nawet ładnej sukienki, i nawet nie dlatego, że nie chciała. To była dla niej obelga znacznie gorsza niż kretynki i idiotki). – Nie prosiłam o pomoc – dodała, puszczając dłoń i wzruszając ramionami. Dźwignęła się powoli z piasku, ociekając wodą, wciąż nie spuszczając oka z niechętnej wybawczyni. Takie wybuchy czasem kończyły się sięgnięciem po różdżkę wcale nie po to, żeby nią w kogoś ze złości rzucać. Mackenzie nauczyła się tego już w szkole. – Co innego chcesz usłyszeć, jeśli nie podziękowanie?
Greengrass patrzyła w rozzłoszczoną twarz Marlene, wsłuchując się niby w krzyki, ale nie do końca pojmując ich znaczenie. W uszach Mackenzie wciąż brzmiały echa pieśni i szum złowrogiego morza tuż za plecami. Strach wygasał powoli, ale jego wspomnienie jeszcze przez moment trzymało dziewczynę w swoich sidłach: bo mało brakowało, a byłaby umarła. Co gorsza, byłaby umarła w wodzie.
Dopiero gdy Chang zaczęła dźgać ją w ramię, zareagowała jakoś żywiej, bardziej w odruchu niż wiedziona świadomą myślą – dłoń błyskawicznie wystrzeliła w górę, by pochwycić nadgarstek. Mackenzie nie była utalentowaną czarodziejką. Nie była myślicielką, nigdy nie zbierała dobrych ocen. Ale quidditch i miotły były dla niej sensem istnienia, a to wymagało sprawności fizycznej – i tej od lat Greengrass podporządkowała większość swojego istnienia. Refleks i siła były niezbędne, aby łapać kafla i ciskać nim do obręczy, aby unikać tłuczków, którymi pałkarze próbowali połamać ci nos.
– Tak, dzięki – powtórzyła, bo Azjatka uratował ją, nawet jeżeli teraz wrzeszczała na nią i wyzywała od idiotek, a co gorsza od księżniczek (Mackenzie nie była księżniczką: nie czuła się taką nawet przez pięć minut swojego życia, i nikt jako takiej jej nie traktował, nigdy nie założyła nawet ładnej sukienki, i nawet nie dlatego, że nie chciała. To była dla niej obelga znacznie gorsza niż kretynki i idiotki). – Nie prosiłam o pomoc – dodała, puszczając dłoń i wzruszając ramionami. Dźwignęła się powoli z piasku, ociekając wodą, wciąż nie spuszczając oka z niechętnej wybawczyni. Takie wybuchy czasem kończyły się sięgnięciem po różdżkę wcale nie po to, żeby nią w kogoś ze złości rzucać. Mackenzie nauczyła się tego już w szkole. – Co innego chcesz usłyszeć, jeśli nie podziękowanie?